Podróże MM

sobota, 9 marca 2019

Mostar - powojenne ruiny i sklepy z pamiątkami

Opuszczamy chorwacki Dubrownik. Choć dotychczas podróżowaliśmy wyłącznie autostopem, to w tym przypadku postanowiliśmy kupić bilet na autobus. Chcieliśmy jeszcze wybrać się na ulubioną plażę w Dubrowniku, by nacieszyć się morzem. Musimy przyznać, że Adriatyk bardzo przypadł nam do gustu i żal było się rozstawać. Bilety już kupione, więc późnym popołudniem musieliśmy się zwijać. Przed nami bowiem kolejny przystanek w naszej podróży po Bałkanach. Po Albanii, Czarnogórze i Chorwacji przyszedł czas na Bośnię i Hercegowinę! 



Nie opuściliśmy jednak Chorwacji zbyt szybko. Czekaliśmy na przystanku półtorej godziny z zakupionymi dzień wcześniej biletami. Autobus nie przyjeżdża. Za bilety zapłaciliśmy po 125 kun, czyli jakieś 72 zł. Bardziej martwił nas jednak fakt, że mamy w Mostarze zaklepany nocleg, a następnego dnia planowaliśmy jechać dalej do Sarajewa. Po doświadczeniach z Czarnogóry wiedzieliśmy, że autobusy jeżdżą tutaj jak chcą, a mimo to byliśmy strasznie zmęczeni i sfrustrowani. W końcu bus raczył się pojawić na dworcu, a my odetchnęliśmy z ulgą, rozsiadając się w fotelach. 

Jechaliśmy drogą po stromych zboczach opadających ku morzu. Słońce szybko zaszło, rozświetlając niebo piękną paletą barw, która w połączeniu z archipelagiem skalistych wysp stanowiła piękny, spektakl. Chorwacja pożegnała nas pięknymi widokami.

Już w niemal całkowitych ciemnościach dotarliśmy do granicy z Bośnią i Hercegowiną. Mimo braku kolejek długo czekaliśmy na wjazd. Po dłuższym czasie do autobusu weszła strażniczka, która sprawdziła paszporty. Jedziemy dalej. Minęliśmy miasto Neum i po dosłownie 9 km znów dotarliśmy do granicy. Wracamy do Chorwacji. Brzmi to absurdalnie, ale jak spojrzycie na mapę, to możecie zauważyć, że granice Bośni i Hercegowiny łączą się w tym miejscu z Morzem Adriatyckim, oddzielając tym samym Dubrownik i okolice od pozostałej części Chorwacji. Cóż, czeka nas zatem kolejna kontrola graniczna. Tym razem poszło szybciej. Po 30 km docieramy do Metković, a tam - a jakże! - kolejne przejście graniczne.

Pierwsze wrażenie po wjeździe do Bośni i Hercegowiny (nie licząc 9-kilometrowego odcinka między "Chorwacjami") nie było najlepsze. To, co szczególnie rzuca się w oczy, to całkowite ciemności. Niedaleko za chorwacką granicą zatrzymaliśmy się na przystanku. Był tam niewielki parking z jedną latarnią i niewielkim, murowanym budynkiem. Dookoła ciemność i totalne zadupie. Poza naszym busem ani żywej duszy. Można było zobaczyć tylko cień drepczącego psa. Gdy postój dobiegł końca ruszyliśmy dalej. Wzdłuż drogi totalne ciemności. Czasem trafiło się jakieś pojedyncze źródło światła i tak aż do samego Mostaru.

Po półtoragodzinnym opóźnieniu na starcie i kilku krótszych bądź dłuższych postojach po drodze w końcu docieramy do celu. Było już późno, a nas czekał jeszcze długi spacer do miejsca, w którym zamierzaliśmy przenocować. Opuściliśmy wątpliwej urody dworzec autobusowy i zaczęliśmy rozglądać się za jakąkolwiek tabliczką z nazwą ulicy. Wszędzie wokół ciemno i pusto, ani duszy. Nie powiem, żebyśmy czuli się bezpiecznie. Mówiąc wprost, bałem się o Martynę i chciałem jak najszybciej wybrnąć z tej - delikatnie mówiąc - beznadziejnej sytuacji. Po jakimś czasie zobaczyliśmy, że przed nami ktoś idzie. Trzeba spytać. 
- Izvinite, to je ulica Maršala Tita? 
- Da, da.
- Stari Grad? - Spytałem wskazując dłonią przed siebie. 
Wtem facet odwrócił się i wyprostował rękę w kierunku dworca autobusowego, czyli tam, skąd przeszliśmy dobre 15 minut drogi. Wracamy. 

W końcu dotarliśmy do słynnego Starego Mostu. Od miejsca noclegu dzieliło nas dosłownie 150 metrów. Bynajmniej nie oznaczało to, że prędko znajdziemy najkrótszą drogę pośród setek wijących się alejek. Ostatecznie dotarliśmy do celu. Byliśmy niemiłosiernie zmęczeni. Czekanie na autobus, potem trwająca 3h podróż i na koniec 2 km błądzenia po mieście. Ponadto bezlitośnie obnażono nasz brak asertywności, bowiem nasz gospodarz okazał się niebywałą gadułą. Nie mam pojęcia o czym mówił, ale robił to bardzo długo i nic sobie nie robił z tego, że nasza interakcja ograniczała się do przytakiwania z przyklejonym uśmiechem. W końcu nasz gospodarz z Airbnb sobie poszedł, a my padliśmy na łóżko jak zabici.


Następnego dnia wstaliśmy wypoczęci i z pozytywnym nastawieniem. Szybki prysznic, kawa i w drogę! Jak już wspominałem, nasze mieszkanko znajdowało się dosłownie tuż obok Starego Mostu, więc po wyjściu z domu od razu byliśmy w samym sercu zabytkowej dzielnicy miasta. Ponadto, nocleg kosztował nas zaledwie... 90 zł za dwie osoby. Airbnb jak zwykle robi robotę!


Jeśli chodzi o Mostar, to miasto jest naprawdę malutkie. Jego typowo turystyczną część można przejść dosłownie w 15 minut wolnym krokiem. Największą uwagę przyjezdnych skupia na sobie wspomniany wcześniej Stary Most. Został on wzniesiony nad rzeką Neretwą w XVI wieku przez Turków osmańskich. Dawniej był to symbol pojednania świata Islamu z chrześcijańską Europą. Most został zburzony 9 listopada 1993 roku przez armię chorwacką podczas wojny bośniackiej. Przy wsparciu UNESCO i Banku Światowego udało się odbudować ten zabytek, który po dziś dzień jest motywem przewodnim większości pamiątek z Mostaru. Cenna uwaga - jeżeli zobaczycie mężczyznę, który szykuje się do skoku z mostu, nie rzucajcie mu się na ratunek. Zgodnie z tradycją, tutejsi faceci łechtają sobie ego skacząc do Neretwy, co uznawane jest za dowód męskości. Sami byliśmy świadkami takiego "zdarzenia", aczkolwiek "śmiałek" zastanawiał się na tyle długo, że w końcu odechciało nam się czekać ;) 


Jeśli chodzi ogólnie o stare miasto, to osobiście jakoś mnie nie urzekło. Odnoszę wrażenie, że cały klimat psują tam wszechobecne stoiska z pamiątkami. Ciężko nawet o jakieś ładne zdjęcie zabytkowej architektury, bo wszystko obstawione jest tureckimi garnkami i stojakami z pocztówkami. No i te grawerowane naboje... No tak średnio bym powiedział, niemniej jednak trzeba przyznać, że zabytkowa dzielnica Mostaru ma swój urok. Z resztą, oceńcie sami:


Drugą najpopularniejszą atrakcją Mostaru obok Starego Mostu jest wzniesiony w 1617 roku Meczet Koski Mehmed Pasha. Cieszy się on szczególnym zainteresowaniem głównie z powodu punktu widokowego, znajdującego się na minarecie. Sam wstęp do meczetu kosztuje 12 bośniackich marek, czyli jakieś 3€. Wejście po klaustrofobicznych, stromych schodach na punkt widokowy to drugie tyle, co daje nam łącznie kwotę ok. 26 zł / osobę. Widziałem w internecie zdjęcia i przyznaję, że widok jest spoko, ale nie na nasz budżet. Poza tym... Od samego wejścia na dziedziniec poczułem wyjątkową niechęć do zwiedzania. Dotychczas odwiedzałem meczety za darmo, bo jak mawiali muzułmanie "to jest dom Boga, jesteś tu mile widziany". Tymczasem Bośniacy wykminili niezły interes na świątyniach i ściągają kasę aż brzęczy. No i ten cyrk z pamiątkami przed wejściem do meczetu. Masakra. Zero klimatu i atrakcja - w mojej opinii - niewarta takich pieniędzy. Rzućcie okiem na zdjęcia w sieci i zdecydujcie sami. My idziemy dalej. A dalej... kolejny zabytkowy meczet - Karađozbegova džamija z 1557 roku. Wstęp: 5 BM (11 zł). Może gdybym nigdy w życiu nie widział meczetu od środka to bym się skusił. 


Ruszyliśmy ulicą Braće Fejića i skręciliśmy w kierunku mostu prowadzącego na zachodni brzeg. Oddalajmy się od turystycznego centrum, by otrzeć się o smutną historię, jakiej doświadczyło to miasto.

Przez wiele lat w Mostarze żyli obok siebie Chorwaci, Serbowie i boszniaccy muzułmanie. W 1992 roku wybuchła wojna, która obróciła sąsiadów przeciwko sobie. Po rozpadzie Jugosławii, Bośnia i Hercegowina ogłosiła niepodległość, co stało się punktem zapalnym nacjonalistycznej propagandy. W maju 1992 roku rozpoczęły się w Mostarze bratobójcze walki. Z początku Boszniacy i Chorwaci walczyli z Serbami. Później, toczyli wojnę sami między sobą. Chorwaci oblegali wschodnią część miasta, która została niemal doszczętnie zniszczona wskutek ostrzału. Ucierpiało wiele cennych zabytków, m.in. wcześniej wspomniany Stary Most, który Chorwaci wysadzili w powietrze. Walki ustały w 1994 roku, jednak wciąż przez lata dochodziło tu do konfliktów wśród wrogich sobie nacji. Co ciekawe, do dziś Mostar znajduje się pod nadzorem międzynarodowym, a podział miasta na część wschodnią i zachodnią jest wciąż bardzo widoczny. 


Kręcąc się w okolicach Placu Hiszpańskiego patrzyliśmy na powojenne pamiątki w postaci ruin i opuszczonych budynków. Na kablu wisiała brudna, podarta flaga Bośni i Hercegowiny. Elewacje wielu budynków wciąż były podziurawione kulami. W tle wznosiła się słynna wieża snajperów, będąca do dziś pustostanem. To co dopełniało w nas poczucie niepokoju to też wszechobecne plakaty i bilboardy z nacjonalistycznymi hasłami. Nasz pobyt w Bośni i Hercegowinie zbiegał się bowiem z wyborami prezydenckimi w tym kraju. Bośnia i Hercegowina to państwo podzielone na federacje. Aby uniknąć sporów, w Bośni rządzi jednocześnie 3 prezydentów, wybieranych przez przedstawicieli narodowości serbskiej, chorwackiej i boszniackiej. 

Po tragicznych wydarzeniach sprzed niespełna 3 dekad wciąż odnoszę wrażenie, że w Bośni i Hercegowinie tli się ten sam nacjonalizm, który pod koniec XX wieku rozpalił taką nienawiść wśród Słowian na Bałkanach. Spacerując po Mostarze widzę ruiny zbombardowanych budynków, wszechobecne ślady po pociskach, a wśród nich plakaty chorwackich kandydatów z hasłami "Duma i naród". Do tego powszechne graffiti, przypominające o zbrodni w Srebrenicy i Serbowie, ubolewający z powodu utraty Kosowa. Nie spodziewałem się, że bałkański kocioł wciąż tak bulgocze. Mam jednak nadzieję, że z upływem czasu Słowianie wyciągną lekcję z historii, a przynależność etniczna nie będzie już nigdy motywem do szerzenia wśród ludzi nienawiści. 


2 komentarze:

  1. Super miejsce, z chęcią je w przyszłości odwiedzimy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłam w tym roku w Mostarze, miejsce niezwykłe, ze specyficznym klimatem. Jednak spodziewałam się na miejscu niższych cen - wszyscy mówili, że w Bośni i Hercegowinie jest o wiele taniej niż w Chorwacji. Jednak stoiska w Mostarze świadczą o czymś innym. Mimo to warto było tam pojechać.

    OdpowiedzUsuń