Podróże MM

sobota, 4 maja 2019

Sarajewo - styk kultur i ślady historii

Ostatni przystanek naszej podróży autostopem po Bałkanach. Zbliżamy się do Sarajewa. Nie autostopem, a starym autobusem. Bilety na transport po Bośni i Hercegowinie są tak niskie, że zrezygnowaliśmy z "łapania", żeby oszczędzić czas. A nie zostało go nam już wiele. W stolicy spędzimy 4 dni. Sarajewo to taka wisienka na naszym bałkańskim torcie. Tak jak pisałem w poprzednich postach, w tej podróży nie tylko zachwycamy się muzyką, kuchnią i pocztówkowymi widokami, ale także uczymy się historii, która ledwie otarła się o naszą świadomość. Zgłębiając temat wojny domowej w Bośni czułem, jakby ominęło mnie coś bardzo ważnego. Dlatego podróż do Sarajewa była dla mnie wyjątkowa.



Z obu stron otoczyły nas wzgórza Alp Dynarskich, co oznaczało, że zbliżamy się do celu. Przydrożna infrastruktura zagęszczała się coraz bardziej, aż w końcu naszym oczom ukazały się szare bloki. Mimo ładnej pogody, wszystko było przygnębiająco ponure. Czas jakby się tu zatrzymał 40 lat temu. Wielkie betonowe molochy, staromodne sklepowe szyldy, i te tramwaje, produkowane w latach '60. Po chwili całą moją uwagę zwróciły dziury i bruzdy na elewacjach budynków. Wiedziałem, że w Sarajewie wciąż widoczne są ślady wojny, ale nie sądziłem, że na taką skalę. Niemal każdy budynek miał dziury po pociskach. Ślady historii.

Chciałbym dodać na wstępie kilka słów. Zdaję sobie sprawę, że Sarajewo jest już zupełnie innym miastem co kiedyś. W końcu od zakończenia wojny w Bośni minęły 23 lata. Nie pamiętam tego, co się tu działo w latach 1992-1995. Znane było mi pojęcie "wojna w Bośni", ale nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, co tak naprawdę miało tu miejsce. Książki, artykuły, zdjęcia i drastyczne nagrania dopiero w ostatnim czasie uświadomiły mi skalę zbrodni dokonywanych nie tylko w Sarajewie, ale i w innych częściach półwyspu. Dlatego mimo upływu lat temat jest dla mnie wyjątkowo świeży, a ślady wojny wywołują u mnie wrażenie, jakbym przyjechał tu chwilę po zakończeniu konfliktu. Jestem więc totalnie nieobiektywny, bo ciężko było mi patrzeć na Sarajewo inaczej, niż przez pryzmat historii.


Wysiedliśmy na dworcu autobusowym, gdzie już czekał na nas Adnan - nasz gospodarz, od którego wynajęliśmy niewielkie mieszkanie na kilka najbliższych dni. Okazał się on być niezwykle wesołym i otwartym człowiekiem. Nasz dom znajdował się we wschodniej części miasta na wzgórzu. Do dyspozycji mieliśmy w pełni wyposażone mieszkanie z kuchnią i łazienką. Lokalizacja niemal idealna, bo zaledwie 1 km od Baščaršiji w centralnej części miasta. Lekko niepokojący okazał się jedynie fakt, że w promieniu 500 m od naszego mieszkania znajdowało się... 12 meczetów. Na szczęście poranne śpiewy muezzinów okazały się być zupełnie nieuciążliwe.




  • Najciekawsze miejsca w Sarajewie - subiektywnie. 

Bijela Tabija (Biała Twierdza) to fantastyczny punkt widokowy, z którego można spojrzeć na Sarajewo z góry. Był to pierwszy punkt na naszej trasie zwiedzania, jako, że znajdował się on bardzo blisko naszego domu. Same fortyfikacje praktycznie wcale nie wzbudzają zainteresowania, bo pozostałości po dawnej zbrojowni są w naprawdę opłakanym stanie. Warto jednak się tu wybrać dla wspomnianego widoku na Sarajewo. 


Nieopodal Białej znajduje się Żółta Twierdza (Žuta Tabija). Za dnia miejsce to nie cieszy się szczególnym zainteresowaniem, ale zaczyna tętnić życiem jeszcze przed zachodem słońca. Zbiera się tutaj wielu ludzi, głównie młodzież. Panuje iście hipsterski klimat - młodzi grają na gitarach, śpiewają i popijają alkohol, siedząc na wzgórzu, z którego rozciąga się panorama niemal całego miasta. 


Schodząc ze wzgórza dotarliśmy do sarajewskiego ratusza, będącego chyba najładniejszym budynkiem w całym mieście. Może nie wzbudza on specjalnie zachwytu, ale na pewno wyróżnia się mocno tle innych budowli. Co ciekawe, niegdyś mieściła się tu Biblioteka Narodowa. Niestety, wskutek bombardowania w 1992 roku spłonęły tu niemal wszystkie księgi i bezcenne manuskrypty. 


Przekroczyliśmy rzekę Miljackę i stromymi ulicami wspięliśmy się na wzgórze, gdzie znajduje się muzułmański cmentarz Alifakovac. Wiele pochowanych tu osób to ofiary wojny, co nie powinno specjalnie dziwić. Podczas oblężenia Sarajewa ginęło tylu ludzi, że brakowało miejsca na godny pochówek ciał. Na cmentarze zamieniano niemal każdą wolną przestrzeń, od parków, po obiekty sportowe - wiele ofiar pochowano na terenie stadionu im. Asima Ferhatovicia Hasego, który w roku 1984 był obiektem, na którym odbywały się zimowe igrzyska olimpijskie.


Chcąc oderwać się na chwilę od przygnębiającej tematyki wojny domowej w Bośni i Hercegowinie skierowaliśmy kroki w kierunku turystycznego serca Sarajewa. Baščaršija to zabytkowy bazar, w centrum którego znajduje się chyba najczęściej fotografowany obiekt w mieście - studzienka Sebilj. Na placu nieustannie panuje gwar dochodzący z pobliskich knajp i sklepików. To obowiązkowy punkt must see jeśli chodzi o turystykę w mieście. Baščaršija została wybudowana za czasów osmańskich w 1462 roku. Do dziś można poczuć klimat tureckiego bazaru, na którym można kupić tradycyjne naczynia i inne tego typu wyroby. Nie wiem ile w tym autentyczności, bo niespecjalnie mnie interesował zakup, poza tym totalnie się na tym nie znam. Ale to wcale nie oznacza, że opuściłem Baščaršiję z pustymi rękoma. Oprócz obowiązkowego zakupu pamiątkowych magnesów, udało mi się nabyć koszulkę Miralema Pjanicia z Juventusu. Jestem wielkim fanem tego klubu jak i talentu bośniackiego piłkarza, więc nie mogłem sobie odpuścić. Przygotowując się do targowania ze sprzedawcą, nauczyłem się podstawowych zwrotów po bośniacku i koniec końców kupiłem wyjątkowo dokładnie podrobioną koszulkę za 20 marek (ok. 44 zł). Dużo, niedużo - ja byłem wniebowzięty.


Spacerując w okolicach Baščaršiji nie sposób przejść obojętnie obok meczetu Gazi Husrev-bega. Jest to jeden z najważniejszych muzułmańskich obiektów kultu na całych Bałkanach. Świątynię wzniesiono w latach 1530-1537 z inicjatywy bośniackiego władcy - Gazi Husrev-bega. Wstęp do meczetu jest płatny. Ja, nie widząc o tym, wszedłem do środka "na Janusza", ale nie było mi głupio z tego powodu. Poznani przeze mnie muzułmanie w Azji i na Bliskim Wschodzie wielokrotnie powtarzali, że meczet jest domem Boga i każdy gość jest tu mile widziany. Na pytanie o opłaty wszyscy robili wielkie oczy ze zdziwienia. Niestety w Bośni i Hercegowinie świątynie Islamu są swego rodzaju źródłem biznesu turystycznego, co budzi we mnie niesmak.


Ruszyliśmy wąskimi ulicami na zachód, mijając po prawej stronie ulicę Logavina. Jest to główne miejsce akcji reportażu Barbary Demick pt. W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy. Książka wprawia w osłupienie i totalnie psuje wizerunek człowieczeństwa, ale mimo wszystko naprawdę warto przeczytać. Kilka kroków dalej przechodzimy przez symboliczny punkt z napisem Sarajevo - Meeting of Cultures na ulicy Ferhadija. W kontekście nacjonalizmów jest to bardzo pokrzepiające hasło, dające nadzieję, że ludzie różnych wyznań i kultur mogą żyć obok siebie we wzajemnej przyjaźni. Sarajewo jest właśnie takim miejscem. Na ulicach kobiety w hidżabach mijają się ze skąpo ubranymi Bośniaczkami i turystykami. Meczety sąsiadują z innymi kościołami. Różnice niemal całkowicie się zacierają, choć każdy eksponuje swoją odmienność. Super sprawa.


Po sympatycznym spacerze wśród uśmiechniętych ludzi wracamy do tematu bratobójczej wojny. Wybaczcie ten drastyczny przeskok, ale następnym odwiedzonym przez nas punktem na mapie Sarajewa było akurat Muzeum ludobójstwa i zbrodni przeciwko ludzkości 1992-1995 (Museum Of Crimes Against Humanity And Genocide 1992-1995). Bardzo mi zależało, żeby zobaczyć tutejsze ekspozycje i poznać tragiczne historie zwykłych ludzi, których dotknęła wojna. Ostrzegam, że wizyta w tym muzeum to naprawdę mocne przeżycie. Oprócz różnych przedmiotów w okresu wojny domowej, w gablotach znajdowały się także rzeczy osobiste, z którym związana była jakaś historia. Niezwykle szokujące były oryginalne listy i zapiski osób, które opisywały swoje drastyczne przeżycia, w tym pozbawione wszelkiej cenzury opisy gwałtów i niewyobrażalnych tortur, jakich dopuszczano się na cywilach. Wizyta w tym muzeum jeszcze bardziej uświadomiła mi, że z powodu etyki i cenzury kina, żaden film w najmniejszym stopniu nie oddaje tego, jak naprawdę wygląda wojna i tragedia, która dotyka niewinnych ludzi. 


Lekko oszołomieni i przygnębieni wizytą w muzeum ludobójstwa udaliśmy się dosłownie kilka kroków dalej na zachód, żeby zobaczyć wybudowaną w 1889 roku Katedrę Serca Jezusowego i znajdujący się pod nią pomnik Jana Pawła II. Kościół nie robi jednak na nas jakiegoś wielkiego wrażenia, więc po chwili wróciliśmy na zatłoczoną Baščaršiję, żeby poprawić sobie humor na resztę dnia.


Następnego dnia od rana leniwie kręciliśmy się po sarajewskich ulicach. Poszliśmy na lody, pospacerowaliśmy po targowiskach, a po południu zajrzeliśmy do jednej z rekomendowanych knajp, żeby niedrogo zjeść. Aščinica ASDŽ to taki bośniacki odpowiednik naszych barów mlecznych. Można tam spróbować dań takich, jakie goszczą w tutejszych domach. Dla nas głównym wyznacznikiem jakości jest obecność "lokalsów", a tych było tu naprawdę wielu. W menu królują gulasze, mięsa, warzywa, potrawki i wiele innych rozmaitych dań. Do tego oczywiście tradycyjne chlebki somun. Tanio i smacznie - tak jak lubimy :)


Z pełnymi brzuchami udaliśmy się na długi, 5-kilometrowy spacer poza turystyczną część Sarajewa. Choć w mieście wciąż dominuje architektura jugosłowiańskiego socjalizmu, to w okolicach ścisłego centrum powstało/powstaje wiele nowoczesnych budynków w stylu zachodnim, z dominacją szkła. Ten swoisty kontrast wydaje nam się bardzo symboliczny. Choć my odkopujemy w Sarajewie historię sprzed ponad dwóch dziesięcioleci, to samo miasto zdaje się szybko podnosić z kolan, zostawiając za sobą przeszłość i dążąc do normalności i postępu. To bardzo przyjemny obraz, który w znacznym stopniu przysłania ślady wojny.


Naszym oczom ukazały się dwie bliźniacze wieże UNITIC, będące stałym elementem krajobrazu Sarajewa, a także symbolem walk, jakie toczono tu w latach 1992-1995. Nieustannie mam w pamięci fotografię tych płonących wieżowców, które zostały w bardzo dużym stopniu uszkodzone wskutek ostrzału.



Dotarliśmy do słynnej Alei Snajperów (ulica Zmaja od Bosne, pl. ul. Smoka z Baśni). W czasie oblężenia Sarajewa było to chyba najniebezpieczniejsze miejsce w całym mieście. Szeroka aleja była główną drogą do źródeł pitnej wody, a zarazem miejscem, w którym zginęło 225 osób, w tym 60 dzieci. Snajperzy otwierali ogień do cywilów z wieżowców i okalających miasto wzgórz. W poruszaniu się między kolejnymi przecznicami pomagały mieszkańcom opancerzone pojazdy ONZ. Idąc Aleją Snajperów napotkaliśmy tablicę upamiętniającą śmierć 7-letniego Nermina Divovicia, który zginął od strzału w głowę. Zdjęcie, na którym widać jak zdezorientowani żołnierze ONZ stoją nad dzieckiem leżącym w kałuży krwi na długo zostanie mi w pamięci.


Nieopodal Alei Snajperów znajduje się inne symboliczne miejsce, a mianowicie Most Suade i Olge. 5 kwietnia 1992 roku w okolicy odbywały się ogromne demonstracje, w których manifestanci nawoływali do zawieszenia broni i zawarcia pokoju. Gdy marsz dotarł na most Vrbanja, padły pierwsze strzały. Serbski snajper zastrzelił 6 osób, w tym studentkę Suadę Dilberović i urzędniczkę Olgę Sučić. Obie kobiety uznano pierwszymi ofiarami wojny domowej w Bośni i Hercegowinie. Dziś most nosi ich imiona, a na żelaznej konstrukcji można zauważyć tablicę upamiętniającą te kwietniowe wydarzenia.
Z mostem Suady i Olgi powiązana jest także inna tragiczna historia. Rok później, tj. 19 maja 1993 roku, para zakochanych, bośniacka muzułmanka Admira Ismić i Serb Boško Brkić zostali tu zastrzeleni podczas próby wydostania się z miasta. Ich ciała leżały na moście kilka dni, ponieważ nikt nie odważył się wystawić na ostrzał, by je stamtąd zabrać.


Idąc dalej Aleją Snajperów co chwilę napotykaliśmy na tzw. Sarajewskie róże. Są to bruzdy na chodnikach, ślady po eksplozji pocisków moździerzowych. Na pamiątkę ofiar, które straciły tu życie, miejsca po wybuchu granatów wypełniono czerwoną farbą. Sarajewskich róż jest bardzo wiele i nietrudno się na nie natknąć, nie tylko w okolicy Alei Snajperów, ale także w zatłoczonej, turystycznej części miasta.


Po prawej stronie minęliśmy kolejny charakterystyczny budynek, hotel Holiday Inn. Początkowo należał on do Demokratycznej Partii Serbii i to właśnie z niego snajper strzelał do protestujących na wspomnianym wcześniej moście Vrbanja. W późniejszym czasie w hotelu mieszkała większość zagranicznych dziennikarzy i reporterów, którzy relacjonowali wydarzenia z Sarajewa w okresie wojny.



Zapuściliśmy się jeszcze dalej poza miasto, odbijając z Alei Snajperów w szare blokowiska, gdzie udało nam się podejrzeć, jak dziś wygląda życie mieszkańców Sarajewa poza tymi najczęściej odwiedzanymi przez turystów dzielnicami miasta. Wciąż wszystko zdaje się być zaniedbane. Stare, podziurawione elewacje budynków, puste place zabaw, klimat smutnej, szarej rzeczywistości. Ale z drugiej strony, po ulicach Sarajewa jeździ bardzo dużo nowoczesnych, lepszej klasy aut. Ludzie chodzą modnie ubrani, wpatrzeni w smartfony. Bośnia i Hercegowina powoli zmierza ku zachodowi i to bardzo cieszy, bo z rozmów z poznanymi Bośniakami wynikało, że w kraju nie dzieje się dobrze - skorumpowane rządy, problem migracji, kiepski poziom edukacji, brak funduszy. Kraj ciągle mocno odczuwa ekonomiczne skutki wojny, ale mimo to po latach widać spory postęp i rozwój, widoczny szczególnie tu, w stolicy.


Ktoś może nam wytknąć, że nie zobaczyliśmy tunelu pod lotniskiem, znanej Gallery 11/07/95 czy cmentarza przy stadionie olimpijskim. Zwiedziliśmy Sarajewo po swojemu, unikając pośpiechu. Wieczorami czytaliśmy książki poświęcone wojnie, oglądaliśmy zdjęcia, nagrania i reportaże. Tak jak wielokrotnie powtarzałem w tym poście, była to dla nas podróż wyjątkowa, która pozwoliła nam na nowo odkryć historię. Oboje gdzieś kiedyś słyszeliśmy o jakimś konflikcie na Bałkanach, ale dopiero teraz dotarło do nas to, co się tu naprawdę wydarzyło i jak ogromna była skala ludzkiej tragedii, która dotknęła mieszkańców Sarajewa. Nie chcę, by z tego posta wybrzmiał przekaz na zasadzie "spójrzcie, czego w Bośni dopuścili się Serbowie". W tym konflikcie nie było tych dobrych i tych złych, a każda ze stron dopuszczała się niewyobrażalnych zbrodni.

Mam do siebie lekki żal, że tak późno dotarła do mnie ta wiedza, ale z drugiej strony było to bardzo cenne doświadczenie, szczególnie, że poznałem tę historię w miejscu, gdzie miała ona miejsce. Dlatego też patrzyłem na Sarajewo przez pryzmat wojny, wpatrując się w każdą dziurę po pocisku i poszukując miejsc, w których odgrywały się te drastyczne sceny.

Oby ta historia już nigdy się nie powtórzyła.




  • Sarajewo 1992-1995



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz