STRONA GŁÓWNA

Strony

Strony

sobota, 13 stycznia 2018

Prowincja, Ao Nang i Railay Beach

Po kilku tygodniach podróżowania po Azji czas na porządny odpoczynek. A gdzie można się bardziej zrelaksować, jak nie na rajskich plażach, leżąc na rozgrzanym piasku, pływając w krystalicznie czystej wodzie, rozkoszując się widokami majestatycznych skał porośniętych dżunglą? Tydzień błogiego lenistwa to jest to, czego było nam trzeba. Uwielbiamy aktywne podróżowanie. Do hosteli wracamy praktycznie tylko na noc, a z każdego dnia staramy się czerpać maksimum. Jesteśmy jednak tylko ludźmi i czasem trzeba po prostu odpocząć...


  • JAK DOTRZEĆ DO KRABI
Zapewne wielu z Was rozważa podróż do Krabi pociągiem lub busem. My też mieliśmy taki plan, ale uwierzcie mi - nie warto. 

Jeśli chodzi o pociąg to nie ma możliwości dotarcia bezpośrednio do Krabi. Najbliższa stacja kolejowa znajduje się w Surat Thani. Stamtąd można szukać dalej transportu. Pociągi są w Tajlandii bardzo tanie, ale niestety problemem jest czas dojazdu. Z Bangkoku do Surat Thani dojedziemy w...18 godzin (ok 700 km). Podróż w wagonie sypialnym to w zależności od standardu koszt ok. 75-200 zł. Rozkład jazdy i szczegółowy cennik można znaleźć tutaj

Autobusem - w przeciwieństwie do kolei - można dotrzeć bezpośrednio do Krabi. Podróż z Bangkoku trwa ok. 10-12 godzin i kosztuje ok. 40-90 zł (w zależności od standardu). Autobusy zazwyczaj mają tylko po 3 siedzenia w rzędzie, dzięki czemu jest dużo wygodniej niż w standardowych pojazdach znanych nam doskonale z europejskich dróg. Wszystko fajnie, tylko te 12 godzin w podróży...

My będziemy upierać się przy tym, że najlepszą opcją dotarcia do Krabi jest samolot. W naszym przypadku były to tanie linie lotnicze Air Asia. Za lot z Kuala Lumpur zapłaciliśmy po 165 zł / osobę, wliczając w to bagaż rejestrowany. Z Krabi wróciliśmy do Bangkoku za 243 zł / osobę. Może nie jest super tanio, ale oszczędziliśmy sporo czasu, no i nie ulega wątpliwości, że lot samolotem jest dużo wygodniejszy niż podróżowanie autobusem czy pociągiem z przesiadkami. Ceny biletów na lot z Bangkoku to często zaledwie 80 zł plus bagaż. 



  • CHILLOUT
Za nami kilka tygodni podróżowania po Azji. Najpierw krótki, aczkolwiek bardzo aktywny postój w Emiratach Arabskich i zwiedzanie Dubaju w 42-stopniowym upale. Potem Bangkok - zwiedzanie, planowanie, organizowanie. Po kilku dniach podróż pociągiem do Pak Chong i trekking po tropikalnej dżungli. Po powrocie do Bangkoku od razu wyjechaliśmy do Ayutthayi. Potem wylot do Singapuru, 2 dni w Mieście Lwa i podróż do Kuala Lumpur w Malezji. Lubimy aktywny wypoczynek - za nami wiele kilometrów pokonanych pieszo i tysiące zdjęć na kartach pamięci... ale nie jesteśmy robotami i czasem trzeba odpocząć, położyć się plackiem, wyłączyć myślenie i przestać planować. Pora na chillout, a słodkie lenistwo najlepiej smakuje na rajskich plażach w cieniu palm, nad krystalicznie czystą wodą. 

Dotarliśmy do Ao Nang późnym popołudniem. Z lotniska zgarnęła nas King. Była to Tajka, niezwykle serdeczna i towarzyska osoba, z którą błyskawicznie zaprzyjaźniliśmy się już na samym początku. Podróż z lotniska autem zajęła nam pół godziny. W tym czasie King opowiadała nam o prowincji i ogólnie o Tajlandii. Przejeżdżaliśmy pośród pól uprawnych i czegoś przypominającego nasze sady. Gdy Tajka usłyszała, że zakochaliśmy się w mangostanach, zatrzymała się po kilkudziesięciu metrach, gdzie przy drodze stał mieszkaniec prowincji i na skromnym stoisku sprzedawał owoce prosto z pola. 

Dość długa podróż pozwoliła nam zaprzyjaźnić się z King. Ona opowiadała nam o Tajlandii, my jej o Europie i o Polsce. Dowiedzieliśmy się, że największym marzeniem King jest zobaczyć śnieg. Niestety, nie jest to takie łatwe, bo Tajowie nie mogą swobodnie podróżować po świecie, a uzyskanie wizy turystycznej do Europy jest niezwykle trudne. Zawsze fascynuje mnie to, że w zależności od długości i szerokości geograficznej, ludzie mają zupełnie inne priorytety i marzenia.
Choć formalnie byliśmy klientami wynajmującymi od King domek w Ao Nang, to bardzo szybko się zaprzyjaźniliśmy i z czasem nasza znajomość przestała funkcjonować na poziomie usługi, a po prostu zostaliśmy przyjaciółmi. Dostaliśmy spory rabat na zakwaterowanie, Tajka załatwiła nam bardzo tanią wycieczkę po wyspach, a także przynosiła nam świeże owoce podczas odwiedzin. Wspaniała kobieta! 

Dotarliśmy do miasteczka Ao Nang. Domek w którym mieszkaliśmy przez tydzień znajdował się zaledwie 1,5 km od wybrzeży Oceanu Indyjskiego. Ao Nang to malutkie miasteczko liczące około 8000 mieszkańców. Z racji tego, że sezon turystyczny w Tajlandii nie obejmuje lipca, było tutaj niezwykle...spokojnie. Turystów z zachodu było tu naprawdę niewielu, dzięki czemu mogliśmy poznać autentyczny klimat tego miejsca. Czas na tajskiej prowincji płynie wyjątkowo wolno. Pora zwolnić tempo, nic nie robić, odpoczywać i cieszyć się brakiem obowiązków. Plan jest jeden - nie mieć planów.



  • DOMEK W DŻUNGLI
Nasz domek był wspaniały. Mieliśmy wszystko, czego było nam trzeba - sypialnię z dużym, wygodnym łóżkiem, salon z kuchnią i łazienkę z prysznicem. Bungalow znajdowało się na granicy lasu tropikalnego i zabudowań. Zapewne zaraz ktoś spyta o robactwo - no niestety, proszę Państwa, nigdy nie jesteśmy sami w dżungli.

Wszedłem do kuchni z sypialni, zapaliłem światło i zobaczyłem na ścianie gekona. Było ich w Tajlandii bardzo dużo. Biegały po elewacjach budynków, nierzadko wkradając się do środka. Próbowałem je łapać i wypuszczać na zewnątrz, ale było to niewykonalne, bo gekony są niezwykle szybkie, zwinne i...unikają światła. 
Gdy opowiadałem, że po naszym bungalow w Ao Nang biegały jaszczurki, część osób była zniesmaczona. Moja siostra na przykład zrobiła krzywą minę i powiedziała "o fuuuj". Ale wiecie co? Gekony w domu to fajna rzecz. Te małe drapieżniki żywią się m.in. owadami. Jeśli więc kiedyś w swoim domku spotkacie gekona, możecie być pewni, że nie będziecie mieć w domu żadnego robactwa. Niestety złapanie tej małej jaszczurki (żeby wypuścić na wolność) jest praktycznie niemożliwe, więc pozostaje tylko dać jej święty spokój, a ona odwdzięczy się usuwaniem z naszego domku niepożądanych gości.

Jeśli chodzi o komary, trzeba ich unikać jak ognia, bo roznoszą one choroby, niektóre są bardzo trudne w leczeniu. Byliśmy bardzo przewrażliwieni na tym punkcie. Profilaktycznie smarowaliśmy się środkami z tzw. DEETem. Są one niedozwolone do sprzedaży w Unii Europejskiej, niemniej jednak kremy kupowane w Tajlandii były bezkonkurencyjne i zapewniam Was, że żadne Offy i inne specyfiki z naszych aptek azjatyckiego komara nie odstraszą. Mówi się, że tzw. DEET jest szkodliwy dla zdrowia. Ale chyba mniej, niż malaria, denga i inne paskudztwa roznoszone przez komary, no nie?

Owady w Tajlandii wyglądają jak jakaś genetyczna modyfikacja tego, co znamy w Europie. Wszystko jest większe i bardziej odrażające. Lata tu mnóstwo stworzeń, będących jakby krzyżówką szerszenia i trzmiela. Do tego jakieś inne dziwne owady z długimi odnóżami i grubymi odwłokami zakończonymi żądłem. Nie wydają się być agresywne. Ich cechą jest często to, że lecą do światła jak głupie. Pewnego razu zostawiliśmy włączone światło na tarasie i gdy chcieliśmy wyjść wieczorem na kolację... no właśnie :)



  • SPACER PO AO NANG
Ao Nang to miasteczko wybudowane wokół głównej drogi, która niczym strumień wije się pośród tutejszych wzgórz. Jak to w Tajlandii, szosa jest głównym miejscem, gdzie odbywa się handel. Dominują stragany z żywnością i odzieżą. Jak już pisałem w poprzednich tekstach, Tajowie zazwyczaj jadają na mieście, w knajpach, lub po drodze, łapiąc coś na wynos. Było też kilka stoisk z pamiątkami, ale ewidentnie świeciły pustkami z uwagi na fakt, że turystów w tym okresie było bardzo niewielu. 

Miasteczko jest niezwykle malownicze. Znajduje się w dolinie pośród wysokich gór, których skaliste urwiska opadają nierzadko pionowo w dół. Każdy niezagospodarowany przez człowieka obszar momentalnie zarasta tropikalną roślinnością.

Chyba najbardziej charakterystycznym budynkiem w Ao Nang jest... meczet. To dość zaskakujące, że w buddyjskiej Tajlandii, gdzieś na prowincji, codziennie rano budzi nas śpiew muezzina. Słyszałem, że na południu kraju dominującą religią jest Islam (nawet w kilku prowincjach dochodzi do walk partyzanckich), ale tutaj? Tak czy inaczej muzułmanów w Ao Nang nie widać zbyt wielu. Najczęściej są to pojedyncze Tajki w hidżabach, poruszające się na skuterach. W okolicy meczetu znajduje się sporo knajp halal. Jest to kuchnia oparta o ubój rytualny, dlatego też odradzamy finansowanie bestialskiego męczenia zwierząt. 

Im bliżej plaży, tym bardziej turystycznie. Kurorty, hotele, bary, restauracje, salony masażu i masa innych. Bardzo często spacerowaliśmy sobie po Ao Nang i nierzadko wpadaliśmy do sklepików, żeby obejrzeć towar i trochę się potargować. A warto negocjować ceny, bo jakość tutejszych produktów pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Bardzo miło wspominam nasze długie spacery, czy to po ulicach, czy też brzegiem Morza Andamańskiego, maczając stopy w Oceanie Indyjskim. Najlepsze chyba jednak było... jedzenie!



  • JEDZENIE
Wiecie, za czym będę szczególnie tęsknił po powrocie do Polski? Za pysznym, tanim, azjatyckim jedzeniem. Rzadko w czasie podróży pozwalamy sobie na stołowanie się w knajpach czy restauracjach. Podróżując ze studenckim budżetem często odmawiamy sobie przyjemności poznawania kultur za sprawą kubków smakowych, bo najprościej w świecie nie mamy na to kasy. 

W Tajlandii jest zupełnie inna kultura kulinarna niż w Polsce. Tajowie raczej nie gotują w domach, czego powodem (tudzież przyczyną) jest choćby nierzadko brak kuchni i wyposażenia. Większość mieszkańców je na mieście, w drodze do pracy, w pracy, czy wracając z pracy. A że standard życia nie jest tu specjalnie wysoki, to i gastronomia dostosowała się do kieszeni przeciętnego Taja. 

Ceny? Za kilka złotych spokojnie można zjeść syty obiad. W skład kuchni tajskiej najczęściej wchodzi makaron bądź ryż, oraz dodatki - mięso, warzywa, owoce morza. Do tego jakiś zimny napój, np. shake owocowy, podawany w tak ogromnych porcjach, że nawet takie łasuchy jak my nie były w stanie wypić całej szklanki.

Wychodziliśmy z naszego przytulnego bungalow na główną ulicę, gdzie już czekała przemiła pani, która za 3 zł robiła naleśniki z ciasta francuskiego i owoców obieranych na naszych oczach. Nieco dalej znajdywały się knajpy, w których zajadaliśmy się pad thai, zupami, czy sajgonkami. Tuż obok kuchnia muzułmańska, a parę metrów dalej, na niewielkim straganiku, sprzedawane były nieziemsko pyszne owoce - rambutany, mangostany, mango, ananasy, banany (te prawdziwe), dragon fruit, a także duriany i jackfruity. Rajskie plaże, przepyszne jedzenie, owoce, z których sok cieknie po łokciach... Żal będzie stąd wyjeżdżać...



  • OWOCE
Zjedliśmy ich niezliczone ilości. Były pyszne, tanie i zdrowe. Najlepsze te, od lokalnego rolnika, który zerwał owoce o wschodzie słońca, żeby chwilę potem wystawić swój towar przy ulicy gdzieś na prowincji. Ahh, na samą myśl aż ślinka cieknie. 

Zdjęcie pierwsze (lewe górne) to oczywiście banany. Ale nie takie zwykłe banany. Te azjatyckie są miniaturowych rozmiarów (dużych, "europejskich", tam nie spotkacie). Mają bardzo cienką skórkę, są twarde i słodkie. W smaku przypominają jabłko o konsystencji banana. Coś wspaniałego!

Poniżej słynny ananas. Bardzo popularny w Tajlandii i Malezji. Szczerze mówiąc nie różnił się w smaku szczególnie od tego, jakie dostaniemy w Polsce. Widocznie eksport nie wpływa na jakość owocu. Niemniej jednak w Azji mieliśmy okazję zobaczyć jak rosną ananasy. Myślicie że na drzewach? Nic bardziej mylnego. Ananas wyrasta na szczycie krótkiej łodygi wyrastającej spośród kolczastych liści.

Te małe, okrągłe, fioletowe owoce to moje ukochane mangostany. Ich smak jest obłędny. Żeby dostać się do najlepszej części, trzeba zgnieść owoc w dłoni i zdjąć popękaną, twardą skórkę. W środku znajduje się biały miąższ, niezwykle słodki i niepodobny do żadnego znanego mi smaku. Jest po prostu wyjątkowy. Tylko mocno dojrzałe mangostany mają mięciutkie pestki, więc jedzenie tego arcydzieła natury to czysta przyjemność. 

No i pozostał słynny Smoczy Owoc, czyli Pitaja. Mój ulubiony gatunek owocu jeśli chodzi o wygląd. Wygląda jak kwiat z filmu Avatar. Jest różowy, a w środku zawiera soczysty miąższ, przypominający w smaku połączenie gruszki i kiwi. Jedzenie Pitaji jest niezwykle satysfakcjonujące, bo skórka idealnie oddziela się od tej jadalnej części owocu. 

Oprócz wyżej wymienionych warto też wspomnieć o mango, ale takim prawdziwym, słodkim, soczystym mango. To właśnie w Tajlandii pokochałem ten owoc, który przecież mam pod ręką praktycznie w każdym markecie. Ale cóż, niestety to nie to samo. Wyjątkowo uroczymi owocami z Tajlandii są rambutany, które pod suchą, czerwoną skórką, porośniętą mięciutkimi, zielonymi włoskami, zawiera owoc przypominający w smaku liczi. Koniecznie spróbujcie przy okazji!

Ahh, opowiadać by długo. Zawsze gdy wspominam o azjatyckich owocach boję się, że któregoś dnia zapomnę ich smaku. Cóż, wygląda na to, że trzeba go sobie co jakiś czas przypominać, na przykład składając wizytę w Azji ;)




  • RAILAY BEACH
Jeżeli kiedykolwiek słyszeliście o prowincji Krabi, prawdopodobnie obiła Wam się także o uszy słynna plaża Railay Beach. Półwysep znany także jako Rai Leh jest malowniczym miejscem, które w sezonie przyciąga tłumy turystów. Choć rajskie plaże są de facto połączone z lądem, to dostać się tam można wyłącznie łodzią. To dlatego, że półwysep Railay otoczony jest potężnymi, skalistymi górami, których przebycie bez specjalistycznego sprzętu jest niemalże niemożliwe.

Udaliśmy się na plażę w poszukiwaniu transportu. Nie musieliśmy długo szukać - na nadmorskim deptaku stał pan z tabliczką "Railay Beach", a nieco dalej - budka, w której pani sprzedawała bilety. Standardowa cena to 100 baht, bez negocjacji. Zebrała się niewielka grupka, wskoczyliśmy na pakę pick-upa i podjechaliśmy kawałek do przystani. Władowaliśmy się na łódkę i ahoj przygodo!


Wypłynęliśmy na suchego przestwór oceanu. Krystalicznie czysta woda odbijała się od burty i orzeźwiała nas bryzą. W kropelkach wody szkliło się światło bajkowego słońca...
Dobra, a tak na serio to wyglądało to tak, że silnik rzęził jakby miał zaraz parsknąć po raz ostatni za swego ciężkiego żywota. Rozległ się smród spalin, z wydechu buchnął ciemny dym, śruba wzburzyła wodę i przeciekającą łodzią ruszyliśmy w morze. Huk dudnił nam w uszach, a nasza drewniana łupina przecinając fale pryskała nam wodą po oczach tak, że po chwili byliśmy mokrzy. Na początku zgrywaliśmy kozaków, ale gdy nas podrzuciło parę razy, szybko złapaliśmy za kapoki. 
Po chwili pojawiły się nam w pełnej okazałości piękne skały wznoszące się wysoko ponad poziom wody. Kilkusetmetrowe turnie, porośnięte miejscami tropikalną roślinnością - dzieło Matki Natury, coś wspaniałego! Zachwytom nie było końca. Dżungla, ocean i pionowe urwiska to mieszanka doprawdy niezwykła.


Zza skał ukazała nam się plaża, taka jak ze zdjęć - lśniący piasek, czysta woda, palmy, domki kryte strzechą, tropikalna roślinność. Dobiliśmy łodzią do brzegu. No, prawie do brzegu. Wyskoczyliśmy przez burtę do wody sięgającej nam za kolana kilkanaście metrów od plaży. Martyna poszła na brzeg, a ja jeszcze pomogłem Tajowi zawrócić łódź. Miała ona przymocowany silnik spalinowy, z którego odchodził dłuuuugi wał zakończony wirnikiem. Budowa tajskich łodzi nie pozwala im zbliżyć się zbytnio do płycizny, więc jeśli wybieracie się na wyspy lub półwysep Railay, zadbajcie o to, by cenne przedmioty uprzednio zabezpieczyć przed zamoczeniem.


Plaża była prawie pusta. Oczywiście, jest to najbardziej turystyczne miejsce w okolicy, więc trudno, żeby nie było nikogo. Niemniej jednak wiem dobrze, jak wygląda to wybrzeże w sezonie, gdy plaże te oblegane są przez tłumy turystów. A w lipcu? Pusto!
Pierwszym naszym przystankiem była plaża Railay West, czyli - jak nazwa wskazuje - ta na zachodniej części półwyspu. Krańce wybrzeża zakończone były strzelistymi górami, zaś wzdłuż mieściły się kurorty wypoczynkowe i knajpy. Wszędzie rosły palmy, a nieco dalej - dżungla.


Charakterystycznym elementem Railay West były niezliczone ilości malutkich krabów. Stworzonka zamieszkiwały norki na plaży, chowając się jak tylko ktoś się zbliżył. Kraby wykonywały syzyfową pracę oczyszczając swoje siedliska, formując kulki i rozrzucając je wokół. W skali całej plaży miliony malutkich skorupiaków tworzyły gwiazdozbiory układające się w przeróżne kształty. Wyglądało to niesamowicie. Kraby były naprawdę urocze. Gdy kucnąłem i zastygłem w bezruchu, stworzonka wychodziły z norek oczyszczając je z nadmiaru piasku. Gdy zaś wykonałem choćby najmniejszy ruch, wokół mnie panowało chaotyczne poruszenie. Setki krabów zaczęły uciekać w panice do wykopanych nor, a te, które nie miały na to czasu, zakopywały się gdzie popadnie. I tak w kółko. Nie chciałem specjalnie stresować skorupiaków, ale że były dosłownie wszędzie, nie sposób było poruszać się nie naruszając przestrzeni osobistej tych pięknych stworzonek. Nieśmiało uciekały one przed naszym wzrokiem, a zrobienie im zdjęcia było niezwykle czasochłonne i wymagające zapasów cierpliwości. Ostatecznie - udało się :) 


Po dłuższym pobycie na Railay West postanowiliśmy zapuścić się w dżunglę i przedostać się na drugą stronę półwyspu, na Railay East. W przemierzaniu utwardzonej ścieżki, wokół której rozstawione były różne sklepiki i bary, towarzyszyły nam dobrze znane już nam makaki. Tutejsze małpy jednak zdawały się nie być oswojone i jakoś niespecjalnie szukały kontaktu z ludźmi. Być może sytuacja wygląda inaczej, gdy w sezonie Railay oblegany jest przez turystów, którzy dokarmiają zwierzęta, by zrobić sobie zdjęcie - nie wiem. Nieważne. Docieramy do Railay East, która w porównaniu z poprzednią plażą zdaje się być dość przeciętna. To znaczy ok, gdybyśmy tam trafili najpierw, bylibyśmy pewnie zachwyceni. 

Wszystkie plaże Railay są połączone ścieżkami. Choć półwysep jest w dużej mierze zabudowany przez bary i knajpki, to wciąż ma tutaj swoje domy wielu przedstawicieli wszelkich gatunków zwierząt. Do najciekawszych z nich zaliczyłbym m.in. małpy, czyli popularne w tej części Azji makaki. Jeśli chodzicie boso, uważajcie na kolonie czerwonych mrówek. Są przeogromne, a ich jad jest niezwykle silny, przez co skutki ukąszenia będą bardzo nieprzyjemne. Czerwone mrówki maszerują po ziemi, po murkach, po gałęziach, po kablach... Są bardzo agresywne i tak naszpikowane jadem, że prawie świecą. Masakra.


Niewątpliwie gwiazdą wieczoru była ONA. Szliśmy sobie ścieżką w kierunku plaży Ao Pranang, aż nagle usłyszeliśmy szum w krzakach. Stanęliśmy jak wryci. Co to? Małpka? Nie, coś większego... Z gęstych krzaków wyszła ogromna jaszczurka z gatunku waranów paskowanych. Niespecjalnie przejęła się naszą obecnością. Niestety nieopodal znajdowała się grupka młodych ludzi, którzy zachwyceni zwierzęciem chcieli podejść bliżej do zdjęcia, przez co jaszczur szybko się oddalił. Szkoda, ale jakoś mu się nie dziwię - też unikałbym idiotów. Podobna sytuacja była z wężem. Osobiście go nie widziałem, zauważyła go Martyna. Ponoć był bardzo duży, sądząc po wrzaskach ludzi "oh my God, snake, it's a snake!!!!". Od razu telefony i jazda do węża, żeby zrobić zdjęcie "na fejsa" zanim zwieje. Oczywiście wąż zażenowany szybko schował się gdzieś w ciasnych szczelinach skały. 

Co za okropne czasy. Chciałoby się stanąć po cichu i obserwować z boku piękno przyrody, ale zawsze znajdzie się jakiś rozwydrzony debil ze smartfonem. Mam nadzieję że ich mrówki pokąsają. Dzicz, po prostu dzicz. Ale taka dzicz, co nawet w dżungli nie potrafi się zachować. Ehhh.


Z wybrzeży Railay East udaliśmy się wąską ścieżką poprzez zarośla w kierunku plaży Ao Phra Nang. Naszym zdaniem to miejsce jest bezkonkurencyjne jeśli chodzi o cały półwysep. Nie ukrywam, że możemy być trochę stronniczy, bo to tam chmury rozeszły się i przygrzało nas tajskie słońce. Wszystko wokół rozbłysło kolorami - błękitne niebo, zieleń dżungli, złoty piasek no i ta krystaliczna woda... Raj na ziemi! We wschodniej części plaży znajduje się coś na kształt otwartej groty wyrzeźbionej przez Matkę Naturę. Coś wspaniałego. Na Ao Phra Nang bez wątpienia spędziliśmy najwięcej czasu, rozkoszując się słońcem, pływając w morzu, po prostu relaksując się na rajskich plażach Tajlandii...

Railay Beach to piękne i łatwo dostępne miejsce. Za nieco ponad 10 zł Tajowie zabiorą Was łodziami do prawdziwego raju. Jedyna rzecz, która nam się nie podobała na Railay to jedzenie - było stosunkowo drogie i jakościowo nieporównywalne z tanimi posiłkami w skromnych knajpkach w Ao Nang. Tak czy inaczej Railay Beach to miejsce, którego nie można pominąć podczas pobytu w Krabi.


  • ODPOCZYNEK
Lubię żyć aktywnie. Bardzo szybko się nudzę, nie potrafię wysiedzieć długo w jednym miejscu. Rutyna to mój najgorszy wróg, którego za wszelką cenę staram się unikać. 

Ale wtedy nic mnie nie obchodziło. Nie miałem planów, a jedyne o czym musiałem pamiętać to data wylotu z Krabi do Bangkoku. Ale to dopiero za parę dni. Leżałem sobie na plaży i patrzyłem, myśląc, że jestem gdzieś na drugim końcu świata i odpoczywam, bo co innego mam robić? Przez kilka tygodni co chwilę zmieniałem hotel, planowałem wydatki, przemieszczałem się pociągami, samolotami, autobusami, organizowałem dzień tak, by zobaczyć coś ciekawego i zebrać materiał na bloga. To była ta pora, kiedy zwalniałem tempo i po prostu cieszyłem się chwilą. Bo co innego miałem tam robić, na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, pod palmami, na rozgrzanym piasku? Gdy już wkradła się rutyna i znudziło mi się wygrzewanie na słońcu, szedłem popływać w czyściutkiej wodzie i patrzyłem sobie na góry. A gdy miałem dość wody, wracałem na brzeg. I tak sobie czas płynął. Zero zmartwień.

A tu niżej to nie moje stopy.

Mateusz.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz