Podróże MM

poniedziałek, 22 lipca 2019

Ateny - antyczne ruiny i greckie lenistwo

Pewnego dnia siadłem sobie przed laptopem wieczorową porą i zacząłem przeglądać ofertę tanich linii lotniczych. Styczeń w Izraelu, luty w Wielkiej Brytanii, dobrze byłoby znaleźć coś jeszcze na kwiecień. Szczególnie interesująco wyglądały loty do Grecji i na Maltę. W żadnym z tych państw jeszcze nie byliśmy, a ceny za podróż prezentowały się bardzo interesująco. Problem jednak w tym, że nie mogliśmy się zdecydować - Grecja czy Malta? Ostatecznie nie doszliśmy do porozumienia, więc postanowiliśmy odwiedzić oba kraje. Przystanek pierwszy: Ateny! 



  • NOCLEG NA LOTNISKU I PODRÓŻ DO ATEN

Jak nietrudno się domyślić po nagłówku, pierwszą noc przyszło nam spędzić na lotnisku. Wylądowaliśmy w Atenach o późnej porze, a do miasta mieliśmy ok. 40 km. Jedyną opcją wydostania się z lotniska była taksówka, na którą może nawet byśmy się zdecydowali, gdyby tylko udało się nam się znaleźć jakiś stosunkowo niedrogi hotel z całodobową recepcją. Koniec końców rozłożyliśmy się na matach na piętrze z dala od hałasu i przekimaliśmy do świtu te kilka godzin. 

Wstaliśmy wczesnym rankiem, ogarnęliśmy się i poszliśmy od razu na autobus do miasta. Za bilet ulgowy na przejazd linią X95 z portu lotniczego im. Elefteriosa Wenizelosa do placu Syntagma zapłaciliśmy po 3 € (bilet normalny: 5 €). Można dojechać szybciej metrem, ale bilety są droższe (10€ normalny / 5€ ulgowy). 

Mogłoby się wydawać, że trwająca niemal godzinę podróż z lotniska do centrum Aten będzie mało emocjonująca, gdyby nie fakt, że kierowca naszego autobusu jechał całą drogę slalomem, bo w międzyczasie grał w jakąś gierkę na telefon. Masakra. 


  • PODRÓŻ INNA NIŻ WSZYSTKIE

W Atenach spędziliśmy niecałe 5 dni. Bardzo dużo osób mówiło nam, że to bez sensu, że Ateny 2 dni max, nic ciekawego itp. I teraz po powrocie nawet mógłbym się zgodzić, gdyby nie fakt, że ta podróż lekko odbiegała od naszych "standardów". Rzadko zatrzymujemy się w jednym miejscu na dłużej, szczególnie, gdy jest to duże miasto. Tym razem potrzebowaliśmy odpoczynku. Po prostu pobyć ze sobą, odstresować się, nie przejmować terminami i obowiązkami. Bez parcia na zwiedzanie, bez biegania z językiem na brodzie. Po prostu pomieszkać sobie za granicą, a w Grecji jeszcze nas nie było.

Jak zwykle noclegi w Atenach ogarnęliśmy przez portal Airbnb. Wynajęliśmy sobie przestronny apartament w dzielnicy Kallithea, niespełna 4 km od Akropolu i 3 przystanki metra od ścisłego centrum stolicy Grecji. Mieliśmy do dyspozycji nowoczesne mieszkanie z w pełni wyposażoną kuchnią - dzięki temu mogliśmy przyrządzać sobie jedzenie na bazie przepisów greckiej kuchni, bez wydawania dziesiątek euro w turystycznych restauracjach. Nie mówię tu akurat o street foodzie, bo ten jest w Atenach naprawdę spoko. Ale wróćmy do naszego apartamentu. Oprócz dużego salonu, sypialni, kuchni i łazienki z ogromną wanną, nasze mieszkanie miało pokaźny balkon od zachodu i ogromny taras od południa, przez co mieliśmy do dyspozycji panoramiczny widok na całe miasto, który towarzyszył nam podczas błogiego lenistwa. I tu naprawdę ogromny ukłon dla Airbnb, bo za to mieszkanko zapłaciliśmy zaledwie... 158 zł za dobę. Serio.


Jeżeli jakimś cudem jeszcze nie rezerwowaliście noclegów z Airbnb to wiedzcie, że dużo tracicie, bo za niewielkie pieniądze można mieszkać jak tubylcy. No ale plus jest też taki, że jako nowi użytkownicy możecie skorzystać z naszego kodu rabatowego, więc zachęcam :)






  • WZGÓRZE LYCABETTUS 

Mimo wspomnianego lenistwa, zwiedzanie stolicy Grecji zaczęliśmy bardzo aktywnie. Po nocy spędzonej na lotnisku dotarliśmy autobusem na plac Syntagma w centrum miasta około 7 rano. Miasto ledwo budziło się do życia. W naszym mieszkaniu w dzielnicy Kallithea mogliśmy zameldować się od godziny 13, więc przed nami około 6 godzin chodzenia po mieście z bagażem na plecach.

Pierwszy punkt - McDonald's. Na co dzień unikamy śmieciowego jedzenia, ale tamtejsze śniadanie i gorąca kawa postawiły nas na nogi, które po dłuższym odpoczynku zaprowadziły nas pod gmach greckiego parlamentu i znajdujących się za nim ogrodów. Bardzo fajne miejsce na spacer pod palmami.

Po jakimś czasie ruszyliśmy na północ w kierunku wzgórza Lycabettus, oddalonego od wspomnianych ogrodów o zaledwie 1,7 km. Bardzo szybko nasz spacer zamienił się we wspinaczkę po schodach, co w połączeniu z ciężkimi plecakami sprawiło, że szybko zaczęliśmy sapać. Z czasem jednak naszym oczom ukazywać zaczęła się piękna panorama miasta, z którą szło się już jakby lżej. Na szczycie mierzącego ok. 300 m n.p.m. wzgórza Lycabettus znajduje się punkt widokowy i mała kapliczka. Naprawdę warto się tu wybrać!


Gdy już nachlastaliśmy tysiące zdjęć panoramy Aten, zeszliśmy ze wzgórza i ruszyliśmy wąskimi ulicami miasta w kierunku naszego mieszkania, żeby móc wreszcie zrzucić z pleców bagaże i wskoczyć pod prysznic. To był długi, ale przyjemny spacer. Po ponurej zimie bardzo brakowało nam słońca i tego południowego klimatu. Głośne ulice, gwar w kawiarniach, ulice ozdobione drzewkami pomarańczy... Tylko niech Wam nie przyjdzie do głowy ich jeść! Nie są to klasyczne pomarańcze jakie znamy z marketów. Neradzia (bo tak je zwą) są gorzko-kwaśne i nie nadają się do spożycia bez uprzedniego przygotowania. Pomijam fakt, że owoce te pochłaniają z ulic całą masę spalin. Wiem - kusi, bo za darmo, ale nie polecam :)

Około godziny 13. odebraliśmy od naszego hosta klucze do mieszkania i tego dnia już się nie ruszaliśmy z domu dalej niż do marketu po zakupy. Wykąpaliśmy się, zjedliśmy obiad, a wieczór spędziliśmy na tarasie popijając piwo.



  • GRECKIE LENISTWO

Następnego dnia opalaliśmy się na tarasie, bo choć był kwiecień, w Grecji smażyło słońce. Potem zrobiliśmy sobie obiad (tortilla po grecku z sosem tzatziki), a wieczór spędziliśmy oglądając film przy butelce lokalnego wina.


  • AKROPOL

Kolejny dzień pobytu był już znacznie aktywniejszy. Wstaliśmy o 6 rano, żeby zobaczyć, jak nad Atenami wschodzi słońce. Ponadto, mieliśmy w planach zwiedzanie Akropolu, a wiadomo, że do tak popularnych turystycznie miejsc najlepiej wybrać się z rana, zanim nadciągną tłumy turystów. Ogólnie wstawanie rano w podróży jest spoko, bo ma się więcej czasu na atrakcje, przyjemności, czy odpoczynek. No i wschody słońca mają w sobie coś niezwykłego. Może to, że podczas zachodu miasto wciąż żyje, a o poranku spektaklowi barw towarzyszy cisza? Nie wiem, ale polecam. Ciężko wstać, to fakt, ale jak już człowiek się wybudzi przy kawie to jest naprawdę super!


Po lekkim śniadaniu udaliśmy się w kierunku metra. Nie bez powodu czekaliśmy na zwiedzanie Akropolu do tego dnia, bo tak się szczęśliwie złożyło, że z okazji dnia muzeów (18 kwietnia) mogliśmy zwiedzić wzgórze za darmo. Nie było to wcale takie oczywiste, bo na oficjalnych stronach miasta jak i samego zabytku nie doszukałem się żadnej informacji na ten temat, a jedynie natknąłem się na wzmiankę na jednym z polskich blogów. No i faktycznie, bramki pod Akropolem były otwarte, więc udało nam się oszczędzić i to nie mało, bo bilet normalny to wydatek rzędu 20 € (ulgowy 10 €).


Zwiedzanie zaczęliśmy od Odeonu Heroda Attyka, czyli wzniesionej w 161 r. starożytnej budowli pełniącej niegdyś funkcję teatru mieszczącego nawet 6 tyś. widzów. Ba, do dziś odbywają się tutaj festiwale i spektakle w ramach Festiwalu Ateńskiego. Poza tym okresem odeon można oglądać tylko z odległości.


Gdy już dotarliśmy na szczyt wzgórza, pierwsza w kolejności ukazała nam się Świątynia Ateny Nike (V w. p.n.e.). Jest to najlepiej zachowana świątynia jońska, lecz trzeba mieć na uwadze, że jej obecna forma to efekt wieloletnich rekonstrukcji. Dalej przeszliśmy przez marmurowe Propyleje (gr. propylajon - "przedsionek") i naszym oczom ukazał się słynny Partenon.


Choć budowla ta jest znana niemal na całym świecie, to nie każdy może wiedzieć, że wzniesiono ją w latach 447-432 p.n.e. i poświęcono bogini Atenie. Zbudowany z białego marmuru Partenon uchodzi za najdoskonalszy wzór architektury doryckiej. Swoją nazwę zawdzięcza przydomkowi bogini Ateny - Atena Partenos (pol. Atena Dziewica). Przez wieki świątynia była niszczona i odbudowywana. Za panowania rzymskiego poważnie uszkodził ją pożar, potem przekształcano na kościół, meczet, a w XVII wieku Partenon niemal wyleciał w powietrze, bo Turcy zrobili w nim skład amunicji. Od początku XX wieku świątynia Ateny na Akropolu jest jednym wielkim placem budowy. Niestety wiele osób może się rozczarować obecnym stanem zabytku, który mówiąc wprost, jest w bardzo kiepskim stanie, a jego majestat i wartość w kontekście światowego dziedzictwa kultury dostrzec można jedynie oczami wyobraźni.


Na szczególną uwagę zasługuje także Erechtejon, czyli świątynia poświęcona Posejdonowi i Atenie.  Antyczna perełka sztuki jońskiej przez wieki popadała w ruinę, lecz obecnie trwają intensywne prace rekonstrukcyjne. Lekko rozczarowujący może być fakt, że kariatydy, czyli kolumny w formie postaci kobiecych, są odlewami. Oryginalne podpory można obejrzeć w Muzeum na Akropolu.


Trochę się zasiedzieliśmy i przed godziną 11 dopadły nas już tłumy turystów. Przedarcie się przez Propyleje nie należało do najprzyjemniejszych. Ścisk był niesamowity. Kroczek po kroczku posuwaliśmy się naprzód z pomocą poganiaczy, którzy notorycznie upominali osoby zatrzymujące się na środku drogi, by zrobić sobie zdjęcie. Po dłuższym czasie udało nam się wydostać z głównego kompleksu świątyń na Akropolu, a naszym oczom ukazał się gigantyczny tłum, wspinający się po schodach. Wtedy też uświadomiliśmy sobie, że przybycie na miejsce wczesnym rankiem było najlepszą decyzją, jaką podjęliśmy tego dnia.


Następne kroki skierowaliśmy w stronę Areopagu, wzgórza Aresa, na szczycie którego niegdyś zbierała się najwyższa rada, której zadaniem było prowadzenie polityki oraz nadzoru nad prawem i sądownictwem.



  • POPOŁUDNIE Z KULTURĄ ANTYCZNĄ

Kolejnym punkcie na naszej mapie zwiedzania była Agora. Zaczęliśmy od portyku Stoa Attalosa. Tę okazałą budowlę wzniesiono przy użyciu granitu i marmuru w II w. p.n.e. Niestety stoa (w architekturze greckiej hala kolumnowa) została zniszczona w 267 roku, a swój obecny kształt zawdzięcza pracom rekonstrukcyjnym sfinansowanym przez amerykańskich sponsorów. Obecnie znajduje się tu Muzeum Agory. Z racji wspomnianego dnia muzeów (18 kwietnia) mogliśmy zobaczyć to miejsce za darmo. W pozostałe dni wstęp na teren Agory wymaga zakupu biletów (8€ normalny, 4€ ulgowy).


W mojej subiektywnej opinii, najciekawszym miejscem Agory jest wzniesiona w latach 445-425 p.n.e. świątynia Hefajstejon. Budowla jest naprawdę imponująca. Być może zasługą tego jest fakt, że Hefajstejon jest jednym z najlepiej zachowanych zabytków antycznej Grecji.


Nad Ateny nadciągnęła burza. Niebo pokryły ciemne chmury, a na nasze głowy zaczął kapać deszcz. Nie zamierzaliśmy jeszcze wracać do domu, więc postanowiliśmy wykorzystać załamanie pogody i udaliśmy się do Narodowego Muzeum Archeologicznego, do którego wstęp również był tego dnia bezpłatny. Normalnie bilety kosztują po 7 € (ulgowy 3 €) więc znów udało nam się przyoszczędzić. A takiego miejsca żal byłoby nie odwiedzić, bo jest to największe muzeum w całej Grecji, a jego ranga klasyfikuje je w czołówce najważniejszych dla dziedzictwa kultury muzeów świata. Na powierzchni przekraczającej 8 tyś. m² podziwiać można ponad 20 tys. zbiorów obejmujących sztukę grecką od czasów prehistorycznych po późny antyk. Ogrom muzeum i liczba eksponatów jest trochę przytłaczająca, ale myślę, że mimo wszystko warto tu zajrzeć.



  • ATEŃSKI STREET FOOD

Po wizycie w muzeum archeologicznym zaczęło nam burczeć w brzuchach, więc skierowaliśmy się prosto do knajpy, która przyciągnęła nas bardzo dobrymi opiniami w internecie (średnia ocen 4,5 - ok. 700 opinii). Miejsce to nazywa sie Souvlaki Street, a znajduje przy ul. Kolokotroni 30 w okolicach stacji metra Monastiraki. No i to był strzał w 10. Za dwie spore porcje pit z mięsem, warzywami, frytkami i pysznym sosem zapłaciliśmy ok. 5 € (link do menu). Bardzo polubiliśmy to miejsce i tylko raz zdarzyło nam się zjeść w innej knajpie. 



  • SPACER PO MIEŚCIE

Następnego dnia postanowiliśmy powłóczyć się po mieście. Zaczęliśmy od dzielnicy Anafiotika u podnóża Akropolu. Całkiem przyjemne miejsce, jeśli chcecie uciec od zgiełku stolicy. Potem zakręciliśmy się w okolicach stacji Monastiraki, gdzie kupiliśmy sobie magnesy, które po powrocie do Polski dołączą do pozostałych pamiątek z podróży zdobiących jedną ze ścian naszego mieszkania. Tutejsze ulice znajdujące się w ścisłym sąsiedztwie Akropolu nie są szczególnie urokliwe, a przeciskanie się pośród ludzi i wszechobecny gwar szybko potrafi zmęczyć. Ciekawe jest jednak to, że idąc sobie po prostu przez miasto, nagle dociera się do jakiegoś miejsca, w którym znajdują się jakieś antyczne ruiny. Czasem są to pojedyncze kolumny i fundamenty, czasem cały kompleks pokroju Forum Rzymskiego, a innym razem są to zabytkowe świątynie, chociażby takie jak bizantyjski kościół Panagia Kapnikarea z XI wieku. 


Tymczasem my udaliśmy się do zachodniej części miasta. Tam minęliśmy 18-metrowy Łuk Hadriana (131-132 r.) i Świątynię Zeusa Olimpijskiego. Podczas gdy pierwszy z wymienionych zabytków stoi sobie jak gdyby nigdy nic przy głównej drodze, tak za wejście na teren kompleksu świątyni trzeba już zapłacić i to niemało, bo 6 € (ulgowy 3 €). Jako, że my nie byliśmy specjalnie zdeterminowani by podejść bliżej, to po prostu popatrzyliśmy sobie zza płotu i poszliśmy dalej w kierunku stadionu Kalimarmaro. 


Stadion Panateński (Panathinaiko Stadio lub po prostu Kalimarmaro) to wierna rekonstrukcja antycznej areny, wybudowanej w latach 330-329 p.n.e. z okazji wielkich igrzysk Panateńskich. Na trybunach zasiąść mogło nawet do 80 000 widzów. Stadion jest wykonany w całości z białego marmuru i służy do dziś jako obiekt, na którym odbywają się różne wydarzenia kulturalne. Bilety wstępu kosztują 5 € (normalny) i 2,50 € (ulgowy). 



  • PODSUMOWUJĄC

Choć z perspektywy czytelnika mogłoby się wydawać, że nasz pobyt w Atenach był bardzo intensywny, to w rzeczywistości wypoczęliśmy i wyleniliśmy się za wszystkie czasy. Wszystko dlatego, że najważniejsze zabytki stolicy Grecji znajdują się w ścisłym centrum miasta, a ponadto wiele z nich ogląda się jedynie z zewnątrz, przez co samo zwiedzanie nie jest bynajmniej aż tak czasochłonne. Mamy za sobą tylko jeden szczególnie aktywny dzień, kiedy to wejścia do narodowych atrakcji i muzeów było darmowe. Cieszę się, że udało się nam trafić właśnie w ten termin, bo bilety wstępu przy dużych ilościach łączą się w pokaźne sumy, a Grecy często pobierają po kilka euro tylko za to, że można sobie podejść bliżej albo obejść coś dookoła, przy czym to "coś" to często cztery kolumny i fragment fundamentów. Nie chcę wyjść na ignoranta, bo zdaję sobie sprawę, że te antyczne ruiny są bezcenne, jednak naprawdę trudno opierać wrażenia jedynie o wyobraźnię. Doskonale zdaję sobie także sprawę, że część z tych środków przeznaczana jest na renowacje i rekonstrukcje. Nie zmienia to jednak faktu, że chcąc zobaczyć większość najważniejszych zabytków, trzeba nastawić się na niemałe koszty, których nam udało się uniknąć. 

Same Ateny jako miasto okazały się być bardzo pozytywne w odbiorze. Mówię tutaj oczywiście o centralnej części miasta, bo poza obręb głównych atrakcji raczej się nie zapuszczaliśmy, bo i po co. Spędziliśmy tu naprawdę bardzo miło czas. Genialne jedzenie, południowe słońce... Tak naprawdę tylko to wystarczy, by miejsce to było godne polecenia. Warto się wysilić, by dostrzec w tych antycznych ruinach kolebkę naszej cywilizacji, ale na pewno nie ma co oczekiwać fajerwerków, bo można się lekko rozczarować. Chyba, że tak jak my zamieszkacie sobie w apartamencie z tarasem, który umili Wam każdą chwilę spędzoną w Atenach. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz