Podróże MM

wtorek, 28 maja 2019

Ejlat i Pustynia Negew

6 stycznia 2019 r. Godzina 6:20. Lecimy do Ejlat. Jesteśmy totalnie niewyspani, bo musieliśmy wstać przed 4 rano, żeby zdążyć na lotnisko. Po jakimś czasie lotu nas chmurami niebo przybrało barwy purpury, by po chwili rozświetlić się turkusem przechodzącym w pomarańcz. Paleta barw nieba zawsze mnie zachwyca, a oglądanie takiego spektaklu znad chmur tylko potęguje zachwyt. Ale ok, zejdźmy na ziemię. Może nie dosłownie, bo przed nami jeszcze kilka godzin lotu...



Izrael. Przez szybę samolotu rozpoznałem bez trudu Morze Martwe. Zbliżamy się do celu. Lecieliśmy trochę naokoło, mijając Strefę Gazy, z której w ostatnim czasie wystrzelono całą masę rakiet. Nasza podróż do Izraela zbiegła się z wyjątkowo intensywną wymianą ognia. Nie jest to nic nowego jeśli chodzi o ten rejon, a znaczna większość pocisków zostaje regularnie detonowana jeszcze w powietrzu przez Żelazną Kopułę. Nie zmieniło to jednak faktu, że musieliśmy się tłumaczyć bliskim, że na południu jest bezpiecznie i nie ma żadnych powodów do zmartwień. Swoją drogą to niesamowite, że Izrael potrafi ściągać do siebie tłumy turystów, mimo trwającej nieustannie wojny...


Krajobraz za oknem stopniowo pustoszał. Tylko piasek, góry i wyschnięte koryta rzek. Samolot zniżał się coraz bardziej, aż w końcu poczuliśmy charakterystyczne szarpnięcie towarzyszące uziemieniu. Po opuszczeniu pokładu Boeinga przywitał nas ciepły podmuch wiatru. To było naprawdę przyjemne uczucie. Szybko udało nam się zapomnieć, że jest środek zimy. Dookoła pustynia, palmy i...wojsko. Cóż, trzeba się przyzwyczaić. Lotnisko w Ovdzie przypominało bardziej jakiś blaszany barak, niż terminal. Mieliśmy ze sobą tylko bagaż podręczny, więc szybko dotarliśmy do bramek kontrolnych. Mając w paszportach niekorzystne pieczątki z krajów muzułmańskich, nastawialiśmy się na porządne przesłuchanie. Okazało się jednak, że musieliśmy tylko powiedzieć na jak długo przyjechaliśmy i czy będziemy przekraczać granicę. Kolega obok niestety nie miał tak dobrze, bo pracowniczka służb bezpieczeństwa zasypała go gradem podejrzliwych pytań. 
- Czy ma pan Żydów w rodzinie?
- Nie, przyjechałem tylko, żeby odpocząć i zjeść falafela.
- A czy ma pan rodzinę lub znajomych w Izraelu? 
Masakra. 

Po opuszczeniu "terminalu" (jak zwał tak zwał) przebiliśmy się przez grupkę napalonych taksówkarzy, po czym wsiedliśmy do autobusu, który zabrał nas do Ejlat. Wtedy też szybko zrezygnowaliśmy z pomysłu podróżowania po rejonie autostopem. Ruch był tak znikomy, że na trasie mijały nas zaledwie pojedyncze auta. Teren stawał się coraz bardziej górzysty, a droga zaczęła wić się tuż przy egipskiej granicy, wzdłuż której znajdowały się rzędy stalowych ogrodzeń i wieżyczek strażniczych. Nie trzeba znać się na polityce, by szybko dojść do wniosku, że kraje nie pałają wzajemną sympatią. Dociekliwych odsyłam do historii wojen izraelsko-arabskich. 

Tymczasem my dotarliśmy do Ejlat i udaliśmy się prosto pod adres wskazany przez naszego gospodarza z Airbnb. Wynajęliśmy sobie na nasz pobyt w Izraelu... domek? Taki jakby pokój z kuchnią i łazienką, do którego wchodzi się przez ogródek :) Nasza gospodyni miała status Superhosta - w pełni zasłużenie! Jeśli wybieracie się do Ejlat to dajcie znać, a podrzucimy Wam namiary. A jeżeli nie rezerwowaliście jeszcze noclegów przez portal Airbnb, to zachęcamy do skorzystania z rabatu na 100 zł :) Wystarczy, że założycie konto klikając w baner poniżej:



  • Ejlat
Ejlat nie jest miastem, które zrobi na Europejczyku wyjątkowe wrażenie. Właściwie to nie czuć tu klimatu Bliskiego Wschodu, mimo, że styczniowe temperatury wahały się w okolicach 20'C, a ulice zdobiły wszechobecne palmy i egzotyczna roślinność. Tak naprawdę nie ma tu nic do oglądania. Mimo to, Ejlat to typowy kurort który każdego roku przyciąga z zagranicy rzeszę turystów. W północnej części miasta znajduje się szereg nowoczesnych hoteli wybudowanych na wybrzeżu Morza Czerwonego. Oferta turystyczna Ejlatu to głównie drinki z palemką, wypoczynek na plaży, wizyta w oceanarium, sporty wodne, nurkowanie na rafie koralowej lub w towarzystwie zamieszkujących Zatokę Akaba delfinów. To ostatnie niektórym może źle zabrzmieć z uszach, ale z tego co słyszałem, zwierzęta mają swobodny dostęp do otwartego morza i przebywają w towarzystwie człowieka z własnej nieprzymuszonej woli. Jak jest naprawdę - nie wiem, bo nie sprawdzałem. 

Nasz pobyt w samym Ejlat ograniczał się głównie do robienia zakupów w markecie. Po przylocie do Izraela wybraliśmy się na spacer po mieście, by upewnić się, że naprawdę nie znajdziemy tu nic, co by nas zainteresowało. Najciekawsze okazały się widoki na wybrzeże Jordanii, znajdujące się samym sercu Ejlat aktywne lotnisko i knajpy serwujące przepyszne falafele. Polecamy Shawarma Pilpel - przesympatyczna obsługa, fajne ceny i rewelacyjne jedzenie! 


  • Pustynia
Zadzwonił budzik. Pobudka, szybki prysznic i jajka na śniadanie. Tego dnia mieliśmy w planach długi trekking wgłąb pustyni. Choć brzmi to jak ogromna ekspedycja, to tak naprawdę samo miasto Ejlat znajduje się na pustkowiu, więc wystarczy minąć parę przecznic, by wydostać się z terenu zabudowanego. Zamierzaliśmy spędzić na pustyni Negew cały dzień, pokonując sporą ilość kilometrów po górzystym terenie, dlatego wzięliśmy ze sobą spore zapasy wody i suchego prowiantu w postaci pity z warzywami i hummusem. 


Dotarliśmy na granicę miasta. Szeroka ulica dzieliła dwa skrajne krajobrazy - miejski i pustynny. Po prostu nagle zabudowania zniknęły, a naszym oczom ukazały się góry zbitego piachu. Znaleźliśmy szlak i ruszyliśmy wgłąb. Pierwsze chwile były fascynujące. Czuliśmy zapach przygody, nie wiedząc do końca, co nas czeka tego dnia. Zaczęliśmy wspinać się po nierównym i stosunkowo trudnym terenie. Momentami bywało naprawdę stromo, a trekking skutecznie utrudniały osuwające się spod butów kamienie i kamyki. Na plecach ciążyły nam 4 litry butelkowanej wody. Byliśmy jednak strasznie podnieceni całą sytuacją. Jeszcze niedawno mówiłem, że byłem już w tropikalnej dżungli i za kołem podbiegunowym, teraz czas na pustynie. Tego dnia miałem okazję spełnić to marzenie.


Spokojnie, w swoim tempie nabieraliśmy wysokości, wdrapując się na wzgórze. Gdy weszliśmy na przełęcz, naszym oczom ukazała się zapierająca dech w piersiach panorama. Zupełnie nie spodziewaliśmy się, że pustynia Negew po niespełna godzinie marszu zaoferuje nam takie widoki!

"Straciliśmy" dużo czasu na tej przełęczy. Zrobiliśmy całą masę zdjęć, a przy okazji zatrzymaliśmy się na dłuższy postój, żeby napić się wody i coś zjeść. Później zebraliśmy siły i pełni entuzjazmu ruszyliśmy dalej. Tym razem przed nami droga w dół stromym żlebem. Momentami było naprawdę nieciekawie, bo znów grunt wyjeżdżał spod butów. Ostatecznie udało nam się zejść do doliny, przez którą biegł nasz szlak.


Za nami ok. 5 km trekkingu po suchym, górzystym terenie. Krajobraz stał się bardzo jednostajny. Kierowaliśmy się ścieżką prowadzącą głównie przez doliny i żleby, więc na widoki musieliśmy trochę poczekać. Spędziliśmy jednak miło czas, rozmawiając sobie na różne tematy i ciesząc się styczniowym słońcem. W pewnym momencie naszą uwagę przykuły ślady łap na popękanej ziemi. Odcisków było wiele. Przypominały one kocie łapy, co mogłoby sugerować, że ślady te zostawiły po sobie karakale albo koty pustynne. Dużo bardziej niepokojące były wgłębienia, które pozostawiło po sobie zwierze z długimi pazurami. Mógł to być na przykład taki lampart arabski, którego bardzo nieliczna populacja zamieszkuje Pustynię Negew. Nie ukrywam, że od tej pory uważniej obserwowałem otoczenie. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy mieliśmy powody do niepokoju, ale na pewno napotkane ślady mocno zadziałały nam na wyobraźnię.


Po jakimś czasie zeszliśmy wąwozami z górzystego terenu i dotarliśmy do szerokiej, szutrowej drogi. Szybko zauważyliśmy, że spacerując korytarzami straciliśmy orientację i idziemy w innym kierunku niż zamierzaliśmy. Pierwotnie zakładaliśmy, że udamy się w stronę kanionu Gai Avud i kolumn Ammerm. Mieliśmy już w nogach 7 km marszu przez trudny teren. Wiedzieliśmy, że nie dotrzemy nawet do Gai Avud, bo przecież przed nami jeszcze powrót tą samą drogą do Ejlat. Weszliśmy na teren rezerwatu Eilat Mountains, pokręciliśmy się jeszcze chwilę po okolicy i zrobiliśmy sobie dłuższy postój na jedzenie, po czym zdecydowaliśmy, że z zapasem czasu będziemy kierować się już z powrotem w stronę miasta. Nie ma co ukrywać, perspektywa pokonania tego samego dystansu co do tej pory była trochę przerażająca. Musieliśmy mieć też na uwadze, że w styczniu słońce zachodzi tu o 17, a samotny trekking po zmroku po górzystej pustyni  to coś, na co byśmy się dobrowolnie nie odważyli. Wiedzieliśmy, że zrobiliśmy spore koło i naprawdę mocno nas kusiło, żeby wrócić do domu skrótem, ale ostatecznie wybraliśmy mniej ryzykowny wariant, czyli znów naokoło, ale po własnych śladach.


Choć czuliśmy już kilometry w nogach, to droga powrotna również dostarczyła nam niezapomnianych wrażeń i niezwykłych kadrów. Choć początkowo szliśmy po własnych śladach, przemierzając dobrze już nam znane żleby i kaniony, to pod koniec zdecydowaliśmy się odbić nieco na wschód i wspiąć się jeszcze na najwyższą grań, z której rozciągał się widok na okolice Ejlat. Byliśmy mocno zmęczeni, ale głód przygody i chęć zrobienia najlepszych zdjęć był silniejszy. Nie lubimy iść na łatwiznę i nawet w drodze powrotnej gotowi jesteśmy nadłożyć drogi, żeby doświadczyć jeszcze najwięcej. Czy było warto? Myślę, że te zdjęcia mówią same za siebie :)


Okazało się, że nie był to koniec przygód. Na horyzoncie widzieliśmy już zabudowania, od których dzieliły nas niespełna 3 kilometry. Szliśmy szerokim wąwozem. Z transu monotonnego marszu wybiła mnie Martyna, która złapała mnie za rękę: "Stój!". 

Przed nami znajdowały się trzy dorosłe koziorożce nubijskie. Zwierzęta żuły sobie ubogą roślinność na samym środku drogi. Zamurowało nas. Trzy samce stały na szlaku prowadzącym prosto do miasta. Po dłuższym namyśle podjęliśmy decyzję, że spróbujemy je obejść łukiem. Zrobiliśmy kilka kroków naprzód. Nagle jeden z koziorożców ruszył w naszą stronę. Martyna przestraszyła się i wykonała gwałtowny zwrot. Ja stanąłem w miejscu czekając na to, co się wydarzy. Koziorożec również zatrzymał się zdezorientowany naszym zachowaniem. Nie wiem na ile potrafiłem wtedy racjonalnie myśleć, ale nawet nie przyszło mi do głowy, żeby odwrócić się plecami do galopującej pary ogromnych rogów. Ostatecznie wycofaliśmy się powolnym krokiem, dając zwierzętom do zrozumienia, że nie wzbudzają już naszego zainteresowania. Kątem oka widziałem, że koziorożce idą za nami, ale na szczęście po chwili zostały w tyle. A my? Musieliśmy szukać innej drogi, pokonując na przełaj kamieniste wzgórza i zsuwając się żlebami wgłąb doliny. Dopiero po czasie poczułem niesamowity zastrzyk adrenaliny i próbowałem sobie uświadomić, co się właśnie wydarzyło :)


Tego dnia pokonaliśmy pieszo około 20 km. Dotarliśmy do domu wraz z zachodem słońca. Od razu po zdjęciu butów padliśmy na łóżko jak martwi. Byliśmy głodni i zmęczeni, więc wybór między kolacją, prysznicem a drzemką był wyjątkowo trudny. Pierwsza doba pobytu w Izraelu dostarczyła nam nadmiaru wrażeń - przepiękne widoki, niepokojące ślady dużego kota i na koniec jeszcze te koziorożce... A to dopiero początek pobytu w Izraelu.





1 komentarz: