STRONA GŁÓWNA

Strony

Strony

niedziela, 22 kwietnia 2018

TATRY: luty 2018

Jak co roku pakujemy raki, czekany, linę, sprzęt i wybieramy się w Tatry zimą. Uciekamy w ten sposób od problemów i po prostu cieszymy się wolnością, jaką dają góry. Plany na ten wyjazd były bardzo ambitne. Chcieliśmy zrobić doskonale nam już znaną grań Czerwonych Wierchów, poćwiczyć asekurację z wpinaniem się do stałych punktów asekuracyjnych (ekspresy + lina) na Giewoncie, a wisienką na torcie miał być taternicki wierzchołek Świnicy atakowany od Świnickiej Przełęczy. Niestety, pogoda miała dla nas zupełnie inne plany...



Dotarliśmy do Zakopanego z samego rana, o świcie. Zarzuciliśmy na plecy 17-kilogramowe bagaże i ruszyliśmy przez miasto w kierunku Tatrzańskiego Parku Narodowego. Czekała nas niedługa, ale dość męcząca wędrówka na Halę Kondratową, gdzie mieliśmy nocować w schronisku przez kilka najbliższych dni.

Drugiego dnia wyruszyliśmy w kierunku Kondrackiej Przełęczy, żeby zrobić rozeznanie w terenie i sprawdzić jak wyglądają warunki w górach. Niestety, szlak był nieprzetarty, więc musieliśmy brnąć w śniegu, który momentami sięgał kolan. Przez mgłę i fatalną widoczność musieliśmy sprawdzać co jakiś czas położenie na GPS. Wiedzieliśmy, że tego dnia nigdzie nie uda nam się dotrzeć, ale potraktowaliśmy ten dzień jako trening i przygotowanie organizmu do wysiłku.

Trzeciego dnia ponownie wyszliśmy w góry. Mgła wciąż ograniczała widoczność, ale nie była już tak gęsta jak wczoraj. Szło się dużo lepiej, bo siarczysty mróz mocno związał śnieg w nocy. Dotarliśmy do miejsca, gdzie zawróciliśmy poprzedniego dnia i dalej musieliśmy już przecierać. Tam śnieg był już fatalny. Biały puch przykryty był zmarzniętą taflą. Coś strasznego. Jak ktoś chodzi po górach to wie, jakie to jest męczące...
Podejście na Kondracką Przełęcz również wyssało z nas resztki sił. Ilość śniegu pozbawiła nas złudzeń, że dotrzemy do Czerwonych Wierchów. Przecieranie stromego szlaku kosztowało nas zbyt dużo czasu. W pewnym momencie wyszliśmy ponad mgłę, a naszym oczom ukazała się panorama Tatr. Cały spektakl trwał dosłownie chwilę. Po minucie znów naszła chmura i ponownie otoczyła nas szara nicość. Byliśmy już pod samą przełęczą, ale zdecydowaliśmy się wycofać. Teren był dość lawiniasty i nie chcieliśmy podcinać stoku. Poza tym, byliśmy na Kondrackiej już tyle razy, że wejście tam nie stanowiłoby dla nas jakiejś wyjątkowej satysfakcji. Mimo wszystko schodziliśmy w bardzo dobrych nastrojach. Były widoki, był fajny trening, była kolejna cenna lekcja w terenie :)

Czwartego dnia musieliśmy opuścić schronisko. Tzn... nie musieliśmy, bo zawsze można nieoficjalnie spać na glebie. Niestety panujące warunki nie były optymistyczne, ponadto ciągle sypał śnieg, więc sytuacja mogła się jedynie pogorszyć. Zdecydowaliśmy się opuścić schronisko i wrócić do Zakopanego. Wciąż mieliśmy nadzieję, że uda się zdobyć Świnicę, a z Hali Kondratowej było to praktycznie niemożliwe. Spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy w kierunku miasta. Szlak do Kuźnic przez las był super, ale masakra zaczęła się dopiero w Zakopanem. Chodniki były mieszaniną piachu i śniegu. Szło się fatalnie. Nasza kwatera znajdowała się w okolicach Antałówki. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że jest to wzgórze, które na mapie Zakopanego prezentuje się zupełnie płasko. Załadowani plecakami, bez raków, musieliśmy wdrapać się na górkę, a na domiar złego...zeszliśmy z niej na złą stronę, przez co musieliśmy jeszcze drałować naokoło. Dotarliśmy do pensjonatu totalnie wyczerpani i głodni. Plecy i nogi bolały nas niemiłosiernie. Z racji tego, że oboje nie mogliśmy podnieść się z łóżka, zamówiliśmy pizzę, która...nie dojechała...

Dzień piąty. Niestety, wczorajszy dzień tak dał nam w kość, że musieliśmy teraz odpokutować. Co za paradoks. Nawet dwa wyjścia w góry nie kosztowały nas tyle, co wędrówka z ciężkimi plecakami przez Zakopane... Ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy przesiedzieli cały dzień w pensjonacie. Przeszliśmy się na spacer i wróciliśmy na znienawidzoną z początku Antałówkę, żeby poćwiczyć hamowanie czekanem. Zbocze było dość strome i mocno zbite, więc warunki do treningu bardzo fajne.

Dzień szósty. Teraz, albo nigdy. Pakujemy sprzęt i ruszamy na Świnicę. Dotarliśmy do Kuźnic, gdzie wsiedliśmy w kolejkę na Kasprowy. Wybraliśmy taki wariant nie z lenistwa, a z powodu tego, że dotarcie z Zakopanego na Świnicę pieszo kosztowałoby nas zbyt dużo czasu, a mianowicie - nie wrócilibyśmy przed zmrokiem.
Kasprowy Wierch przywitał nas - a jakże - gęstą mgłą. Założyliśmy raki i ruszyliśmy w otchłanie szarości. Na pierwszy ogień skalisty wierzchołek Beskidu. Tutaj było trochę czujnie. Musieliśmy ostrożnie stawiać nogi i mocno pracować czekanami, szczególnie przy zejściu. Bardzo fajny odcinek. Dalej już trochę wiało nudą. Wszędzie wokół mgła, a szlak niezbyt wymagający. Sprawnie dotarliśmy na Skrajną Turnię i dalej czekał nas trawers Pośredniej Turni. Tutaj już trzeba było uważać, bo zbocza były mocno oblodzone, a ścieżka niezwykle wąska. Na Świnickiej Przełęczy założyliśmy kaski, związaliśmy się liną i rozpoczęliśmy podejście na Świnicę. Warunki śniegowe były kiepskie. W żlebach zalegało bardzo dużo śniegu, przez co ciągle mieliśmy lekkie obawy przed naruszeniem struktury zbocza i wywołania jakiejś lawiny. Wyjątkowo czujny były momenty trawersowania stromych zboczy. Świnica jest poprzecinana urwiskami, co mocno działało na wyobraźnię. Ilość śniegu wypoziomowała szlak do tego stopnia, że na wielu odcinkach musieliśmy iść niemal na czworakach, mocno pracując czekanami. Ostatecznie stanęliśmy na taternickim wierzchołku (2291 m n.p.m.) zdobywając drugi z trzech najważniejszych dla mnie tatrzańskich szczytów. Weszliśmy już w warunkach zimowych na Kościelec i Świnicę, teraz czas na Rysy. To tak w kontekście ambitnych planów :) Niestety, mimo pokładanych nadziei nie udało się wyjść ponad chmury, niemniej jednak satysfakcja ze zdobycia szczytu Świnicy była ogromna.

Tegoroczny wyjazd w Tatry zapamiętamy głównie przez pryzmat fatalnej pogody. Wysokie zagrożenie lawinowe, mnóstwo śniegu i nieustępująca mgła towarzyszyły nam nieustannie przez cały pobyt w górach. Jeszcze nie zdarzyło nam się, żeby przez cały wyjazd nie mieć choćby jednego dnia z piękną pogodą. Cóż, ten pierwszy raz musiał w końcu nadejść. W sumie jakby spojrzeć na to z innej strony, to i tak mieliśmy trochę szczęścia. Wystarczy, że tego jednego dnia gdy wchodziliśmy na Świnicę wiałby silny wiatr, wrócilibyśmy do domu z podciętymi skrzydłami. A jednak udało się zdobyć górę, którą od zawsze podziwiałem z różnych stron marząc o tym, by którego dnia stanąć na jej szczycie. Udało się to. Wracamy z Tatr z uśmiechami na twarzach.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz