Podróże MM

piątek, 14 czerwca 2019

Red Canyon - pustynne góry i malownicze wąwozy

Kolejny styczniowy dzień w Izraelu. Po całodniowym trekkingu po Pustyni Negew, tym razem zaplanowaliśmy zwiedzanie chyba najpopularniejszej atrakcji turystycznej w tej części kraju. Z reguły wolimy podziwiać piękno krajobrazów w odosobnieniu, dlatego ustawiliśmy budziki na wczesno-poranną godzinę, spakowaliśmy zapasy wody, suchy prowiant (czytaj pita + hummus) i w drogę!



Dotarliśmy na dworzec autobusowy w Ejlat. Zgodnie z oczekiwaniami rozkład jazdy zupełnie nie pokrywał się z rzeczywistym czasem odjazdu. Gdy już wsiedliśmy w busa, okazało się, że cena za przejazd jest dużo wyższa niż ta, podawana w internecie. Ba, jak wracaliśmy, zapłaciliśmy jeszcze inną kwotę. Albo tutejszy cennik za usługi transportowe jest wyjątkowo skomplikowany, albo ktoś sprytnie wykorzystuje nieczytelność hebrajskich "krzaczków" i robi przyjezdnych w konia. 

Zapłaciliśmy za bilety i zajęliśmy miejsca. W autobusie oprócz nas była jeszcze jedna para turystów. Wszyscy pozostali to żołnierze. Chłopcy, dziewczyny, mężczyźni i kobiety podróżowali do baz wojskowych rozlokowanych w okolicznych górach. Armia jest tu widoczna na każdym kroku. Trudno się dziwić, w końcu Izrael toczy niejedną wojnę, a samo miasto Ejlat jest wciśnięte między Egipt, Jordanię i Arabię Saudyjską (nieco dalej). Ponadto, w kraju tym każdy obywatel musi przejść obowiązkową służbę wojskową. Mężczyźni służą w armii trzy lata, kobiety dwa. 

Autobus ruszył w kierunku gór, pnąc się po dobrze nam już znanej drodze. Co chwilę zatrzymywaliśmy się, by zgarnąć z pobocza jakąś grupkę umundurowanych nastolatków. Potem już jeździliśmy od bazy do bazy, wijąc się po wąskich drogach wśród piaszczystych gór. W dłoniach trzymaliśmy telefony z uruchomionym Google Maps. Musieliśmy pilnować przystanka, bo znajduje się on dosłownie nigdzie, a w internecie często można natknąć się na opisy przeróżnych przygód związanych z podróżą do Red Canyon. 

W końcu dotarliśmy na... miejsce? Niezupełnie. Kierowca wysadził nas przy głównej drodze, więc musieliśmy jeszcze przejść ponad 1,5 km żeby dotrzeć do początku szlaku. Wszędzie wokół piach, góry i niesamowita przestrzeń.


Na zegarkach dochodziła godzina 9. Nasz szlak zaczynał swój bieg od dużego parkingu, na którym stało dosłownie kilka aut. Z początku szliśmy krętą ścieżką prowadzącą przez szeroki wąwóz. Po krótkiej chwili dotarliśmy do miejsca, gdzie szlak wciska się pomiędzy skały. Droga prowadziła coraz głębiej w dół. Z uwagi na fakt, że Red Canyon cieszy się wyjątkowo dużym zainteresowaniem wśród turystów odwiedzających Ejlat, na szlaku zamontowano sztuczne ułatwienia w postaci drabinek i metalowych klamer.


Zgodnie z przewidywaniami, przyjazd o wczesno-porannej porze okazał się strzałem w dziesiątkę. Skłamałbym mówiąc, że byliśmy sami, ale mimo wszystko było tak mało ludzi, że mogliśmy swobodnie robić zdjęcia i bez pośpiechu podziwiać to wyjątkowe miejsce. Kanion prezentował się naprawdę wspaniale, szczególnie, gdy do szczelin wpadać zaczęły promienie słońca. Ale co ja będę gadać, zobaczcie zdjęcia :)


Tego dnia mieliśmy odpocząć po wczorajszym trekkingu w górach. Wybraliśmy Red Canyon, bo można tu dojechać busem, a sam szlak to zaledwie 20 min marszu. Czuliśmy jednak lekki niedosyt, więc postanowiliśmy wydłużyć sobie drogę powrotną. Ruszyliśmy zatem dalej zielonym szlakiem, mijając drogę powrotną na parking. Już za drugim zakrętem naszą decyzję wynagrodziły nam przepiękne krajobrazy malowniczego wąwozu.


Przed nami 5 km marszu po piasku zmieszanym z kamieniami. W pewnym momencie odbiliśmy na czarny szlak i od tego momentu ścieżka zaczęła coraz bardziej piąć się w górę, by wreszcie zaprowadzić nas do miejsca, gdzie czekała nas wspinaczka po stromej skale. Tutaj na szczęście pojawiły się metalowe liny, klamry i drabinki, dzięki którym czuliśmy się dużo pewniej nabierając wysokości. Jako, że oboje jesteśmy tatromaniakami, ten fragment szlaku sprawił nam najwięcej frajdy.


Po wdrapaniu się na klify droga wyprowadziła nas na totalną pustynię. Słońce grzało niemiłosiernie, a nas z każdej strony otaczał ogrom przestrzeni wypełnionej piaskiem i kamieniami. Teren był już bardzo łatwy, a droga wyraźnie widoczna, a gdy wdrapaliśmy się na niewielkie wzgórze, naszym oczom ukazała się granica z egipskimi fortyfikacjami. Dotarliśmy do głównej drogi po ok. 3 godzinach trekkingu. To była naprawdę piękna trasa!


Pora wracać do Ejlat. Wyszliśmy na główną drogę i zaczęliśmy łapać stopa. Ruch był tak znikomy, że mogliśmy czekać na auto siedząc na środku jezdni. Gdy już docierało do nas, że nieprędko wrócimy do miasta, nagle daleko na horyzoncie pojawił się biały autobus, a gdy po kilku minutach dojechał do przystanka, okazało się, że jedzie on do Ejlat! Co za fart... Bus ten kursuje do oddalonego o 240 km miasta Be'er Szewa, więc częstotliwość kursów jest naprawdę mała. Mieliśmy niesamowite szczęście, że przyszło nam czekać tak krótko.


To był kolejny niesamowity dzień na Pustyni Negew, a to jeszcze nie koniec przygód, jakie zaplanowaliśmy na nasz kilkudniowy pobyt w Izraelu. Przed nami wisienka na torcie, czyli zwiedzanie przepięknej Doliny Timna - już niebawem na blogu :)

Mat. 


1 komentarz:

  1. Bardzo przydatny wpis. Na pewno przyda się na kolejne wyprawy :) Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń