STRONA GŁÓWNA

Strony

Strony

sobota, 25 listopada 2017

Singapur - zwiedzamy Miasto Lwa!

Singapur był jednym z przystanków w naszej podróży po Półwyspie Malajskim. W Mieście Lwa spędziliśmy niespełna 3 dni. Ceny w Singapurze są bardzo wysokie, więc dłuższy pobyt mocno odcisnąłby się na naszym skromnym budżecie. Po kilku dniach pobytu w chaotycznym Bangkoku, po niezwykle aktywnych wyjazdach do Ayutthayi i Khao Yai, teraz mogliśmy wreszcie siąść sobie na ławeczce, popatrzeć, po prostu odpocząć. Singapur pozwolił nam zwolnić tempo. Właśnie tego było nam trzeba!



♦ Warto wiedzieć...

Death for drug traffickers - takimi słowami przywitał nas Singapur na karcie migracyjnej, którą musieliśmy wypełnić wpisując swoje dane osobiste i meldunkowe. Potem pobrano nam odciski palców, zrobiono zdjęcie, pieczątka w paszport i już. 
Przed wylotem do Singapuru warto zapoznać się z tutejszym prawem, które mocno odbiega od znanych nam standardów europejskich. Przez Singapur przebiega jeden z największych szlaków przemytniczych świata. Zdarza się, że ofiarami biznesu narkotykowego padają turyści, którym podrzuca się różne prochy do plecaków. Były już takie przypadki, choć nie dotyczyły stricte Singapuru. Niemniej jednak warto mieć oczy dookoła głowy.

Kara śmierci wzbudza na świecie wiele kontrowersji, zaś w samym Singapurze cieszy się sporą aprobatą. Według statystyk ONZ w tym kraju wykonywano w latach 1994-1998 najwięcej wyroków śmierci w przeliczeniu na liczbę mieszkańców. Najsurowsza kara dotyka skazanych za morderstwo, gwałt, udział w samobójstwie osoby poniżej 18 roku życia, przestępstwa przeciwko Prezydentowi Republiki, bunt, dążenie do wojny, czy korupcję. Powszechne są także kary cielesne w postaci chłosty. W 2012 roku wychłostano 2203 osoby, w tym 1070 cudzoziemców. Byli to skazani m.in. za wandalizm, nielegalny pobyt na terenie kraju, przestępstwa seksualne, porwania, posiadanie lekkich narkotyków lub kradzież.

W kraju obowiązuje cenzura. Rząd bacznie obserwuje media, prasę, internet i bezwzględnie egzekwuje singapurskie prawo. Trudno zatem mówić tu o wolność słowa i poszanowaniu praw człowieka. Mimo wszystko Singapur należy do najbezpieczniejszych krajów świata. Surowe prawo i jego skrupulatne przestrzeganie przyczynia się do tego, że ludzie sobie wzajemnie ufają, a Miasto Lwa uchodzi za jedno z najlepszych miejsc do życia. 

Na szczęście żadnych prochów nam nie podrzucono, choć mieliśmy lekkie obawy. Do paniki było bardzo daleko, ale jednak woleliśmy dmuchać na zimne. Mówi się szeptem, że obsługa lotnisk też może być zamieszana w narkotykowy biznes, dlatego nadawany bagaż szczelnie owinęliśmy folią. Ponadto mieliśmy ze sobą turystyczne plecaki z paskami, klamrami, zapinkami itp., więc zabezpieczenie chroniło także przed uszkodzeniem. Same plusy, polecam.




♦ Singapore is a fine city

Przekraczając granicę z Singapurem należy pamiętać, że nielegalne jest tu posiadanie i - co gorsza - spożywanie gumy do żucia. Za złamanie prawa grozi mandat w wysokości 3000 zł. Wysokie kary dotyczą także palenia w miejscach publicznych, plucia, jedzenia i picia w metrze, śmiecenia, czy...niespłukania wody w toalecie.

Za żucie gumy grozi mandat w wysokości 1000 S$ (2620 zł). Wprowadzanie zwierząt w miejscach, gdzie jest to zabronione, to kara 500 S$. Za śmiecenie, palenie, oddawanie moczu w miejscach publicznych, niespłukanie wody w toalecie, marnowanie wody, niszczenie roślinności czy plucie grozi grzywna w wysokości 1000 S$, a jeśli ktoś przyłapie nas z durianem np. w komunikacji miejskiej, zapłacimy 500 S$. Znacznie dotkliwiej karane jest nieuzasadnione zatrzymanie metra, lub przewożenie gazu i łatwopalnych płynów w dużych ilościach (5000 S$).


♦ Nocleg w Geylang

Bezpośrednio na lotnisku Changi w Singapurze wsiedliśmy w metro MRT i za około 3 dolary singapurskie (8 zł) udaliśmy się w kierunku naszego hotelu. Mieszkaliśmy w dzielnicy Geylang, ok. 3 km od ścisłego centrum miasta. Jest to bardzo popularne miejsce wśród "backpackersów" ze względu na niezliczoną ilość niedrogich knajp i restauracji, oraz duże zagęszczenie tanich hosteli i hoteli. Geylang znany jest jako singapurska dzielnica czerwonych latarni, gdzie znajduje się sporo legalnych domów publicznych. Szczerze mówiąc to nie widzieliśmy ani jednej prostytutki w Singapurze i przydomek red light district nijak nie pokrywał się z naszymi doświadczeniami. Czuliśmy się tam bardzo bezpiecznie (jak w całym Singapurze). Nie raz zdarzyło nam się wyjść późnym wieczorem na miasto i nie natknęliśmy się na żadne domy publiczne ani inne przesłanki świadczące o tym, że jest to dzielnica prostytutek. 
Aha, jeszcze jedno. Geylang nie ma nic wspólnego z angielskim słowem gay. Aby dotrzeć do etymologii nazwy tejże dzielnicy, trzeba raczej szukać śladów w języku malajskim. Być może Geylang pochodzi od geylanggan, co oznacza miażdżyć (może mieć to związek z pozyskiwaniem miąższu i mleka kokosowego), lub gelang, czyli tutejszej nazwy rośliny (pol. portulaka pospolita) która licznie występowała na tym obszarze. 

Bez większych problemów znaleźliśmy nasz hotel i weszliśmy do środka, żeby się zameldować i odpocząć po długiej podróży. 
- Przykro mi, ale nie mam waszej rezerwacji - powiedział łamanym angielskim pan z recepcji, czym wprowadził w nas lekkie osłupienie. Połączyłem się z wifi, włączyłem aplikację i pokazałem numer rezerwacji, moje dane i adres hotelu. Pan powiedział, że nie ma nas w systemie i nie może nam pomóc. Zaczynało się robić coraz bardziej nerwowo, szczególnie w momencie, kiedy poinformowano nas o braku wolnych pokoi. To jest jakiś obłęd. Gdzie my znajdziemy teraz nocleg w środku nocy? Byliśmy niemiłosiernie zmęczeni i jeszcze bardziej wkurzeni. Na koniec pan z recepcji powiedział, że w drodze wyjątku może nam udostępnić jeden pokój. I wiecie co? Dostaliśmy ten sam pokój, który zarezerwowaliśmy - poznaliśmy po zdjęciach. Potem jeszcze zobaczyłem, że na wydruku napisano, że wynajmujemy pokój na 1 noc, a zapłaciliśmy z góry za dwie, przez co musiałem jeszcze potem biec z powrotem na dół i prosić o korektę. Co tam się odwalało to do dziś nie mam pojęcia... 



♦ Ceny w Singapurze

Jak wspominałem wcześniej, Singapur to stosunkowo drogi kraj. Kontrast wyjątkowo rzuca się w oczy, gdy przyjeżdża się tu np. z Tajlandii czy Malezji. Za pokój z łazienką w 2-gwiazdkowym hotelu w dzielnicy Geylang zapłaciliśmy 125 zł za noc. Jeśli chodzi o produkty spożywcze to pozwolę sobie nietypowo zacząć od piwa. Puszka 0,5l chmielowego trunku znanej europejskiej marki to w Singapurze wydatek rzędu 7 S$, czyli około 19 zł. Za najtańszy ciepły posiłek czy to w jakiejś taniej chińskiej knajpie, czy w 7-eleven trzeba zapłacić około 5 S$ (14 zł). Na jedzenie trzeba jednak bardzo uważać, bo zgodnie z tutejszymi gustami jest ono często nieziemsko pikantne. W cenie 4 S$ (11 zł) kupowaliśmy duże owocowe soki w kartonie - były drogie, ale naprawdę pyszne i orzeźwiające. Dużo tańsza jest butelkowana woda, której ceny są nieco wyższe od tych znanych nam w Polsce.



♦ Hello Singapore!

Wyspaliśmy się, spakowaliśmy plecaki, wypiliśmy kawę i w drogę. Do centrum miasta dostaliśmy się bardzo szybko, bo - jak już wspominałem - mieszkaliśmy jakieś 3 km od dzielnicy biznesowej. Wysiedliśmy z niezwykle czystego metra, wydostaliśmy się na powierzchnię i naszym oczom ukazały się ogromne drapacze chmur w klaustrofobicznej zabudowie nowoczesnego miasta. Od patrzenia w górę aż kręciło się w głowie. 

Nie mieliśmy konkretnego planu na Singapur. Zaznaczyliśmy sobie tylko na mapie te ciekawsze miejsca, które poleciła mi Katy - moja znajoma, która wychowywała się w tym mieście. Pierwsze kroki po opuszczeniu stacji metra skierowaliśmy rzecz jasna w kierunku Merliona.



♦ Merlion

Merlion to symbol Singapuru, przedstawiany w postaci stworzenia o głowie lwa i ciele ryby. Jego posąg znajduje się przy ujściu rzeki Singapore River, nieopodal słynnego budynku Marina Bay Sands. Nazwa Merlion to fuzja dwóch wyrazów: mer (morze) i lion (lew). Pierwszy człon nawiązuje do historii miasta, które było niegdyś wioską rybacką. Lew zaś (singa) odnosi się do współczesnego państwa, które rozwija się niezwykle prężnie i zaliczane jest do tzw. azjatyckich tygrysów.  Merlion został zaprojektowany jako logo Singapurskiej Organizacji Turystycznej w latach 1964-1997. Do dziś jego posąg jest jednym z najchętniej fotografowanych obiektów w całym kraju. Wokół Merliona zawsze gromadzi się tłum turystów, którzy ochoczo robią sobie zdjęcie z popularną fontanną. 



♦  Marina Bay Sands

Marina Bay Sands to ukończony w 2010 roku niezwykły budynek przypominający okręt wsparty na trzech budynkach o wysokości 55 pięter. Znajduje się tu 2561 pokoi hotelowych, sala konferencyjno-wystawowa o powierzchni 120 tyś m2 (!), wielkie centrum handlowe, muzeum, dwa teatry, lodowisko i jedno z największych kasyn na świecie. Nie ulega wątpliwości, że największą atrakcją Marina Bay Sands jest podniebny basen, który znajduje się w SkyPark na dachu całego kompleksu. Osobiście nie było nas stać na takie luksusy, ale oglądając zdjęcia z sieci trzeba przyznać, że całość robi ogromne wrażenie. Basen wybudowano zgodnie z koncepcją infinity pool. Mówiąc wprost - z poziomu wody nie widać krawędzi, co w połączeniu z dużą wysokością (191 metrów) i niesamowitym widokiem na miasto gwarantuje solidną dawkę niezapomnianych wrażeń. Wstęp do SkyPark na Marina Bay Sands mają jedynie goście hotelowi. Przeciętny nocleg to wydatek rzędu ok. 1500 zł za pokój / noc. 



♦ Esplanade - Theatres on the Bay

Spod pomniku Merliona ruszyliśmy dalej. Przeszliśmy przez most i udaliśmy się do budynku Esplanade - Theatres on the Bay, będącego centrum artystycznym Singapuru. Pierwotny projekt zakładał pokrycie konstrukcji szklanym dachem, jednak niedługo potem do architektów dotarło, że tutejszy tropikalny klimat zamieni to miejsce w szklarnię. Postanowiono zatem pokryć zewnętrzną strukturę tysiącami trójkątnych elementów stanowiącymi osłonę przed słońcem. Efekt jest taki, że The Esplanade do złudzenia przypomina charakterystyczny dla tego rejonu Azji owoc duriana. Niektórzy też widzą w tym architektonicznym kunszcie oczy muchy. Jak zwał tak zwał. I tak najciekawsze jest to, że można bez problemu dostać się na taras znajdujący się na dachu, z którego rozlega się ciekawy widok na Marina Bay Sands jak i na biurowce biznesowej dzielnicy Singapuru. Najwidoczniej niewiele osób wie o takiej możliwości, bo w naszym przypadku mieliśmy cały taras dla siebie, podczas gdy sama promenada nad zatoką pełna była turystów, którzy ochoczo fotografowali wszystko dookoła. My bardzo miło spędziliśmy tu czas odpoczywając sobie w ogrodzie na dachu The Esplanade. Polecamy - są tu praktycznie nieodwiedzane, darmowe toalety, można posiedzieć wśród egzotycznej roślinności i popatrzeć na miasto z bardzo fajnej perspektywy.



♦ Świątynia Sri Thendayuthapani

Wróciliśmy do Merliona i udaliśmy się na promenadę wzdłuż rzeki, mijając po prawej stronie Asia Civilisacion Museum, The Arts House i siedzibę singapurskiego parlamentu. Za naszymi plecami wznosiły się drapacze chmur, które mocno kontrastowały z pobliskimi kamieniczkami. Po chwili dotarliśmy do parku Fort Canning. Znajdował się on na wzgórzu, co skusiło nas do tego, by wdrapać się na szczyt z nadzieją na atrakcyjne widoki. Sporo spacerowaliśmy po parku i niestety okazało się, że nie było warto. Wspinaczka na grzbiet wzgórza kosztowała nas sporo wysiłku przy uciążliwym upale.

Po chwili dotarliśmy do celu. Sri Thendayuthapani Temple to świątynia wzniesiona w 1859 roku przez hinduską społeczność Nattukkottai Chettiar. W 2014 roku została uznana za zabytek narodowy Singapuru, w związku z czym stanowi jedną z głównych atrakcji tego miasta. Świątynia poświęcona jest hinduskiemu bogu wojny i zwycięstwa o imieniu Murugan. Sri Thendayuthapani Temple najbardziej wyjątkowo prezentuje się w okresie tutejszych festiwali. Najpopularniejszym jest Thaipusam, który odbywa się w dzień gwiazdy Pusam przy pełni księżyca (okolice stycznia i lutego). Tego dnia do Singapuru licznie przybywają ciekawscy turyści, a w szczególności wyznawcy hinduizmu, którzy podczas ceremonii oddają hołd Muruganowi, synowi wielkiego Shivy. Podczas uroczystości wierni manifestują swoją wiarę przekłuwając sobie ciało w przeróżnych miejscach. Za jedną z form modlitwy uchodzi także niesienie tzw. kavadi, czyli symbolu brzemienia boga wojny.

Wewnątrz świątynia nie urzeka. Zdecydowanie lepiej prezentuje się jej elewacja, zdobiona licznymi figurami wykonanymi w charakterystycznym stylu kultury hinduskiej. Ponadto całość pokryto całą paletą barw, dzięki czemu całość prezentuje się jeszcze okazalej.

Wracamy spod świątyni Sri Thendayuthapani i udajemy się z powrotem w kierunku dzielnicy biznesowej, zahaczając po drodze o lokalne markety. Kupujemy tam przepyszne owocowe soki. Przyda się orzeźwienie, bo w lipcu w Singapurze jest naprawdę ciepło.



♦ Spacer wśród drapaczy chmur

Przechadzanie się wśród wieżowców było dla nas nie lada atrakcją. Nigdy dotąd nie byliśmy w mieście o takim zagęszczeniu drapaczy chmur. Otaczały one nas z każdej strony, tworząc jednolitą ścianę szkła i betonu. Może na dłuższą metę życie w takim miejscu może być przytłaczające, ale w Singapurze wszystko stanowiło idealną harmonię. Nie było korków, panowała względna cisza, nie było tutaj tłumów jak np. w Nowym Jorku czy Tokio. Wszędzie było niezwykle czysto i czuliśmy się tutaj zupełnie bezpiecznie. Chyba tylko w Dubaju i właśnie w Singapurze zupełnie nie martwiłem się o portfel, telefon, czy aparat. Po co niby ktoś miałby nas tu okradać? Ludzie są tu elegancko ubrani, schludni, zazwyczaj wpatrzeni w smartfony. Po ulicach jeżdżą w znacznej mierze drogie samochody. Surowe prawo i kultura osobista mieszkańców przyczyniają się do niezwykłego porządku zarówno w środkach nowoczesnej komunikacji miejskiej jak i na chodnikach. Na każdym kroku widać, że Singapur to jedno z najbogatszych państw świata, co przekłada się na tutejszy komfort życia. Nam też udzielił się ten sielankowy nastrój. Mieliśmy wyjątkowo dobre nastroje, a otoczenie nie wzbudzało w nas żadnych zmartwień.

W biznesowym centrum Singapuru urzekło mnie także niezwykłe połączenie egzotycznej roślinności z nowoczesną architekturą. Widok palm na tle błękitnego szkła był fenomenalny. W pamięć zapadł mi szczególnie biurowiec CapitaGreen, którego elewacja pokryta była w całości szkłem. Na tarasie każdego piętra rosła tropikalna roślinność, co sprawiało wrażenie, jakby budynek był szklarnią wypełnioną dżunglą. I te aleje palm pośród wieżowców... Coś pięknego!

Opuściliśmy dzielnicę drapaczy chmur i od razu w oczy rzucił nam się kontrast między szklanymi biurowcami a architekturą z czasów kolonialnych. Tutaj zabudowa była znacznie niższa. Właściwie to ograniczała się do kilku pięter, więc trudno tu w ogóle mówić o jakimś porównaniu.



♦ Buddha Tooth Relic Temple

Świątynia i Muzeum Zęba Buddy znajduje się w singapurskim Chinatown. Jej inauguracja miała miejsce niedawno, bo w 2007 roku. Rok później odbyła się ceremonia, podczas której do świątyni trafiła niezwykle cenna relikwia zęba Buddy, co podniosło rangę tego miejsca do jednego z najważniejszych punktów kultury buddyjskiej. Obecnie oprócz miejsca kultu znajduje się tu także muzeum poświęcone wspomnianej religii. Architektura budowli nawiązuje do charakterystycznego stylu chińskiej dynastii Tang, co można zaobserwować zarówno w całokształcie konstrukcji jak i jej detalach.

Z zewnątrz świątynia przypomina cesarski pałac, co w połączeniu z nowoczesnymi biurowcami w tle nadaje temu miejscu niezwykły klimat. Wnętrze budynku jest równie imponujące, szczególnie sala przeznaczona do modlitwy. Akurat mieliśmy okazje przyglądać się z boku buddyjskiej ceremonii. Śpiewy, dźwięki egzotycznych instrumentów, zapach kadzidełek, wszechobecne, mniejsze lub większe wizerunki buddy (tak, buddy małą literą) i bogactwo dekoracji sprawiały, że z łatwością można było poddać się swoistej hipnozie. Niesamowite doświadczenie.

Na czwartym piętrze świątyni znajduje się bogato zdobione pomieszczenie, w którym znajduje się złota stupa, a w niej - ząb Buddy. Przed wejściem zostaniemy poinformowani o konieczności zdjęcia obuwia. W pomieszczeniu nie wolno także robić zdjęć. Dla buddystów jest to miejsce bardzo ważne, dlatego uszanujmy ich kulturę i jeśli chcemy popatrzeć, to obserwujmy sobie z boku, po cichu, tak, by nie przeszkadzać pogrążonym w medytacji.

Wstęp do Buddha Tooth Relic Temple jest darmowy. Należy jednak pamiętać, że przed wejściem do świątyni należy ubrać się w odpowiedni strój, który można bezpłatnie wypożyczyć. Dotyczy to osób ubranych w krótkie spodenki lub z okrytymi ramionami.



♦ Chinatown

Chinatown w Singapurze to miejsce, gdzie najlepiej zrobić zakupy. Jest tu bardzo tanio. Jedzenie, odzież, pamiątki... Na tutejszym targowisku ceny są znacznie niższe od tych w innych częściach miasta. My oczywiście rzuciliśmy się na stoiska z magnesami. Tutaj za 3 sztuki zapłaciliśmy 5 S$ (13 zł), podczas gdy w sklepach w pobliżu statuy Merliona trzeba było zapłacić ok. 7 S$ za sztukę (18 zł). Warto czasem wykazać się cierpliwością i poszukać miejsca na zakupy z dala od najpopularniejszych atrakcji w centrum miasta.

Pamiętajcie, że azjatyckim zwyczajem można - wręcz: należy - się targować. W Chinatown kupicie wszystko, mniej lub bardziej przydatne rzeczy. Niektóre są niezwykle atrakcyjne dzięki swojemu orientalizmowi. Dla miejscowych to coś normalnego, ale europejskie oko znacznie łatwiej wpada w zachwyt.

Chyba nie muszę przypominać, że Chinatown najlepiej prezentuje się po zmroku, kiedy palą się kolorowe lampiony, a na targowisku panuje niesamowity klimat? Tego trzeba po prostu doświadczyć.



♦ Mieszanka kultur 

Rozejrzyjmy się. Przed nami buddyjska świątynia Zęba Buddy. Tuż obok znajduje się miejsce kultu wyznawców hinduizmu, Sri Mariamman Temple, a dosłownie za ulicą - meczet Masjid Jamae. Jeszcze dalej kolejna świątynia, tym razem taoistyczna. O, jeszcze kościół chrześcijański. Singapur jest sztandarowym przykładem na to, że społeczności różnych kultur i religii potrafią żyć obok siebie, bez konfliktów, wrogości, bez narzucania innym swoich racji. Nikt tu się nie wysadza i nie każe kobietom zakrywać ciała. Segregacja religijna nie jest tu w żaden sposób eksponowana - przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo. Ciekawy jest jednak przykład świadków Jehowy, których działalność w Singapurze jest zakazana pod karą pozbawienia wolności. Ale to już temat na osobnego posta...

Po zwiedzeniu świątyni Zęba Buddy i długim spacerze po okolicznym targowisku, skierowaliśmy następne kroki ku hinduistycznej świątyni Sri Mariamman, zaliczanej do narodowych skarbów Singapuru. Jej budowę ukończono w roku 1827, nadając jej styl charakterystyczny dla południowych Indii. Świątynia poświęcona jest bogini-matce Mariamman, chroniącej ludzi przed nieszczęściem i chorobami.



♦ Do Marina Bay Sands w eskorcie myśliwców

Wracamy nad zatokę, zapuszczając się ponownie w wąski labirynt uliczek pośród szklanych biurowców. Wcześniej zrobiliśmy sobie jeszcze dłuższy postój, siedząc na trawce, pałaszując ciasteczka i wpatrując się w drapacze chmur. To była niezwykła chwila. Pamiętam, jak rozmawialiśmy wtedy o tym, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Z czasem człowiek przyzwyczaja się do swojego aktualnego położenia, ale gdy przez chwilę zastanowi się, że jest po drugiej stronie globu, gdzieś w okolicach równika, w kraju o egzotycznej nazwie...wtedy po plecach przechodzą ciarki a organizm doznaje wewnętrznej ekscytacji.

Gdy już się nasiedzieliśmy wpatrzeni w mur wieżowców przed nami, otrzepaliśmy tyłki z trawy i ruszyliśmy dalej w miasto. Nagle gdzieś pomiędzy budynkami śmignął myśliwiec, a gdy już zniknął nam z pola widzenia, rozległ się niemiłosierny huk. Serca waliły nam jak szalone. Mi szczególnie skoczyło ciśnienie, bo hałas to moja największa fobia. Nawet gdy wiem, że jestem bezpieczny, huk dostarcza mi ogromnej dawki adrenaliny, a mnie ogarnia wewnętrzna panika. Dlatego nienawidzę, gdy ktoś puszcza koło mnie fajerwerki (z odległości są super) i nie znoszę dmuchać balonów, lub gdy ktoś to robi w mojej obecności. Ale mniejsza o to...

Pierwsza myśl była oczywiście taka, że może zaraz polecą bomby, niemniej jednak stoicki spokój mieszkańców Singapuru przekonał nas, że nie ma powodów do zmartwień. To znaczy... Martyna nie miała, bo ja oczywiście byłem lekko zestresowany hukiem. Po chwili znów, tym razem dwa myśliwce. Niemiłosierny szum znów wprawił wszystkie moje wnętrzności w drgania. Tym razem było jeszcze gorzej, bo nawet sami Singapurczycy zatykali uszy.

Po jakimś czasie dotarliśmy nad zatokę. Z szerokiej promenady rozciągał się chyba najładniejszy widok na Marina Bay Sands. Tam właśnie zmierzaliśmy, a właściwie to do ogrodów Gardens by the Bay. I znów nalot. Zza wieżowca wyłoniło się pięć samolotów lecących w szyku na wysokości budynków. Huk był niesamowity. Przeraźliwy szum, nie do zniesienia. Wspomniana już wcześniej znajoma, Katy, powiedziała potem, że były to ćwiczenia przed defiladą z okazji nadchodzącego święta niepodległości 9 sierpnia. Myśliwce co kilkanaście minut przelatywały nad miastem, więc z czasem przyzwyczailiśmy się do hałasu. Naprawdę współczuję ludziom, którzy przebywali wtedy na tarasach Marina Bay Sands. Samoloty przelatywały tuż nad budynkiem, wykonując przy tym różne akrobacje. Ależ musiał być huk tam na górze...



♦ Gardens by the Bay 

Ogrody przy - moim zdaniem - najlepiej prezentują się o zachodzie słońca i po zmroku. Dlatego też o takiej a nie innej porze zjawiliśmy się pod Marina Bay Sands, by pospacerować po parku rodem z Avatara (reż. James Cameron). Gardens by the Bay to park przyrody zajmujący powierzchnię 101 ha. Całość wpisuje się w strategię tutejszego rządu, którego zamiarem jest zamiana koncepcji ogrodu w mieście na miasto w ogrodzie. W celu zwiększenia ilości zieleni w Singapurze, przy pocztówkowym Marina Bay Sands utworzono w 2012 roku ogromny park.

Jego sztandarową atrakcją są Supertrees (pol. Superdrzewa). Są to metalowe konstrukcje imitujące drzewa. Pomiędzy niektórymi z nich rozciągnięto kładkę wiszącą 20 metrów nad ziemią. Jest to nie lada atrakcja dla turystów, którzy mogą podziwiać piękną panoramę na miasto z Marina Bay Sands na pierwszym planie. Wstęp kosztuje 5 S$, czyli ok. 13 zł. Po zmroku Superdrzewa rozświetlone są kolorowymi iluminacjami. Ich futurystyczna forma połączona z muzyką i pięknymi barwami nadaje temu miejscu niezwykłego, nieziemskiego wręcz klimatu.

Supertrees nie są jedynymi atrakcjami ogrodów. W zadaszonych, szklanych kopułach znajdują się tzw. Flower Dome Cloud Forest, gdzie można podziwiać tropikalną roślinność. Temperatura wewnątrz jest znacznie niższa od temperatury powietrza, więc jeśli szukacie schronienia przed równikowym upałem to tu je znajdziecie. Ilość gatunku roślin i ich barw sprawia, że można dostać oczopląsu. Wstęp do Flower Dome i Cloud Forest kosztuje niemało, bo 28 S$ (74 zł).

Ogrody Gardens by the Bay są ogólnodostępne. Wejście jest darmowe, z wyłączeniem niektórych atrakcji. Miejsce to naprawdę zasługuje na uwagę. My spędziliśmy tutaj wspaniały wieczór. Udzielił nam się niezwykły nastrój muzyki i światła, kiedy siedzieliśmy sobie w zacisznym miejscu z dala od turystów. Rozmawialiśmy wtedy o tym, że to wszystko przeminie, niebawem wrócimy do domu i pozostaną nam tylko wspomnienia. Staraliśmy się co sił chwytać chwilę, bo była cudowna. Zrezygnowaliśmy ze zwiedzania poszczególnych atrakcji parku głównie ze względu na finanse. Inna sprawa, że po prostu nam się nie chciało. Ogromną radość sprawiało nam siedzenie i nicnierobienie, wpatrywanie się w zachodzące słońce, obserwowanie jak niebo zmienia kolor. Niemniej jednak gdybyśmy spędzili w Singapurze więcej czasu, na pewno poświęcilibyśmy go więcej na ten park, bo urzekł nas bardzo.



♦ Cudowny wieczór

Wracaliśmy już w kierunku stacji metra, skąd mieliśmy udać się do hotelu. Szliśmy promenadą nad zatoką. Było pięknie. Z jednej strony rozświetlone okna biurowców, z drugiej zatoka i Marina Bay Sands. Zatrzymaliśmy się na deptaku na dłuższy moment, żeby jeszcze wykorzystać magię chwili. Zarówno najsłynniejszy budynek Singapuru jak i okoliczne zabudowania stanowiące część kompleksu świeciły się w najróżniejszych barwach, w niezwykłej kompozycji iluminacji i dźwięku. Klimatyczna muzyka rozbrzmiewająca nad zatoką stanowiła część spektaklu, połączonego z tańcem wody tryskającej z ogromnej fontanny. Rzadko się wzruszam, ale tamta chwila mocno ścisnęła mi serducho. To są takie momenty, kiedy dociera do mnie, że mam wspaniałe życie, że robię coś zajebistego, że jestem w niezwykłym miejscu daleko od domu, z kimś kto jest dla mnie bardzo ważny. Zero zmartwień, zero ograniczeń. Było już późno, bardzo późno. Ale co z tego, skoro jesteśmy w jednym z najbezpieczniejszych państw świata. Nie sądziłem, że tak bardzo zakocham się w Singapurze. Spodziewałem się, że będzie to azjatycki moloch bez duszy. Tymczasem okazuje się, że miejsce to będę wspominał z ogromnym sentymentem.



♦ Przekraczanie granicy i podróż do Malezji

Co za dzień. Od samego rana w Singapurze była ulewa, ale to taka ulewa, jakby ktoś lał wodę z wiadra. Wyspaliśmy się, prysznic, kawka i w drogę. Szczerze mówiąc niewiele wiedziałem na temat przekraczania granicy poza tym, że jest to proces stosunkowo uciążliwy. Wsiedliśmy w metro i udaliśmy się w kierunku rzeki dzielącej Singapur i Malezję. Nie dość, że lało jak z cebra, to jeszcze pochrzaniły mi się stacje i wysiedliśmy na Woodlands, czyli jeden przystanek za wcześnie. Przejście graniczne po stronie singapurskiej nazywa się Woodlands Checkpoint, stąd moja pomyłka. No nic, musimy przepłacić za bilet na metro i podjechać tę jedną stację. Wysiadamy na Marsiling i tam z pomocą tubylców znajdujemy autobus jadący rzekomo do dworca w Johor Bahru (Malezja). Docieramy do pierwszego punktu kontroli. Wysiadamy z busa, wchodzimy do budynku, stajemy w kolejce, pobór odcisków palców, zdjęcie, pieczątka w paszport i sio. Wracamy do busa. Przejeżdżamy przez most i dojeżdżamy do kolejnego checkpoint'u, tym razem po stronie malezyjskiej. Tutaj już było trochę trudniej, bo musieliśmy odpowiedzieć na serię pytań typu: co robimy w Malezji, gdzie jedziemy, gdzie się zatrzymamy, kiedy wyjeżdżamy, po co do Tajlandii itp. Ostatecznie dostajemy stempel i voila. Pojawił się tylko problem, bo po wyjściu z budynku nie było naszego busa, którym mieliśmy dojechać do dworca autobusowego w Johor Bahru. Spędziliśmy masę czasu na szukaniu przystanka, pytaliśmy ludzi, nikt nic nie wiedział, a pracownicy obsługi nie mówili po angielsku. Dziwne, bo zarówno na rozkładzie było napisane, że autobus jedzie do dworca w Johor Bahru, i kierowca potwierdził, że tam się zatrzymuje. No i dupa. W końcu zobaczyliśmy nasz autobus, który bez pasażerów, zupełnie pusty przejechał sobie obok przystanka i tyle go widzieliśmy. Ostatecznie musieliśmy czekać z godzinę na inny transport do Larkin Sentral. Docieramy wreszcie na miejsce. Wysiadamy z autobusu, rozglądamy się wokół i słyszymy, jak ktoś drze się "Kuala Lumpur! Kuala Lumpur!!!". Ulga, gdy wreszcie usiedliśmy w wygodnym autobusie, była nie do opisania. Trochę słabo staliśmy z czasem, ale przynajmniej nie musieliśmy już zmieniać środka transportu co chwilę. Głowę dam sobie uciąć, że znacznie szybciej dotarlibyśmy na miejsce łapiąc stopa. No nic. Rozsiedliśmy się w wygodnych fotelach, zamknęliśmy oczy i momentalnie zasnęliśmy. Następny przystanek - Kuala Lumpur! 

Mateusz


1 komentarz: