Podróże MM

niedziela, 22 września 2019

Marsaxlokk - malowniczy port i tradycyjne maltańskie łodzie

Przed nami następny przystanek w naszej podróży po Malcie. Tym razem wybraliśmy się na zachodnie wybrzeże wyspy do miejscowości o dźwięcznej nazwie Marsaxlokk. Miejsce to słynie z targu, na którym handluje się rybami, oraz z charakterystycznych maltańskich łodzi zwanych luzzu, przycumowanych w tamtejszej przystani. Zachęceni fotogenicznymi widokami  po prostu nie mogliśmy nie uwzględnić Marsaxlokk w naszym planie podróży po wyspie!



Wysiedliśmy  z autobusu na przystanku Nadur w miejscowości Birżebbuġa. Do Marsaxlokk zaledwie jakieś 2 km, więc postanowiliśmy przejść ten odcinek pieszo (mieliśmy już trochę dość tutejszych autobusów, które zupełnie nie trzymają się rozkładów). Miejsce w którym się znaleźliśmy okazało się być bardzo atrakcyjne, a ponadto, w zasięgu wzroku nie widzieliśmy ani jednego turysty. Niestety nie mieliśmy czasu by spędzić tu więcej czasu, jako że był to ostatni dzień naszego pobytu na Malcie. Zajrzeliśmy więc tylko do jednego ze sklepów, żeby uzupełnić zapasy wody, rzuciliśmy okiem na mapę i ruszyliśmy w kierunku punku docelowego, czyli portu Marsaxlokk. 

Niestety szybko przekonaliśmy się, że była to zła decyzja. Google Maps poprowadziło nas wgłąb osiedli, by ostatecznie - dosłownie - wyprowadzić nas w szczere pole. Co gorsza, wąską ścieżką przez chaszcze dotarliśmy do posesji, z której pogoniły nas psy. Wkurzeni niemiłosiernie cofnęliśmy się w kierunku miasta i... szczęście w nieszczęściu, zobaczyliśmy jadący w naszą stronę autobus. Mimo ciężkich plecaków pobiegliśmy co sił w kierunku przystanka i w ostatniej chwili wskoczyliśmy do pojazdu, który zabrał nas do celu. Ahoj przygodo, kurła...


Marsaxlokk to niewielka, bo licząca zaledwie 3,5 tys. mieszkańców, miejscowość, której nazwa wywodzi się z połączenia wyrazów Marsa (z arabskiego: port) i Xlokk (z maltańskiego: południowy-wschód). W niedzielę odbywa się tutaj szczycący się niemałą sławą targ rybny. My niestety odwiedziliśmy Marsaxlokk po weekendzie, więc musieliśmy się zadowolić jedynie straganami z pamiątkami i jakimiś obrusami :) 


Wokół portu nie brakowało restauracji serwujących dania z rybami i owocami morza w przeróżnej postaci. I nawet mieliśmy ochotę, żeby zajrzeć do jednej z lokalnych knajp, ale ich turystyczna otoczka, a przede wszystkim ceny w menu, skutecznie nas do tego zniechęciły. Poczytaliśmy też trochę opinii w internecie i jednogłośnie stwierdziliśmy, że nie warto. Aczkolwiek nie zrażajcie się, bo wśród wielu komentarzy były i takie, że to tu można zjeść najlepszą rybę na Malcie. Jakby nie było, za sprawą wyczerpującego się studenckiego budżetu, nie musieliśmy stawiać czoła tego typu dylematom :)


Skierowaliśmy więc kroki bezpośrednio do przystani, by uwiecznić kilka klimatycznych kadrów z maltańskimi luzzu w roli głównej. Mowa oczywiście o wcześniej już wspomnianych łodziach, które stały się poniekąd wizytówką wyspy, zrzucając z podium wycofane już z użytku stare, charakterystyczne autobusy. Luzzu swą wyjątkowość zawdzięczają nie tylko jaskrawym barwom, ale także tradycyjnej konstrukcji, wywodzącej się jeszcze za czasów Fenicjan. Jeśli wierzyć Wikipedii i innym internetowym źródłom, łodzie te są wyjątkowo odporne na sztormy dzięki wzmocnionemu kadłubowi. Nie martwcie się, mi też nic to nie mówi, więc pozostańmy przy tym, że są to bardzo ładne łódki służące do połowu ryb i wożenia turystów. 


Może wyjdziemy na ignorantów, ale koniec końców, wysiedliśmy z autobusu, by zrobić rundkę wokół zatoczki, porobić kilka zdjęć i zaraz jechać dalej. Nie ulega wątpliwości, że Marsaxlokk to miejsce o wyjątkowej urodzie, ale jeżeli nie zamierzacie odwiedzić żadnej z lokalnej restauracji, to nie ma za bardzo powodów, by zatrzymywać się tu na dłużej. Ot, malownicza przystań z kolorowymi łódkami i straganami z pamiątkami. Może faktycznie trochę straciliśmy, nie odwiedzając Marsaxlokk w weekend, ale z drugiej strony nie mieliśmy w planach handlu świeżą rybą, więc...

...cóż. Opuszczamy Marsaxlokk z wieloma fajnymi zdjęciami, więc na pewno nie powiem, że nie było warto tu przyjechać. Miejsce to, podobnie jak większość maltańskich miasteczek, jest bardzo urokliwe, ale prędzej czy później chodzenie w kółko szybko się jednak znudzi. Myślę więc, że godzinka czy dwie spędzone w tym malowniczym porcie wystarczą, by miło spędzić czas i bez wyrzutów sumienia ruszyć w dalszą podróż. 


Po intensywnym przed- i popołudniu czas na relaks. Z Marsaxlokk wróciliśmy do Valletty, by stamtąd udać się na zachód, na wybrzeże Golden Bay. Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Po długiej podróży autobusem przez niemal całą wyspę dotarliśmy na plażę, gdzie zrzuciliśmy ciężkie plecaki, rozłożyliśmy ręczniki i padliśmy plecami na rozgrzany piasek, rozkoszując się słońcem i szumem morza. Potrzebowaliśmy tego odpoczynku, bo po tygodniu spędzonym w Grecji i kilku dniach podróżowania po Malcie, dopadła nas tęsknota za domem. Musieliśmy jednak uzbroić się w cierpliwość, bo po zachodzie słońca czekał nas jeszcze długi powrót do Valletty i... noc na lotnisku...

Mat.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz