STRONA GŁÓWNA

Strony

Strony

czwartek, 6 grudnia 2018

Kotor - turystyczna stolica Czarnogóry

Wsiedliśmy do samochodu. Mężczyzna, który zgodził się nas zabrać z albańskiej granicy okazał się być pracownikiem służb mundurowych. Jechał on do miasta Bar, dzięki czemu szybko udało nam się pokonać 1/3 całej odległości. Jedziemy do Kotoru, gdzie spędzimy niespełna tydzień. Przyda nam się odpoczynek, bo ostatnie dni były dość szalone. Lądowanie w środku nocy w Podgoricy, nocleg, autostop do Albanii, Szkodra, powrót do Czarnogóry. Czas zwolnić nieco tempo.



  • AUTOSTOPEM PRZEZ CZARNOGÓRĘ

Nasz kierowca wysadził nas w centrum Baru. Każdy autostopowicz wie, co to oznacza. Trzeba się wydostać na wylotówkę. Wcześniej wybraliśmy się jeszcze na zakupy do supermarketu, żeby uzupełnić zapasy wody i jedzenia. Na pobliskiej ławce wypiliśmy jogurt zagryzając bułką, po czym ruszyliśmy w kierunku wylotówki miasta.  W międzyczasie zwiedziliśmy całe miasto w poszukiwaniu toalety. Pokonaliśmy łącznie jakieś 5 km pieszo, co mocno odczuliśmy nie tylko w nogach. Słońce grzało niemiłosiernie, a temperatura powietrza sięgała 30'C.

Ostatecznie wydostaliśmy się z głównej części Baru, zatrzymaliśmy się przy niewielkiej zatoczce i zaczęliśmy łapać. Po ok. pół godziny zatrzymała się czarna Insignia. Kierowcą okazał się być młody Kosowianin. Rozmawiając z nim starałem się ostrożnie dobierać słowa, bo jak wiadomo, Kosowo to na Bałkanach temat bardzo drażliwy. Nasz kierowca twierdzi, że wyjechał za pracą, ale z rozmowy wynikało, że ma serbskie korzenie i bardzo tęskni za swoim rodzinnym Prizren. Nie chciałem dopytywać, czy przyczyną wyjazdu był konflikt serbsko-albański, więc nie ciągnęliśmy tematu. Kosowianin nie mówił za bardzo po angielsku, ale mimo wszystko udało nam się dogadać po... słowiańsku. W drodze z Bar do Kotoru towarzyszyły nam nieustannie przepiękne widoki na góry i Morze Adriatyckie. Właśnie tak sobie wyobrażałem podróżowanie po wybrzeżu. Coś pięknego!

Choć nasz Kosowianin nie jechał do Kotoru, a do Tivat, powiedział, że nadłoży drogi i zawiezie nas do celu. Było to bardzo miłe z jego strony, jednak z rozmowy wynikało, że jedzie na lotnisko i trochę się spieszy. Postanowiliśmy się więc przeciwstawić i wysiedliśmy na rozstaju dróg, wręczając kierowcy pocztówkę z Polski. Taki mały gest, a zawsze wywołuje uśmiech!

Od Kotoru dzieliło nas zaledwie 8 km. Spotkaliśmy na trasie jednego autostopowicza, więc przeszliśmy kawałek dalej, żeby w duchu backpackerskiej solidarności nie robić chłopakowi konkurencji. Zatrzymaliśmy się na poboczu, wyciągnęliśmy kciuk i złapaliśmy pierwszy przejeżdżający samochód.


  • NOCLEG W KOTORZE

Na raty, czterema autami, w końcu docieramy do Kotoru. Było późne popołudnie, więc nie mieliśmy zamiaru zwiedzać czegokolwiek tego dnia. Od naszego apartamentu dzieliły nas jeszcze 3 km pieszej wędrówki w kierunku Muo. Mimo zmęczenia wykrzesaliśmy jeszcze krztę entuzjazmu, by zachwycić się urokiem Zatoki Kotorskiej. Przepiękne widoki! Droga nabrzeżem była jednak dość uciążliwa. Było tak wąsko, że dwa samochody z trudem mogły się minąć. Nie było chodnika, więc i my musieliśmy nieraz przytulać się do ścian budynków, by umożliwić samochodom przejazd. Jedną krawędź jezdni wyznaczała zatoka, drugą domy i ogrodzenia.


W końcu, zmęczeni upałem i długą podróżą, docieramy do naszego hosta. Nocleg, jak mamy w zwyczaju, zarezerwowaliśmy za pośrednictwem portalu Airbnb. Płaciliśmy ok. 110 zł za noc. Mieszkaliśmy jakieś 3-4 km od zabytkowej części Kotoru. Do dyspozycji mieliśmy w pełni wyposażony pokój z kuchenką i łazienką. Ponadto, nasz gospodarz udostępnił nam taras z leżakami nad samą zatoką. Ponadto, żeby bałkańskiej gościnności stało się zadość, otrzymaliśmy butelkę pysznego, czerwonego wina domowej roboty. Od razu wiedzieliśmy, że spędzimy tu wspaniały tydzień!



Następnego dnia wstaliśmy ok. 8 rano. Śniadanie zjedliśmy poza domem, zrobiwszy zakupy w lokalnym sklepie. W takich okolicznościach nawet pieczona bułka z serem i szynką smakuje wyśmienicie. A może to dlatego, że unikamy śmieciowego jedzenia będąc w Polsce?

Zjedliśmy niezdrowe śniadanko i ruszyliśmy dalej w kierunku zabytkowej dzielnicy Kotoru. Choć to zaledwie wspomniane już 3-4 km, to spacer ten zajął nam niecałą godzinę. A to przerwa na zdjęcie, a to jakiś samochód trzeba przepuścić... W końcu dotarliśmy na miejsce. Naszym oczom ukazały się wysokie, średniowieczne mury, opadające z pobliskich gór do brzegów Zatoki Kotorskiej. Przeszliśmy przez bramę i wślizgnęliśmy się w ciasne uliczki. Panował gwar. Wokół porozstawiane były stoliki pobliskich kawiarni i restauracji. Wąskie przejścia i wysokie budynki z kamienia sprawiały, że zabytkowa dzielnica Kotoru stała się ukojeniem w upalne dni. Na dodatek było tu naprawdę przepięknie. Całość była niezwykle spójna architektonicznie, dzięki czemu wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO historyczna część miasta była bardzo fotogeniczna.


  • HISTORIA W PIGUŁCE

Kotor w starożytności i wczesnym średniowieczu był miastem pod panowaniem przeróżnych władców i mocarstw. Przez krótki okres stanowiła nawet niepodległą republikę (1391-1420). Z powodu narastającego zagrożenia ze strony Turków osmańskich, Kotor - a właściwie Catarro - został dobrowolnie włączony w granice Republiki Weneckiej. Nie jest więc przypadkiem, że miasto jest tak bardzo podobne do Werony czy samej Wenecji. Ponadto, na licznych elementach architektury Kotoru dostrzec można Lwa św. Marka, który jest symbolem wspomnianej republiki. W okresie przynależności miasta do Wenecji wzniesiono nie tylko wiele wspaniałych budynków, ale także imponujących rozmiarów mury obronne, które okalają Kotor wspinając się po skalistych, stromych wzgórzach. Dzięki tym umocnieniom, miasto odparło oblężenia Turków osmańskich w 1538 i 1657 roku.

Po upadku Republiki Weneckiej Kotor wszedł pod panowanie Habsburgów, a w 1815 r. został włączony do Królestwa Dalmacji podległego Cesarstwu Austriackiemu. Dopiero w 1918 roku Kotor znalazł się w granicach nowo powstałego Państwa Słoweńców, Chorwatów i Serbów (od 1929 r. Królestwo Jugosławii).

Kotor uchodzi dziś za jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast w Europie Wschodniej. Dzięki silnej fortyfikacji, miasto dzielnie odpierało niemal każde oblężenie. Ulegało jednak niszczycielskim siłom natury, które nawiedzały zatokę na przełomie wieków. Mowa oczywiście o trzęsieniach ziemi. Jedno z najsilniejszych miało miejsce stosunkowo niedawno, bo w 1979 roku. Wtedy to wiele zabytkowych budowli w Kotorze mocno ucierpiało. Na szczęście udało się odbudować zniszczone domy, a historyczna część miasta została objęta szczególną ochroną po wpisaniu na listę światowego dziedzictwa UNESCO jako perła architektury średniowiecza.


  • SPACER PO KOTORZE

Choć oboje byliśmy totalnie zauroczeni zabytkową dzielnicą Kotoru, to nie spędziliśmy tam jakoś wyjątkowo dużo czasu. Co prawda często wracaliśmy tam podczas naszego kilkudniowego pobytu nad zatoką, ale samo stare miasto zajmuje stosunkowo mały obszar, przez co w godzinę/dwie można zobaczyć to, co najciekawsze. Co innego, jeśli ktoś ma ochotę wypić piwo, kawę lub zjeść obiad w jednej z restauracji. Nas turystyczne ceny skutecznie odstraszały, dlatego gotowaliśmy sobie sami w domu.

W zabytkowej dzielnicy spędzą także więcej czasu miłośnicy kotów. Te futrzaste czworonogi doczekały się nawet swojego muzeum w Kotorze. Jest ich tutaj naprawdę mnóstwo. Cóż. Gdyby koty miały obywatelstwo, stanowiłyby tu naprawdę sporą mniejszość narodową. Ich obecność rozkleja niejedno serce, przez co zwierzęta te stały się naprawdę rozpieszczone przez niezliczone ilości czochrających dłoni. Śpią na schodach, przechadzają się między turystami, zaglądają do sklepów... Po prostu cieszą się swym kultem.

Kotor to chyba najpopularniejsze turystycznie miejsce w całej Czarnogórze i czołówka, jeśli chodzi o całe Bałkany. Nie powinien więc dziwić fakt, że w sezonie przyjeżdża tu mnóstwo ludzi, chociaż byliśmy w Kotorze na początku września i muszę przyznać, że nie było takiej masakry, jakiej się spodziewaliśmy. Mimo małego obszaru i wąskich uliczek spacerowało nam się bardzo przyjemnie. Muszę jednak podkreślić, że ewakuowaliśmy się poza mury miasta, gdy tylko do portu przybił jakiś wycieczkowiec. Wtedy turyści zalewają Kotor niczym powódź, wciskając się we wszystkie zakamarki.




  • WSPINACZKA NA MURY

Wstaliśmy o godzinie 6 rano. Słońce wschodzi nad zatoką wyjątkowo późno, ze względu na wrześniową porę oraz otaczające nas góry. Po godzinie dotarliśmy do Kotoru. Miasteczko było niemal puste. Przechadzały się zaledwie pojedyncze osoby. Jedni sprzątali ulice, inni przygotowywali restauracje na przybycie turystów. Panował niezwykły spokój. Wykorzystaliśmy ten moment, by pospacerować samotnie po dobrze już nam znanych uliczkach. Przeszliśmy przez zabytkową część miasta, po czym przekroczyliśmy jedną z bram i udaliśmy się w kierunku szlaku, prowadzącego na miejskie mury.

Nie ulegajcie pozorom. My bardzo lubimy spać. Czasem jednak wolimy szybciej położyć się do łóżka, żeby wstać wcześniej niż inni i móc zobaczyć dane miejsce przed przybyciem tłumów turystów. A kotorskie mury to niewątpliwie największa atrakcja w regionie. Jeżeli wpiszecie w Google Grafikę hasło "Czarnogóra", pojawi Wam się w wyszukiwarce mnóstwo pocztówkowych zdjęć zrobionych właśnie z umocnień obronnych miasta.

Z okolicznych wzgórz roztacza się naprawdę piękny widok, który wart jest wysiłku, jednak... Jeśli jesteście w Kotorze w sezonie turystycznym, to wycieczka ta może okazać się bardzo frustrująca. Na mury prowadzi mnóstwo wąskich schodów. Wspinaczka w tłumie raczej nie należy do najprzyjemniejszych. Są tacy, którzy idą swoim tempem (czyt. wolno), robiąc przy tym spory zator. Ponadto schody są tak wąskie, że bardzo trudno jest się z kimś minąć, nie zmuszając siebie lub kogoś do zejścia na bok.

Zdecydowaliśmy sobie tego oszczędzić, dlatego parę minut po godzinie 7 znaleźliśmy się na pustym szlaku. Nie był to jednak szlak, który biegnie bezpośrednio z historycznej części miasta (na Google Maps oznaczony jako Old Town road). Wybraliśmy drogę, która zaczyna swój bieg nieco bardziej na północ. Powody były dwa. Pierwszy: szlak ten co prawda jest dłuższy, ale przez to mniej stromy. Drugi powód był taki, że jest to szlak publiczny, prowadzący znacznie dalej, aż na samą przełęcz, z kolei wspomniana wcześniej droga Old Town road jest ścieżką prywatną, co wiąże się z koniecznością zakupu biletów wstępu. Cena? 8€. Wielu turystów nie wie o tym, że parę kroków dalej znajduje się publiczna ścieżka, którą można dotrzeć na te same mury. Za darmo.

Minęliśmy ruiny tysiącletniego kościoła św. Jana (Sveti Jovan) i po chwili naszym oczom ukazało się wąskie przejście prowadzące na mury. Wystarczyło się lekko wgramolić po kamiennych stopniach, by ujrzeć po drugiej stronie bajkowy widok na zatokę. Parę kroków wyżej znajdował się cel naszej wycieczki, czyli twierdza św. Jana (Tvrdjava Sv. Ivan).

Ruiny znajdują się na wysokości 260 m n.p.m.. Choć jest to niewątpliwie bardzo wartościowy zabytek w kontekście historii Kotoru, to pod względem estetycznym nie urzeka on wcale. Wszystkie pomieszczenia są w opłakanym stanie. Sam widok z twierdzy jest jednak naprawdę imponujący. W podziwianiu widoków towarzyszyło nam kilka osób. Zaczęliśmy schodzić murami około godz. 9 i już mijały nas spore grupki osób, a na dole, przy kasach, tworzyły się powoli kolejki.

Opłacało się wstać wcześniej, żeby nacieszyć się tymi widokami. Myślę, że ta sama wycieczka o późniejszej porze w towarzystwie tłumów turystów nie byłaby tak satysfakcjonująca. Polecam więc wczesną pobudkę - unikniecie tym samym tłumu i upału. No i pamiętajcie o publicznej ścieżce. Nie płacicie za wstęp, a droga jest znacznie wygodniejsza - kolana będą Wam wdzięczne!


  • NIE TYLKO KOTOR

Spędziliśmy w Kotorze niespełna 6 dni. Właściwie to powinienem powiedzieć, że nad Zatoką Kotorską. W samym Kotorze tak naprawdę nie mieliśmy za bardzo nic do roboty. Historyczna dzielnica wewnątrz murów jak i sama wycieczka na mury były naprawdę mile spędzonym czasem, ale tak jak wspominałem, jest to tak mały obszar, że pięknem architektury można się nacieszyć w jeden dzień. Mimo wszystko nie było mowy o tym, żebyśmy się nudzili choćby przez chwilę. A nie, przepraszam, raz czekaliśmy ponad godzinę na autobus do Perast.

No właśnie, Perast. Malownicze miasteczko nad Zatoką Kotorską, znajdujące się 12 km na północny-zachód od Kotoru. Miejsce to polecił nam nasz gospodarz, dodając wskazówki dot. dojazdu lokalnym autobusem za 1€. Więcej o wycieczce do Perast przeczytacie tutaj: (post jeszcze się pisze :)).

Ponieważ w Kotorze nie ma piaszczystych plaż... właściwie to wcale tu nie ma plaż... to pozostaje tylko wycieczka do Budvy. My wybraliśmy się tam na parę godzin autobusem. Bilety kupicie w kasach dworca autobusowego. Bardzo miło spędziliśmy tam czas, spacerując po urokliwej dzielnicy starego miasta i przede wszystkim wygrzewając się na słońcu i pływając w krystalicznie czystym morzu. Polecam!

Cóż. Najpierw mówiliśmy, że przyda nam się porządny odpoczynek, że po Albanii musimy zwolnić tempo. Potem rozpisuję się, że byliśmy to tu, to tam, busem do Perast, do Budvy, wspinanie na mury, długie spacery... Ok, jesteśmy dość aktywni i nie lubimy długo leżeć do góry brzuchami, ale tak naprawdę odpoczęliśmy i to bardzo. Dni były bardzo długie, więc był czas na aktywne zwiedzanie, ale też pozwalaliśmy sobie na błogie lenistwo. Wtedy leżeliśmy sobie na tarasie, pływaliśmy w zatoce, popijaliśmy piwo/wino, jedliśmy świeże owoce, spędzaliśmy romantyczne wieczory patrząc na rozgwieżdżone niebo. Już wtedy martwiłem się, że z tych chwil pozostaną tylko wspomnienia, ale nie wątpię, że każdą z nich wykorzystaliśmy najlepiej.







1 komentarz:

  1. Wygląda świetnie :) Czas się w końcu wybrać do Czarnogóry ;)

    OdpowiedzUsuń