STRONA GŁÓWNA

Strony

Strony

sobota, 27 stycznia 2018

Wyspy prowincji Krabi - 7 Islands Tour

Podczas naszego sielankowego pobytu w Ao Nang zazwyczaj spacerowaliśmy po plażach, rozkoszowaliśmy się tajską kuchnią, chodziliśmy po sklepach, albo po prostu leżeliśmy do góry brzuchami i cieszyliśmy się nicnierobieniem. Jako, że rutyna jest naszym największym wrogiem, już po chwili zaczęło nas korcić, żeby gdzieś pojechać, zasmakować nowej przygody. Miała być wspinaczka skałkowa (którą trenujemy na co dzień), ale perspektywa łojenia wyciągów w tajskim upale wydawała się być niezbyt dobrym pomysłem. Gdy tak rozmyślaliśmy wieczorem o tym, co by tu porobić ciekawego następnego dnia, nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi... 



UWAGA - POST NIE STANOWI PŁATNEJ REKLAMY I NIE ZAWIERA LOKOWANIA PRODUKTU.

  • PO ZNAJOMOŚCI TANIEJ
Wieczorową porą odwiedziła nas King - właścicielka wynajmowanego przez nas bungalow. Jak już wspominałem w poprzednim poście, nasza relacja szybko zamieniła się w przyjaźń. Mogło to wynikać z faktu, że wynajmowaliśmy domek w okresie, gdy King nie miała żadnych innych gości oprócz nas, a jej oferta wynajmu obejmowała kilka bungalowów. Dzięki temu poświęciła nam znacznie więcej uwagi, odwiedzając nas od czasu do czasu. Zawsze przynosiła ze sobą owoce, które kupiła wcześniej gdzieś na lokalnym targu.

Tym razem nie było inaczej. King przyniosła nam obrane, świeżutkie ananasy. Zrobiliśmy herbatę i tak zaczęła się rozmowa o tym, co robiliśmy, jakie mamy plany i takie tam. W końcu padło pytanie:
- King, możesz nam polecić, gdzie warto się wybrać tu w okolicy? 
- Jasne! - King z zaangażowaniem zaczęła opowiadać nam o pięknych wzgórzach prowincji, o klimatycznych nie-turystycznych miejscach. Na koniec wzbudziła nasze zainteresowanie mówiąc: - Mam też znajomego, który organizuje wycieczki po okolicznych wyspach.
Widzieliśmy już wcześniej reklamy wycieczek lokalnych biur turystycznych, ale po pierwsze, były dość drogie (jak na nasz budżet), a po drugie - zbyt komercyjne. Po krótkiej rozmowie z King okazało się, że nasza gospodyni może nam załatwić taką wycieczkę za mniej niż połowę ceny w katalogu. Cały dzień pływania po wyspach prowincji Krabi kosztował nas zatem po 800 baht / osobę (86 zł). Bierzemy!



  • REJS
Około południa pod nasze bungalow podjechał pickup. Wskoczyliśmy na pakę i udaliśmy się do przystani portowej Ao nammao pier. Tam każdy z uczestników wycieczki musiał się wpisać na listę. Otrzymaliśmy identyfikatory w postaci naklejek i sprzęt do snorkelingu. Po chwili byliśmy już na łodzi, która zawiozła nas na ten właściwy statek. Była to wyjątkowo stara łajba. Popełniliśmy spory błąd, wybierając miejsca na niższym pokładzie. Tam też znajdował się silnik, który hałasował niemiłosiernie i produkował odór palonego paliwa. 

Rozpoczęliśmy nasz rejs po Morzu Andamańskim. Zaczęło się bajkowo - piękna pogoda i cudowny widok na półwysep Railay. Odwiedziliśmy już to miejsce wcześniej, ale teraz mieliśmy możliwość oglądania go z perspektywy morza. Coś pięknego!




  • KO MA TANG MING i KO PODA
Pierwszy przystanek. Nasz statek zatrzymał się u podnóża niezwykłej skały Ko Ma Tang Ming, znanej także powszechnie jako Taming Island. Jest to wyspa przypominająca raczej potężny, 300-metrowy głaz o stromych, praktycznie pionowych klifach. Na brzeg praktycznie nie da się wejść, bo go najzwyczajniej w świecie nie ma.
Taming Island to pierwsza z siedmiu wysp, które wchodzą w program całodniowej wycieczki. Znajdują się tu malownicze rafy koralowe, które można podziwiać w formie tzw. snorkelingu. To tak jakby nurkowanie w okularach z rurką :) Szczerze polecam!


Zaledwie 750 metrów od Taming Island znajduje się malownicza Ko Poda. Biały piasek, krystalicznie czysta woda i tętniąca życiem rafa koralowa - w takich okolicznościach oddajemy się błogiemu lenistwu. Mimo wszystko przyznam, że troszkę trudno było nam się zrelaksować, bo ciągle martwiliśmy się, żeby statek nie odpłynął bez nas. Jakoś nie mieliśmy pełni zaufania do organizatorów, a ponadto nikt nas nie poinformował ile mamy czasu na wylegiwanie się na plażach Poda Island. Tak czy inaczej wyspa zauroczyła nas całkowicie!




  • ISOLA TUP, KO MOR i KO PO DA NOK
Z Poda Island popłynęliśmy w kierunku Isola Tup. Z racji występujących tu mielizn, musieliśmy opuścić łajbę i dopłynąć do brzegu mniejszymi łodziami motorowymi. Właściwie to nie do brzegu, bo kilkanaście metrów od wybrzeża zaryliśmy o skały, a Tajowie ogłosili wszem i wobec, że dalej nie da rady i że mamy wysiadać.

To było doprawdy komiczne. Woda miejscami sięgała powyżej pasa. Pod nogami ostre skały. Nad głową trzymałem plecak, w którym z kolei znajdowały się wszystkie kosztowności i elektronika. Prąd usiłował pozbawić mnie równowagi, a ja wyglądałem jak pajac, wykonując wszelkie możliwe ekwilibrystyczne figury, które uchroniłyby mnie przez wywróceniem się i utopieniem aparatu, telefonu, portfela i generalnie wszystkiego, co miałem przy sobie. Ostatecznie skończyło się tylko na delikatnej, choć bolesnej ranie stopy, którą zaryłem w rafę podczas gramolenia się na brzeg. Masakra.

Isola Tup, Ko Mor i Ko Po Da Nok (zwana Chicken Island) to wyspy słynące ze wspomnianej rafy koralowej oraz mielizn, które zazwyczaj pozwalają na przemieszczanie się po tym niewielkim archipelagu. Miejsce jest doprawdy malownicze. Niestety nie zabawiliśmy tam zbyt długo. Zdołaliśmy tylko przejść się na kilkuminutowy spacer i już Tajowie wołali z powrotem na statek...




  • CHICKEN ISLAND 
Jeżeli zastanawialiście się, o co chodzi z tym chickenem, to myślę, że poniższe zdjęcia dużo wyjaśniają. Ko Po Da Nok to wyspa o charakterystycznej formie skalnej przypominającej głowę kurczaka. Stąd przyjęło się Chicken Island.

W tejże przepięknej scenerii znów była okazja, by wskoczyć do wody i pooglądać tętniącą życiem rafę. To doprawdy niezwykłe doświadczenie. Ryby mieniące się tysiącami barw, piękne formacje skalne i jeżowce. Te ostatnie zrobiły na mnie największe wrażenie. To chyba najdziwniejsze stworzenia jakie kiedykolwiek widziałem. Tak, wiem, że kusi, ale radzę nie dotykać ich kolców - są jadowite. Z reguły jeśli macie kontakt z egzotycznymi zwierzętami w egzotycznym kraju to lepiej mimo wszystko zachować dystans.

Słońce powoli zbliżało się do linii horyzontu. Czas wracać na pokład.



  • WIECZÓR NA RAILAY BEACH
Zachodzące słońce romantycznie zabarwiło niebo. Zrobiło się bajkowo, a sceneria sprzyjała robieniu fajnych zdjęć. Niestety rzeczywistość nie była do końca tak romantyczna jak ten pierwiastek poezji we wstępie. Organizatorzy wpadli na kiczowaty do bólu pomysł puszczenia z głośników muzyki z Titanica w akompaniamencie wyjącego i kopcącego spalinami silnika. Serio...?

W lekko żenującym klimacie dotarliśmy do doskonale nam już znanych wybrzeży Railay Beach, gdzie organizatorzy wycieczki 7 Islands zorganizowali grilla. Nadszedł wieczór, a my zajadaliśmy się na rajskich plażach ryżem i kurczakiem w sosie. Tak nam zasmakowało, że chodziliśmy po dokładkę. Niestety dziś na samą myśl aż mnie mdli, a to dlatego, że... no właśnie. Tyle razy powtarzałem, że najgorsze jedzenie w Tajlandii to takie dla turystów... Ale do tego tematu jeszcze wrócę pod koniec posta. Póki co nie psujmy klimatu i pooglądajmy kilka zdjęć. 






  • NURKOWANIE POD GWIAZDAMI i ŚWIECĄCY PLANKTON
To był moment, na który czekałem cały dzień. Nad Morzem Andamańskim zapanowały ciemności. Niebo pokryte było milionami gwiazd. Nigdy nie widziałem ich aż tylu! Nasz statek zatrzymał się, a Tajowie rzucili komendę, żeby zakładać kapoki. Zgaszono światła, a my kolejno wskakiwaliśmy do wody. Założyłem maskę, wziąłem głęboki wdech i zanurzyłem się pod wodę. Rozpoczął się magiczny spektakl.
Każdy mój ruch sprawiał, że woda rozbłyskiwała jaskrawo niebieskimi drobinkami światła. To bioluminescencyjny plankton lśnił niczym brokat. Jak małe dziecko siedziałem z głową pod wodą, machając dłońmi i podziwiając grę błękitnego światła. Magia! Potem położyliśmy się z Martyną na plecach, unosząc się na morzu i patrząc na miliardy gwiazd. To była piękna chwila.

fot. Millzero Photography

  • DZIEŃ WYJĘTY Z ŻYCIA
Dotarliśmy do portu. Organizatorzy mieli dla nas jeszcze niespodziankę w postaci herbaty i pokazu fire show. Niezwykle sprawny Taj dał popis umiejętności zabawiając się z płonącymi pochodniami w towarzystwie klimatycznej muzyki. To było naprawdę coś! Na koniec odwieziono nas pod same drzwi naszego uroczego domku w Ao Nang.

Niestety zaczęło dziać się coś niepokojącego. Poczułem się fatalnie. Naprawdę trudno to opisać - mdłości, zawroty głowy, ból mięśni, brzucha, gorączka... Po kilku godzinach to samo dopadło Martynę. Tak naprawdę do dziś nie wiemy co to było i co nam zaszkodziło, ale z dużym prawdopodobieństwem było to jedzenie, jakim poczęstowano nas na plaży Railay.

Cierpieliśmy oboje niemiłosiernie. Praktycznie cały następny dzień przeleżeliśmy w łóżku martwiąc się o zdrowie. Przez dobę nie tknęliśmy nic do jedzenia. W pewnym momencie było już tak krytycznie, że poważnie zastanawialiśmy się, czy nie powiadomić kogoś o naszych problemach.

Na szczęście następnego dnia oboje doszliśmy do siebie...


  • 7 ISLANDS TOUR
Czy polecamy wycieczkę 7 Islands Tour? Cóż, ciężko powiedzieć. Na pewno nie będziemy obiektywni, bo zapłaciliśmy za rejs i wszystkie atrakcję ponad połowę ceny katalogowej. W naszym przypadku, było to 800 baht za osobę, więc myślę, że było warto. Sądzę, że w kwestii finansowej każdy musi sam zastanowić się nad swoim budżetem i podjąć decyzję indywidualnie.

Wycieczka 7 Islands Tour była niestety dość chaotyczna. Mimo przepięknych okoliczności przyrody, ciężko było czasem się odprężyć albo przejść na spacer wokół wyspy, bo tak naprawdę nie wiadomo, kiedy Tajowie będą wzywać na pokład. A wszystko działo się bardzo prowizorycznie - po prostu widać, że nagle panuje poruszenie i ludzie zaczynają się zwijać z plaży. Ale tak naprawdę nie słychać, by ktoś coś wołał, nikt nie chodzi i nikogo nie szuka. Po prostu trzeba się pilnować, a najlepiej nie oddalać. 

Dużym plusem jest to, że rejs po okolicznych wyspach Morza Andamańskiego pozwolił nam doświadczyć niesamowitych przygód. Samo pływanie pośród malowniczych krajobrazów jest nie lada pamiątką, a gdy do tego dojdzie nurkowanie w rafie koralowej, spacerowanie po rajskich plażach czy pływanie wśród bioluminescencyjnego planktonu pod gwiazdami... dodajcie to sobie sami. 

Niestety w naszym przypadku w pamięci zachowała się także agoniczna doba, podczas której pokutowaliśmy za turystycznego grilla na Railay. Mimo wszystko przeważają te dobre wspomnienia, które wracają przy okazji oglądania każdego ze zdjęć.

Polecamy tę wycieczkę osobom, które lubią aktywne zwiedzanie. Jeśli jednak ktoś ceni sobie sielankowy i bezstresowy wypoczynek, to raczej zachęcałbym do przejrzenia innych ofert, bo 7 Islands Tour to bogaty program zwiedzania pod sporą presją czasu, która raczej nie pozwala się zrelaksować. 

Mateusz.

7 komentarzy:

  1. Bardzo chcę tam wyruszyć! Widoki są niesamowite. Mam tylko nadzieję, że nie dopadną mnie kłopoty żołądkowe na miejscu - musiało być fatalnie!

    OdpowiedzUsuń
  2. No niestety, w Azji jest zupełnie inna flora bakteryjna, więc trzeba uważać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie tam - widoki kuszą... Tylko ta presja czasu trochę demotywuje. Współczuję ostatniego dnia!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wspaniałe widoki. A ten święcący plankton jest niesamowicie ciekawy. Chciałbym coś takiego kiedyś na żywo zobaczyć!

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam czy oge prosić jakiś namiar na te bungalowy?

    OdpowiedzUsuń