STRONA GŁÓWNA

Strony

Strony

poniedziałek, 15 października 2018

Szkodra - autostopem do Albanii

Rozpoczynamy naszą autostopową przygodę - ruszamy na Bałkany. Niestety nie dysponujemy nieograniczonym czasem z uwagi na naukę, pracę i inne obowiązki, dlatego też polecieliśmy samolotem do Podgoricy i to ze stolicy Czarnogóry ruszamy w trasę. Pierwszy przystanek - Albania. Kraj wyjątkowo wyróżniający się na tle innych państw Europy, kraj, którego kultura przez wieki oparta była na patriarchacie i prawie kanunu. Albania jest naprawdę fascynująca i po prostu nie mogliśmy jej ominąć podczas naszej podróży po Bałkanach!



Nasza podróż zaczyna się w Gdańsku. Na tamtejszym dworcu wsiedliśmy w pociąg i udaliśmy się do Warszawy, gdzie czekał na nas samolot do Podgoricy. Wylądowaliśmy w Czarnogórze o 23:30. Z początku planowaliśmy przekimać się na lotnisku, ale kilka dni przez wylotem okazało się, że nie ma takiej możliwości. Port lotniczy jest zamykany na noc i nikt nie może przebywać w środku. Na szczęście udało nam się znaleźć na Airbnb tani nocleg w okolicy, więc nie musieliśmy tułać się po ciemku po Podgoricy. Na dodatek nasz host zwinął nas spod lotniska autem, więc spoko :)

Jeśli chodzi o koszty dotarcia do Czarnogóry to wygląda to następująco:
- Pendolino Gdańsk-Warszawa: 38 zł/os. (zniżka studencka)
- Lot WizzAirem Warszawa-Podgorica: 84 zł/os. 
- Nocleg z Airbnb przy lotnisku: 146 zł/mieszkanie. 

  • PODGORICA: PIERWSZY AUTOSTOP
Nazajutrz wstaliśmy z samego rana, kupiliśmy wodę w pobliskim "sklepie" (był to barak bez bramy z wyłożonym towarem) i stanęliśmy przy niewielkiej zatoczce. Na początek musieliśmy dostać się do centrum Podgoricy. Łapanie stopa zajęło nam mniej niż minutę. Zatrzymał się starszy pan, który nie mówił ani słowa po angielsku. Mimo to całą podróż rozmawialiśmy w języku Słowian, poruszając tak poważne tematy jak chociażby inflacja w latach 1989-1990...

Dotarliśmy do Podgoricy i od razu udaliśmy się w stronę "wylotówki" na Albanię. Stolica Czarnogóry, zwana niegdyś Titogradem, nie jest miastem szczególnie urokliwym, więc nie mieliśmy w planach zwiedzania. Znaleźliśmy więc odpowiednią zatoczkę przy głównej drodze prowadzącej na albańską granicę i zaczęliśmy łapać. 


Pozytywnym zaskoczeniem było to, że wielu czarnogórskich kierowców mijając nas pokazywało, że nie mogą nas zabrać, bo nie mają miejsca, albo skręcają gdzieś po drodze i nie jadą w naszym kierunku. To było miłe z ich strony, jakby tłumaczyli się nam przez szybę, że chętnie by pomogli.

Po około 10 minutach zobaczyliśmy jakiegoś faceta, który gwiżdże i macha w naszym kierunku. Ładował on jakiś towar do Mercedesa kombi. 
- Shkodër?
- Po, po, Shkodër! 
- Super!
Albańczyk mówił tylko po albańsku i włosku, więc nie dane nam było pogadać. Niestety, jakkolwiek z Czarnogórcami, Serbami, Chorwatami czy Bośniakami da radę coś podukać, to z Albańczykami bez szans. Ichniejszy język wywodzi się ze starożytnego języka plemion Iliryjskich, przez co jest niezwykle egzotyczny i niepodobny do żadnego innego. Pozostało nam więc tylko podziwiać piękne albańskie góry w rytmach pięknej albańskiej muzyki. Na szczęście na granicy nie było kolejek, więc bezproblemowo dotarliśmy do Albanii. 


  • NOCLEG W SZKODRZE
Nasz kierowca wysadził nas w samym centrum Szkodry. Od razu udaliśmy się do naszego hostelu, znajdującego się w samym sercu miasta. Nocleg zarezerwowaliśmy standardowo za pośrednictwem portalu Airbnb. Wynajęliśmy sobie dwuosobowy pokój z łazienką o bardzo backpackerskim standardzie. Cena za to również była bardzo backpackerska, bo za nocleg w centrum Szkodry zapłaciliśmy łącznie 78 zł. Hostel traktujemy jako miejsce, gdzie można się umyć i przespać, więc nie mamy z reguły wygórowanych oczekiwań. 


  • SZKODRA: GDZIE TANIO I SMACZNIE ZJEŚĆ?
Prawdą uniwersalną jest, że zwiedzanie miasta z pustym żołądkiem to pomysł kiepski. Dlatego też pierwsze kroki skierowaliśmy do grill-baru Peja. Znaleźliśmy tę knajpę w internecie jako miejsce tanie, smaczne i popularne wśród tubylców. To ostatnie kryterium jest dla nas istotne, bo staramy się jadać nie jak turyści, a jak miejscowi. Faktycznie, w grill-barze Peja zawsze kilka stolików zajmowali Albańczycy, którzy chętnie tu wracają, zadowoleni z jakości podawanego tu jedzenia. My także rozsmakowaliśmy się w tutejszej kuchni i wracaliśmy do Peja wielokrotnie.

Z czystym sumieniem możemy polecić wszystko, co sami jedliśmy, a na naszych talerzach zagościły m.in.:
- qoftë, czyli grillowane kotleciki z mielonego mięsa,
- qebap, znowuż grillowane mięsko, tym razem w postaci kiełbasek,
- musaka, zapiekanka z mięsem mielonym, bakłażanem i ziemniakami,
- grillowane warzywa z przyprawami, 
- baklava, ciasto listkowe z orzechami włoskimi, polane słodkim syropem.


Ok, przyznaję bez bicia, że to ostatnie danie nas przerosło. Było mega-słodkie. Gdy kelner zabierał ze stołu w połowie niezjedzoną Bakławę, spojrzał smutnym wzrokiem i spytał, co było nie tak. Wiedzieliśmy, że tutejsze desery są bardzo, ale to bardzo słodkie, więc ratując sumienie kucharza powiedzieliśmy, że nie zmieścimy już nic więcej :) (co było też poniekąd prawdą).  

Aj, byłbym zapomniał! Raki, czyli niezwykle popularny na Bałkanach alkohol, znany także poza Albanią jako rakija. Tutejsza tradycyjna raki produkowana jest z przefermentowanych owoców winogron lub śliwek. Wytwarzanie tegoż alkoholu jest czasochłonne i wymaga staranności, a wszelkie modyfikacje wysokoprocentowego (40-60% alk.) płynu czy też nieudolna produkcja uznawane są przez Albańczyków za hańbę. Należy także podkreślić, że do albańskiej raki nie dodaje się anyżu.

Będąc na Bałkanach grzechem byłoby nie spróbować tego tradycyjnego alkoholu. Raki podawana jest jako aperitif, dlatego z reguły kelner napełni nam pokaźnej objętości kieliszki jeszcze przed daniem głównym. Zdaję sobie sprawę, że płynie w nas słowiańska krew i wstyd mi się do tego przyznać, ale... raki to jakaś masakra. Należę do osób, które nie krzywią się po przechyleniu kieliszka 40-procentowej wódki. Mimo to muszę przyznać, że raki trzepie i to mocno. Co gorsza, jej wyjątkowo intensywny smak cały czas wyczuwalny jest od żołądka, przez gardło, aż po sam mózg. Mimo wszystko ciekawe doświadczenie. Polecam, ale z umiarem ;) 

  • SZKODRA: CIEKAWOSTKI I NAJCIEKAWSZE MIEJSCA
Czas przejść się po mieście, by obejrzeć najciekawsze miejsca i zabytki w Szkodrze oraz chłonąć kulturę odwiedzanego kraju. Jeśli chodzi o to konkretne miasto, to położyłbym raczej nacisk na to drugie. Szkodra to miasto bardzo ciekawe w kontekście kultury albańskiej. Jeśli chodzi o zabytki, to nie ma ich tu zbyt wiele i - nie chcę wyjść na ignoranta, ale... - nie są jakieś wyjątkowo imponujące. 

Najciekawszą budowlą ścisłego centrum miasta jest w moim odczuciu meczet Xhamia Ebu Bekër, wybudowany w latach 1994-1995 na miejscu starszej świątyni. Kultura Islamu jest dla mnie bardzo ciekawa, orientalna i fascynująca, dlatego też budowla bardzo przypadła mi do gustu, choć - nie ukrywajmy - niespecjalnie wyróżnia się ona na tle innych meczetów. Xhamia Ebu Bekër jest otwarty dla zwiedzających poza godzinami modlitw. 


Na południe od meczetu, przy bulwarze Skënderbeu znajduje się pomnik św. Matki Teresy z Kalkuty. Nie wiem czy wiecie, ale Matka Teresa była albańską zakonnicą, która wychowywała się właśnie tu, w Szkodrze. 


Od wspomnianego pomnika Matki Teresy ciągnie się główny miejski deptak Rruga Kole Idromeno. Jest to bez wątpienia najbardziej reprezentatywna ulica w Szkodrze. Znajdziecie tu wiele kawiarni, restauracji i sklepów z pamiątkami. Miejsce to tętni życiem szczególnie po zmroku. Nieopodal znajduje się prawosławny kościół Kisha Ortodokse, jednak nie poświęciliśmy mu zbyt wiele uwagi. 


Kilkaset metrów w linii prostej od głównego deptaku Rruga Kole Idromeno, na placu im. Jana Pawła II znajduje się wzniesiona w 1898 roku Archikatedra Świętego Szczepana. Była to niegdyś największa katedra na całym Półwyspie. Świątynia uległa poważnym zniszczeniom wskutek wojen bałkańskich w latach 1912-1913. Podczas czarnogórskiego oblężenia Szkodry, miejscowa ludność schroniła się w kościele licząc, że nie zostanie on zbombardowany. Niestety pociski nie oszczędziły świątyni, a pod gruzami zginęło wiele osób.

Co ciekawe, w 1967 roku, kiedy to komunistyczny rząd z Enverem Hodżą na czele zakazał wszelkich praktyk religijnych, katedrę przekształcono na halę sportową, w której odbywały się mecze siatkówki i koszykówki. Świątynię otwarto na nowo dla wiernych w 1991 roku, a w uroczystościach uczestniczyła sama Matka Teresa z Kalkuty. Niedługo potem archikatedrę odwiedził papież Jan Paweł II. 


Około 4 km na południowy-zachód od centrum Szkodry znajduje się najpopularniejszy zabytek miasta, a mianowicie Twierdza Rozafa. Zamek wzniesiono na skalistym wzgórzu u zbiegu rzek Buna i Drin. Ponoć jeszcze przed naszą erą znajdowała się tutaj iliryjska twierdza, którą w 167 r. p.n.e. podbili Rzymianie. Co ciekawe, pracami archeologicznymi na tym terenie kierował polak, doktor habilitowany nauk historycznych UW, prof. Piotr Dyczek. Ruiny, które możemy dziś podziwiać, pochodzą z okresu XIV wieku, kiedy to zamek przebudowali Wenecjanie.

Wstęp kosztuje ponoć 200 albańskich leków (1,5€), ale... my weszliśmy za darmo, nawet nie wiem dlaczego. Jest szlaban i budka, w której nie chciano od nas pieniędzy za bilety. Nie udało mi się rozgryźć tej zagadki, niemniej jednak ceny biletów podawane w internecie to nie jest wydatek, którym należałoby się przejmować, a dla tych widoków naprawdę warto! 



  • POWRÓT DO CZARNOGÓRY
Przekroczyliśmy most nad Buną i stanęliśmy na trasie prowadzącej do Czarnogóry. Szeroki uśmiech, kciuk w górę i łapiemy! Niestety ruch w okolicy był bardzo mały, co przełożyło się na długość oczekiwania na pierwszy transport. Po ok. 40 minutach (to stosunkowo długo, jak na bałkański autostop :)) zatrzymał się Albańczyk, który co prawda jechał tylko do Oblikë, ale zdecydował się nadłożyć kilka kilometrów drogi, żeby podrzucić nas na granicę. Zapamiętamy Albanię jako wyjątkowo gościnny kraj!

Na granicy wyprzedziliśmy sznur samochodów czekających na odprawę paszportową, otrzymaliśmy po pieczątce i już znów byliśmy w Czarnogórze. Muszę się przyznać, że popełniłem mały fuck-up. W paszporcie miałem schowany banknot 50€, którego zapomniałem wyjąć. Całe szczęście trafiłem na celnika, który wywołał mnie po nazwisku i oddał pieniądze. Masakra.

Minęliśmy bramki i zrobiło nam się trochę głupio, bo zaczęliśmy łapać na stopa te same samochody, które mijały nas w Albanii. Na dodatek przepustowość granicy była delikatnie mówiąc bardzo kiepska, przez co mijał nas jeden samochód na 5 min. Mimo to udało nam się szybko zatrzymać kierowcę, jak się potem okazało - celnika, który wracał do domu. 
- Hello! Dokąd pan jedzie?
- Bar, wskakujcie!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz