Podróże MM

piątek, 28 grudnia 2018

Perast - bajkowe miasteczko nad zatoką

Leżeliśmy sobie na leżakach na tarasie, wpatrując się w domy na drugim brzegu Zatoki Kotorskiej i wznoszące się nad nimi góry. Przyszedł nasz gospodarz, u którego wynajmowaliśmy pokój. Zauważywszy nas, spytał, jak nam się podoba w Kotorze i czy czegoś nam brakuje. Wywiązała się bardzo sympatyczna pogawędka - o autostopie, o naszym pobycie w Kotorze i o dalszych planach. "A byliście już w Perast?" - spytał gospodarz. 


  • NAJDŁUŻSZE 12 KM
"Tam jest naprawdę przepięknie, powinniście tam pojechać!". Wiedziałem o tym miasteczku, ale... W sumie sam nie wiem, dlaczego zignorowaliśmy to miejsce. Widocznie nie poświęciliśmy wystarczająco dużo czasu, by poczytać w internecie o tym, jak tam w ogóle dojechać. Perast to malutkie miasteczko oddalone od Kotoru o 12 km. Nasz gospodarz powiedział, że na miejsce jeździ jakiś autobus, ale on sam nie bardzo wie jaki. "Idźcie na przystanek pod murami starego miasta i czekajcie na niebieski autobus Blueline". 

Następnego dnia zgodnie ze wskazówkami naszego gospodarza udaliśmy się na miejsce, gdzie rzekomo zatrzymuje się bus do Perast. Zapomnijcie o rozkładzie jazdy. Przyjedzie, to przyjedzie. Czekaliśmy jakieś pół godziny. Jest, jedzie. Do autobusu ustawiła się długa kolejka, bo wejście możliwe tylko od strony kierowcy. Tam też należy kupić bilet. Gdy dotarłem do kierowcy, spytałem: "Perast?", na co kierowca pokręcił głową. Wysiadamy. 

Czekaliśmy dalej, siedząc na chodniku pod palmą, która osłaniała nas przed słonecznym żarem. Mijały kolejne kwadranse. W końcu, po ponad godzinie oczekiwania, gdy już traciliśmy reszki cierpliwości, kolejny autobus Blueline pojawił się na horyzoncie. Pojazd zatrzymuje się na zatoczce. Otwierają się drzwi. "Perast?". 

Udało się. Kupiliśmy dwa bilety po 1€ i w drogę. Szybko zwolniliśmy swoje miejsca siedzące dla starszych pań, które wsiadły na następnym przystanku. Kolejny postój, autobus się wypełnia. Po przejechaniu 2 kilometrów byliśmy już ściśnięci jak kiszone ogórki. Nie mieliśmy pojęcia, gdzie wysiąść. Na dodatek, w gąszczu uniesionych pach, nie mogłem dostrzec tego co za oknem. Mimo wyjątkowo ciasnych zakrętów, kierowca grzał jak rajdowiec, rzucając pasażerami na wszystkie strony. Kolejny przystanek. Martyna dojrzała gdzieś wieżę kościoła, taką samą, jak ta ze zdjęć Perast. "To tu? Wysiadamy? Zdążymy wysiąść? A jeżeli to nie tu?". Instynktownie zaczepiłem starszą panią obok, zadając to samo elokwentne pytanie, które powtarzałem już tego dnia wielokrotnie: "Perast?". Kobieta spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem, a jej mózg zaczął szybko analizować sytuację, która właśnie ma miejsce - "Matko Bosko, jakiś obcokrajowiec, coś ode mnie chce, co się dzieje, ja ne govorim engleski, dlaczego ja, co teraz, a, czekaj, Pera, Perast, aaa, Perast, dobra, Perast, pokręć głową, że nie". Pokręciła. 

Jedziemy dalej, trzymając poręczy co sił, jakby jej puszczenie skutkowało natychmiastową śmiercią. Na szczęście w międzyczasie wielu pasażerów wysiadało, więc udało nam się objąć polem widzenia to, co za oknem. W końcu autobus dotarł do malowniczego miasteczka. Nie mieliśmy już wątpliwości, że to nasze miejsce docelowe. Uf. 


  • BAJKOWE PERAST

Trudno mnie zaskoczyć, bo przed każdą podróżą staram się jak najlepiej zorganizować wyjazd, szukając informacji, oglądając zdjęcia i korzystając z niezastąpionych Google Maps. Perast umknęło w dużym stopniu mojej uwadze i dobrze się stało, bo cała dawka doznań skumulowała się na ten moment. Było pięknie. Malutkie miasteczko prezentowało się bajkowo, a wenecka zabudowa idealnie dopełniała krajobraz malowany górami i wodą. Wybaczcie moje poetyckie zapędy, ale to miejsce jest tak wyjątkowe, że ojej! 

Perast to malutkie miasteczko, którego przejście wzdłuż zajmie przeciętnemu turyście jakieś 15 min (bez przerwy na piwo w nabrzeżnej knajpie). Nad barokowymi budynkami wznosi się wieża wybudowanego w 1616 roku kościoła św. Mikołaja (Sveti Nikola). Jego dzwonnica jest najwyższą na całym wschodnim wybrzeżu Adriatyku - mierzy 55 metrów. Bardziej wnikliwych miłośników architektury sakralnej zainteresować mogą także kościoły św. Marka (1760 r.), św. Antoniego (1679 r.), Matki Boskiej Różańcowej (1678 r.) czy cerkiew Jana Chrzciciela (1592 r.). Są tu także barokowe pałace, których piękne elewacje cieszą oko po dziś dzień. W jednym z nich (pałac rodu Bujović) znajduje się miejskie muzeum. 

Nie wypada nie wspomnieć o dwóch wysepkach na środku zatoki - Sveti Đorđe (Wyspa św. Jerzego) i Gospa od Škrpjela (Wyspa Matki Boskiej na Skale). To one są głównym celem większości wycieczek, jednak... Nie zdecydowaliśmy się tam płynąć, bo po prostu nie mieliśmy ochoty. Nie wątpię, że widoki stamtąd są cudne, ale jednak łodzie wypchane turystami skutecznie nas zniechęciły. Zamiast tego, woleliśmy sobie pospacerować ciasnymi uliczkami z dala od zgiełku.

Gdy już nacieszyliśmy się urokiem Perast, udaliśmy się z powrotem na przystanek autobusowy. Czekaliśmy chyba jeszcze dłużej, niż w Kotorze. Myśleliśmy nawet, żeby wrócić autostopem, ale tutejsze drogi nie miały pobocza, więc to byłoby trudne i stosunkowo niebezpieczne rozwiązanie. W końcu bus się zjawił, a my ruszyliśmy w kolejną szaleńczą podróż krętymi drogami otaczającymi kotorską zatokę. 


2 komentarze:

  1. Piękne miejsce! Nie mogę się napatrzeć na te zdjęcia :) dobrze, że zaraz zaczyna się mój urlop, to przy okazji pozwiedzam i odpocznę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Według mnie najpiękniejsze miasto Czarnogóry, urzekło mnie o wiele bardziej niż Kotor czy Budva. A rejs stateczkiem na Wyspę Matki Boskiej na Skale to było cudowne doznanie dla oczu.

    OdpowiedzUsuń