STRONA GŁÓWNA

piątek, 3 listopada 2017

Khao Yai - wędrówka przez tropikalną dżunglę

Książki p.Wojciecha Cejrowskiego czytałem wielokrotnie. Jego opowieści o lasach Amazonii i ich mieszkańcach pobudzały moją wyobraźnie bardziej, niż jakikolwiek film czy dokument. Od tamtych chwil moim marzeniem było zagłębić się w tropikalną dżunglę, przeżyć niesamowitą przygodę, poczuć zastrzyk adrenaliny... Nadarzyła się ku temu rzadka okazja. Podczas naszego pobytu w Tajlandii postanowiliśmy udać się w podróż do parku narodowego Khao Yai, gdzie wynajęliśmy lokalnego przewodnika. Portfele schudły, ale nie jest to szczególnie bolesne, gdy się spełnia marzenia. Niezwykłe rośliny, potężne drzewa, dzikie słonie, małpy, jadowite węże, ogromne pająki, skorpiony... Czas przeżyć przygodę życia! 


CO ZABRAĆ ZE SOBĄ DO DŻUNGLI?

☑ DEET. Jeśli wybieracie się do Azji w rejony lasów tropikalnych, to nie ma co oszczędzać na środkach odstraszających owady. Nie dość, że to irytujące latające dziadostwo wstrzykuje toksyny, to jeszcze roznosi różne paskudne choroby takie jak malaria czy denga. Niektóre badania wykazują, że DEET, czyli N,N-Dietylo-m-toluamid źle wpływa na nasz układ nerwowy po wchłonięciu w skórę. Niemniej jednak osobiście uważam, że lokalne środki odstraszające owady są mniej wyniszczające dla organizmu, niż niezwykle trudne w leczeniu choroby, które mogą być skutkiem ukąszenia pojedynczego komara. Jeśli wybieracie się do dżungli, zabierzcie ze sobą środki w płynie, zawierające DEET najlepiej w stężeniu 20-30%. Dla komara z lasu tropikalnego europejskie specyfiki to perfumy, więc zalecam wysmarować się lokalnymi produktami od stóp do głów. Nie zapomnijcie tylko zdjąć zegarków i biżuterii, bo DEET uchodzi za środek żrący. 

☑ Grubsze spodnie z długimi nogawkami. W dżungli wiele roślin ma bardzo długie i ostre kolce, które nie dość, że potrafią nieźle zranić, to i nietrudno rozerwać sobie o nie ubranie. Poza tym, pijawki, jadowite mrówki, komary i inne nieprzyjemne w kontakcie stworzenia będą miały utrudniony dostęp do naszej skóry. Niektóre ukąszenia mogą szybko zakończyć naszą przygodę w dżungli, więc warto pomyśleć o tym zawczasu. Spodnie muszą być wygodne - polecam wojskowe bojówki.  

☑ Buty trekkingowe ze skarpetami za kolana to podstawa. Dżungla to błoto i bagna. Wysoki, gruby but chroni nasze stopy przed wszelkimi urazami, od skręcenia kostki po przekłucie. Do tego dobrze mieć specjalne skarpety wiązane sznurkiem pod kolanami. Zapewniam Was, że nie chcielibyście, by ogromne, czerwone mrówki dostały się Wam pod nogawki. Kontakt z pijawkami też nie należy do najprzyjemniejszych.  

☑ Chusta na głowę. Nic bardziej nie wkurza niż brzęk skrzydeł i pchające się do uszu owady. 

☑ Woda i suchy prowiant to chyba oczywistość. Wody lepiej mieć więcej, niż za mało. My nie piliśmy zbyt wiele, bo w tropikalnym lesie w porze deszczowej jest ogromna wilgotność. Im więcej pijemy, tym bardziej się pocimy. Oczywiście trzeba uzupełniać płyny, ale z umiarem. Dobrze jest też rozplanować zapasy, by wystarczyło na cały dzień. Jeśli chodzi o jedzenie, to już kwestia indywidualna.

☑ Latarka. Światło to niezwykle ważna rzecz. Zajmuje niewiele miejsca. Raczej się nie przyda, ale jak już będziemy do tego zmuszeni, to zdecydowanie lepiej ją ze sobą mieć. Latarka w telefonie to bardzo zły pomysł, bo w nowszych smartfonach szybko wyczerpie nam się bateria i już zupełnie stracimy kontakt ze światem. Odradzam czołówki! Pamiętajcie, że do światła w ciemności zlatuje się wszelkie robactwo. 

☑ Powerbank. Mobilne źródło energii to zawsze dobry pomysł. 

☑ Dobry nóż. Jeśli jest z nami przewodnik, to zapewne ma przy sobie ostre narzędzia, ale zawsze dobrze mieć też coś osobistego. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda. Czasem coś trzeba będzie przeciąć, otworzyć, przedziurawić. Za maczetę lepiej się nie brać, jeśli nie potrafimy się nią posługiwać. 

☑ Płaszcz przeciwdeszczowy, szczególnie w porze deszczowej. Nikt nie lubi moknąć, szczególnie, gdy mamy przy sobie np. elektronikę. 

☑ Opatrunki. Niezbędne. W dżungli istnieje spore ryzyko ukąszenia, skaleczenia, zranienia, zadrapania i nabawienia się różnych nieprzyjemnych urazów. Przedzierając się przez gęstwinę lasu, nie raz zahaczymy o roślinę o długich, ostrych kolcach. 

  Lokalnego przewodnika. Tropikalna dżungla niewiele ma wspólnego z naszym polskim lasem. Znalezienie ścieżki wśród ściany kłujących krzaków często nie jest łatwe. Łatwo za to wsadzić twarz w pajęczynę, rozciągniętą między drzewami przez pająka większego niż Wasza dłoń. Nasz przewodnik z zaangażowaniem opowiadał o lesie i jego mieszkańcach. Warto mieć przy sobie kogoś, kto powie, żebyś nie dotykał tej ślicznej gąsienicy, bo będziesz do siebie dochodził tydzień. Będzie wiedział, czy Twoja panika po ukąszeniu przez to coś jest uzasadniona. Ostrzeże Cię przed kolonią ogromnych czerwonych mrówek, znajdującą się na ścieżce, albo zauważy zakamuflowanego grzechotnika, wiszącego w gałęziach na wysokości Twojej twarzy. 



JAK ZORGANIZOWAĆ WYCIECZKĘ Z PRZEWODNIKIEM PO KHAO YAI?

Sporo musieliśmy się nabiegać, żeby znaleźć przewodnika, który wybrałby się z nami do dżungli. Na organizację wyjazdu do Khao Yai poświęciliśmy pierwsze dni pobytu w Bangkoku. Nie jesteśmy zwolennikami wycieczek z biurami podróży, ale w tym przypadku nie mieliśmy wyjścia. Może i udałoby nam się dotrzeć do Khao Yai, ale znalezienie noclegu i poruszanie się po prowincji byłoby problematyczne i kosztowałoby nas sporo czasu, którego i tak nie mieliśmy zbyt wiele. 

Jeździliśmy po biurach podróży w Bangkoku za półdarmo. Warto mieć na uwadze, że kierowcy tuk-tuków dostaną stempel na paliwo, jeśli przywiozą nas do agencji turystycznej, więc z reguły w takich przypadkach chcą bardzo niewiele. Nas zaczepił młody Taj, który zaproponował, że za 40 baht (4 zł) zawiezie nas do hotelu pod wskazany adres. W międzyczasie dowiedział się od nas, że chcemy pojechać do Khao Yai, i błyskawicznie zaproponował, że bez dodatkowych kosztów obwiezie nas po okolicznych świątyniach, a na koniec do miejsca, gdzie będziemy mogli pytać o przewodnika po dżungli. Takim sposobem trafiliśmy do jednej z agencji, gdzie po długich negocjacjach ustaliliśmy kwotę 12 200 baht (1325 zł) za 3 dniowy pobyt w Khao Yai dla 2 osób. W cenę wliczony mieliśmy transport, nocleg w bardzo przyzwoitych warunkach, wyżywienie i co najważniejsze - przewodnika.

Jeśli ktoś planuje indywidualną wyprawę do Khao Yai to oczywiście da się to zrobić. Z Bangkoku do Pak Chong dotrzeć można pociągiem. Cena za bilet dla osoby dorosłej to 186 baht (20 zł) za podróż w 3. klasie, lub 292 baht (32 zł) za podróż w wagonie 2. klasy. Ze stolicy do Pak Chong jedzie się około 3 i pół godziny. Z Bangkoku, a konkretnie ze stacji Mo Chit, kursują także minibusy. Ceny wahają się w granicach 150 baht (16 zł). Z samego Pak Chong do Khao Yai dotrzemy wyłącznie tzw. songthaew, czyli na pace przerobionego pick-upa/ciężarówki. Jest to bardzo popularny środek transportu w Tajlandii, szczególnie w mniejszych miastach lub na prowincji. 

Wstęp do parku narodowego to wydatek rzędu 400 baht (44 zł) dla dorosłych i 200 baht (22 zł) dla dzieci. Po Khao Yai można poruszać się samochodem (koszt wypożyczenia 1800 baht/dzień), skuterem (300 baht/dzień), lub rowerem. Park przecina sieć malowniczych dróg. Ogólnie infrastruktura jest tu dość dobrze rozwinięta - są hotele, parkingi, muzea i inne atrakcje przeznaczone dla tych, którzy nie zamierzają zapuszczać się bezpośrednio w dżunglę. Jeśli jednak zamierzacie poruszać się indywidualnie po parku, choćby asfaltowymi drogami z punktu A do punktu B, to uważajcie bardzo na słonie. Dla wielu turystów spotkanie tych zwierząt w ich naturalnym środowisku jest wielkim marzeniem, lecz taka konfrontacja może mieć przykre skutki. Dzikie słonie bywają bardzo agresywne w stosunku do ludzi. Nierzadko zdarza się, że taranują one poruszające się po jezdni auta, co możecie zobaczyć chociażby na poniższym filmie. 


Jeśli chodzi o ceny przewodników, to są one naprawdę różne. Sam nie wiem, ile my płaciliśmy za strażnika, który oprowadzał nas po parku i zorganizował trekking po dżungli. Na stronie internetowej www.thainationalparks.com znajduje się cennik (link), wedle którego za 2-dniową wycieczkę z przewodnikiem dla 2 osób trzeba zapłacić 11 700 baht (1287 zł) za osobę. Bardziej opłaca się więc zwiedzać w nieco liczniejszym gronie, bo w przypadku 4 osób cena wynosi 4500 baht/os. (495 zł), a już przy 8 i więcej osobach tylko 3300 baht/os. (363 zł). No i wiecie, w przypadku zagrożenia życia lub spotkania niebezpiecznego zwierzęcia macie większe szanse na przetrwanie w większym gronie :)  Oczywiście podany przeze mnie cennik nie jest regułą, czego potwierdzeniem może być fakt, że ja i Martyna wynegocjowaliśmy w biurze turystycznym cenę 6100 baht/os., a oferta obejmowała 3 dni w Khao Yai, przewodnika, transport, wstęp do parku, nocleg i częściowo wyżywienie, więc albo jestem bardzo dobrym negocjatorem, albo koszty są skrajnie różne w zależności od pośrednika. Wniosek nasuwa się sam - trzeba się targować. 



♦ O PARKU KHAO YAI

Park narodowy Khao Yai powstał w 1962 roku i był pierwszym parkiem narodowym w Tajlandii. Obecnie zajmuje on powierzchnię 2 168 km2. Aż 80% obszaru Khao Yai to lasy tropikalne, porastające wzgórza mierzące od 100 do 1300 m n.p.m.. Żyją tu przedstawiciele 320 gatunków ptaków, 66 gatunków ssaków, a ilość gatunków roślin szacuje się na ponad 3000. Jeśli chodzi o zwierzęta, warto wyróżnić m.in. niedźwiedzia himalajskiego, słonia indyjskiego, gaury (woły azjatyckie), sambary (z rodziny jeleniowatych), mundżaki (również jeleniowaty), warany, jeżozwierze, dziki, makaki, gibbony, czy dzikie psy ussuri. Powszechnie uznaje się, że w parku narodowym Khao Yai nie występują tygrysy azjatyckie, niemniej jednak niedawno fotokomórki zauważyły ich obecność na pobliskich terenach, więc niewykluczone, że niektórym osobnikom tutejsze lasy tropikalne przypadną do gustu.



♦ TREKKING W TROPIKALNEJ DŻUNGLI

Las tropikalny to obszar, którego każdy fragment porasta niezwykle gęsta roślinność. Może Wam się to wydać nieprawdopodobne, ale granica dżungli to po prostu ściana flory. Sam w to nie wierzyłem do czasu, aż nie ujrzałem tego na własne oczy. Jechaliśmy na pace naszego pick-upa korytarzem przez dżunglę. W końcu auto zatrzymało się na poboczu w niezbyt orientacyjnym punkcie. Zeskoczyłem z pojazdu i stanąłem przed ścianą lasu. Nie było tu choćby metra wolnej przestrzeni, przez którą dałoby się wejść do środka. 

Przewodnik poprowadził nas kilka metrów wzdłuż drogi i oto jest. Wejście. Wśród gąszczu splątanych pnączy udało się dostrzec bramę dżungli. Cóż, przygodę czas zacząć! Pewnym krokiem wkraczamy do świata dzikich zwierząt i niezwykłej roślinności. Czuję przyspieszone bicie serca i zastrzyk adrenaliny. Wiem, że jestem tu intruzem - wchodzę do nieprzyjaznego mi środowiska, powierzając całkowicie swoje bezpieczeństwo przewodnikowi, który szedł na czele. Jego zadaniem jest szukanie ścieżki wśród gęstwiny lasu i wypatrywanie zwierząt, które mogą być dla nas poważnym zagrożeniem.


W dżungli panuje nieustanny hałas. Cykada, brzęk, buczenie, nawoływanie, wycie, jęki... Wszędzie wokół rozbrzmiewa chaotyczna kakofonia. Co chwila koło uszu przelatuje jakiś ogromny owad, który łopotem swoich skrzydeł produkuje niezwykle nieprzyjemny dla ucha dźwięk. W ciszy podążamy krok w krok za naszym przewodnikiem, który prowadzi nas ścieżką przez las. Nagle wokół rozlega się dziwny dźwięk nawoływania. To gibbony. Ostrzegają siebie nawzajem zauważywszy naszą obecność. Chwilę później rozlega się nieznany mi nigdy wcześniej dźwięk, którego nie jestem w stanie opisać słowami. To dzioborożec, musi być gdzieś wysoko w koronach drzew. Dżungla z każdym krokiem zaskakuje nas kolejnymi dźwiękami i odgłosami. Panuje tu niezwykły huk, lekko niepokojący, ale będący integralną częścią tego świata. Po kilku godzinach można dojść do wniosku, że ten wszechobecny hałas jest tak naprawdę odzwierciedleniem niezwykłej ciszy i spokoju. Przecież nic tu się nie dzieje. Zwierzęta poruszają się niepostrzeżenie, a roślinność trwa w bezruchu.

- Spójrzcie! - Mówi przewodnik wpatrując się w krzaki.
- Co takiego? - Nic nie widać. Co on tam widzi? Coś małego? A może słoń gdzieś daleko?
- No tutaj, patrz!
- Ale gdzie? - Nagle z oczu prosto do mózgu dociera gwałtowny impuls. Dostrzegłem w zieleni wiszącego na gałęzi węża. Znajdował się jakiś metr-półtora od nas. To był jadowity wąż z gatunku azjatyckich grzechotników. Już po powrocie pogrzebałem nieco w sieci i udało mi się zidentyfikować gada. To trimeresurus vogeli - dla wtajemniczonych. Wąż ten występuje na terenie Tajlandii, Kambodży, Wietnamu i Laosu. Jest jadowity, więc lepiej zachować bezpieczny dystans i nie prowokować sytuacji, w której grzechotnik mógłby zanurzyć w nas swoje ociekające toksynami zęby. 


Nie tylko jadowite węże mogą znaleźć się na wysokości naszych głów podczas przedzierania się przez gęstą dżunglę. Zapewne nie raz podczas spaceru po lesie zdarzyło Wam się wejść w pajęczynę. Trzy ruchy dłonią i po sprawie. W tajskiej dżungli nie jest już tak kolorowo, szczególnie, gdy między dwoma odległymi od siebie drzewami rozciągnięta pajęczyna jest dziełem pająka wielkości Waszych dłoni. Nephila pilipes to gatunek, który w polskiej pisowni figuruje jako Prządka olbrzymia. Teraz uważajcie - dorosłe samice z rodzaju Nephila mogą osiągnąć długość 34 cm (!), przy czym samce zaledwie 6 cm. Tak, padło pytanie o to, w jaki sposób odbywa się kopulacja: How does he do it? Does he just comes in there or what?". Odpowiedź była mniej precyzyjna - jakoś sobie radzą :) 
Prządki olbrzymie są jadowite, ale nie stanowią większego zagrożenia dla człowieka. Niemniej jednak chyba nikt nie chciałby wsadzić twarzy w pajęczynę zbudowaną przez Nephilę. Dlatego warto mieć przewodnika, który pójdzie przodem. Niezwykle fascynujący jest fakt, że pajęczyna Prządki Olbrzymiej jest tak mocna, że w niektórych krajach jest ona wykorzystywana do łowienia ryb...


Tutejsze rzeki także tętnią życiem. Wiem, że w Khao Yai można zobaczyć krokodyla, ale niestety nie wiadomo mi nic o ich populacji. Słyszałem jednak, że całkiem niedawno ucierpiała pewna francuska turystka, która chciała sobie zrobić zdjęcie i najwidoczniej podeszła za blisko - to tak ku przestrodze.
My krokodyli nie widzieliśmy, ale za to udało nam się zobaczyć dwukrotnie azjatyckiego warana piaskowego. Te ogromne jaszczurki mierzą 2,5 m długości, a ich masa ciała wynosi zazwyczaj około 30 kg. Przepiękne stworzenia! Parę kroków dalej kolejne zwierze zamieszkujące rzekę. Tym razem był to ogromny azjatycki żółw z gatunku Heosemys grandis.


Po długiej wędrówce przez dżunglę przyszedł czas na postój. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie - o dziwo! - było trochę więcej przestrzeni. Jako, że czytałem książki p. Cejrowskiego o tropikalnych lasach w Ameryce Południowej, wiedziałem, że postój nie oznacza bynajmniej postoju. W dżungli nie jest dobrym pomysłem stać za długo w miejscu, a co dopiero siedzieć! Chwila bez ruchu wystarczy, by na Waszych butach i nogawkach powstał żywy ekosystem. Uwierzcie mi, nie chcecie mieć bliskiego kontaktu z czerwonymi mrówkami...
Oecophylla to gatunek, którego przedstawiciele zamieszkują południowo-wschodnią Azję. Te ogromne mrówy są tak nafaszerowane jadem, że aż świecą na czerwono. Jedną z mrówek w akcie samoobrony zgniótł w palcach nasz przewodnik. Truchło wydzielało niezwykle siarczysty, ostry zapach. Mrówki Oecophylla są prawie wszędzie. Tworzą niekończące się "żywe" autostrady, biegnące po ścieżce, drzewach, gałęziach i liściach. Są niezwykle agresywne. Unikajcie ich, jeśli tylko się da. Postój w dżungli, to zwolnienie tempa lub przechadzanie się w kółko. Nie siadajcie nigdy na żadnym drzewie ani konarze. Nie powinno się także stawać na powalonym drzewie, kiedy chcecie przez nie przejść. Jeśli będzie ono spróchniałe, najpewniej będzie też idealnym miejscem na gniazdo. A wiecie, co się stanie, jak się stanie na spróchniałe drzewo?  


Nagle nasza niewielka grupka skupiła swoją uwagę na jednym z pobliskich drzew. Zaciekawiłem się i ja, więc podszedłem i zobaczyłem... - napięcie narasta... - owłosioną gąsienicę. No, spoko, gąsienica. Pewien Belg zbliżył dłoń z aparatem do zwierzęcia, co poskutkowało gwałtowną interwencją naszego przewodnika.
- Nie tak blisko! - Wszyscy jednakowo wytrzeszczyliśmy oczy. - Jest jadowita, wytwarza silne toksyny. 
Nie trzeba dotykać gąsienicy, aby nabawić się poparzeń. Podobno stworzenie to gubi włoski, które niesione wiatrem mogą dostać się do dróg oddechowych człowieka wywołując poważne schorzenia. Masakra jakaś, takie niepozorne stworzonko... 


Dużo bardziej przyjazne w kontakcie z człowiekiem są patyczaki. Ich wytropienie wśród traw jest prawie niemożliwe, więc znowuż dobrze mieć przy sobie przewodnika, który widzi znacznie więcej niż my. Nie należy się także obawiać motyli. Te azjatyckie są naprawdę piękne i olbrzymie - znacznie większe od naszych europejskich. Przetrzepałem internet w poszukiwaniu gatunków motyli występujących w Khao Yai, które miałem okazję zaobserwować podczas trekkingu przez dżunglę. Zidentyfikowałem takie gatunki jak papilio paris, junionia orithya, danaus genutia i lamproptera curius. Były one niezwykle ubarwione, a według źródeł znalezionych w sieci, rozpiętość skrzydeł niektórych osobników wynosiła nawet do 15 cm! Zastanawiacie się, ile to jest? Spójrzcie na swoją dłoń. 


Dżungla nie przestawała nas zaskakiwać. Co kilka kroków pojawiało się coś fascynującego - ogromny kopiec termitów, niezwykłe, potężne drzewo, śmieszny robak, kolorowa iguana na drzewie (a właściwie to Agama błotna, Chinese water dragon), czy inne niezwykłe stworzenia. Naszą szczególną uwagę zwrócił też dzioborożec - potężny, kolorowy ptak. Udało się go wytropić, ponieważ wydawał z siebie niesamowite odgłosy. Nie byłbym sobą, gdybym nie wygrzebał jakiejś ciekawostki, a mianowicie: Gdy dzioborożce łączą się w pary, samiec "zamurowuje" ciężarną samicę w drzewie, a potem dokarmia ją i młode. Po 8 tygodniach, gdy pisklęta dorosną, matka rozbija glinianą ścianę dziupli i odlatuje z młodymi.
Dzioborożce bardzo trudno wypatrzeć. Zazwyczaj mieszkają w koronach drzew, więc do wytropienia tych pięknych ptaków przyda się porządna luneta.


W Khao Yai bardzo łatwo natknąć się na małpy. Spośród nich wyróżnić można makaki i gibony. Te pierwsze są praktycznie w całym parku Khao Yai, czyli zarówno w dżungli, jak i w tej części ucywilizowanej. Niestety, ingerencja człowieka w przyrodę na tych terenach przyciąga makaki, które dokarmiane przez ludzi podchodzą coraz bliżej zabudowań. Bardzo często zdarza się, że małpy giną pod kołami samochodów, opuszczając bezpieczny las w poszukiwaniu łatwiejszego dostępu do żywności. Dlatego straż parku upomina na każdym kroku, by nie dokarmiać dzikich zwierząt. W Tajlandii można zobaczyć makaki jawajskie i makaki królewskie.
Jeśli chodzi o gibony, to te wyjątkowo nas urzekły. Długo obserwowaliśmy ich akrobacje wysoko nad ziemią. Niezwykle fascynujące były także odgłosy, jakie małpy wydawały komunikując się między sobą. Gibony białorękie zamieszkujące deszczowe lasy tropikalne Tajlandii, są gatunkiem zagrożonym wyginięciem i objętym ścisłą ochroną. Choć zwierzęta te nie mają w zwyczaju schodzić z drzew, ani nie padają raczej ofiarami drapieżników, to degradacja środowiska i wycinka lasów negatywnie wpływa na populację tych małp. 


Za nami kilka godzin spędzonych w dżungli. Maszerujemy tak po porośniętych lasem deszczowym wzgórzach. Choć tutejsza przyroda jest fascynująca, to jednak zmęczenie daje się mocno we znaki. 
Nagle usłyszeliśmy za naszymi plecami coś naprawdę dużego. Odwróciłem się, ale oprócz ściany zieleni nic nie udało mi się zobaczyć. Cisza. Staliśmy jak wryci. Nagle znów, dźwięk powalanych drzew, pękającego drewna i szum liści. Nasz przewodnik kazał nam nie ruszać się z miejsca, po czym oddalił się, zostawiając nas na 5-10 min. Czułem się jak w Parku Jurajskim z filmu Spielberga. Adrenalina, ekscytacja, przyspieszone bicie serca. Staliśmy w miejscu i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Nasz przewodnik w końcu wrócił.
- Tam, słoń. Dorosły samiec. 
Wszyscy wpatrywaliśmy się w gąszcz plątaniny roślin i drzew, ale nic nie widzieliśmy. Udało nam się dostrzec słonia jednie zmysłem słuchu, kiedy ten stawiał powolne kroki i przedzierał się przez tropikalny las. Bardzo chcieliśmy go zobaczyć, ale nasz przewodnik szybko pozbawił nas nadziei:
- To niebezpieczne. Jeśli zbliżymy się zbyt mocno, zaatakuje.
Słoń oddalał się. Może i dobrze, że go nie zobaczyliśmy. W przeciwnym razie oznaczałoby to, że jesteśmy stanowczo za blisko, bo w dżungli widoczność ogranicza się do ściany zieleni znajdującej się na wyciągnięcie dłoni. 
Po powrocie do domu, gdy przeglądałem filmy, okazało się, że na nagraniu z mojej kamery widać pośród liści cień oddalającego się w oddali słonia. Coś niebywałego!

Te ogromne zwierzęta unikają ludzi i ponoć bardzo ciężko jest je spotkać w dżungli. Ochłonęliśmy nieco i ruszyliśmy dalej przed siebie wąską ścieżką przez las. Byłem niesamowicie podekscytowany tym, że udało nam się spotkać dzikiego słonia. Nie ukrywam, że bardzo zależało mi, żeby zobaczyć te zwierzęta na wolności. Może nie udało się ujrzeć ich na własne oczy w dżungli, ale samo spotkanie dzikiego słonia było dla mnie dużo cenniejsze, niż oglądanie tych pięknych stworzeń pracujących, wręcz wykorzystywanych przez branżę turystyczną. Ale o tym opowiem innym razem, bo temat wart jest uwagi.

Wciąż podekscytowany całym zdarzeniem sprzed chwili, spytałem przewodnika:
- Jak taki wielki słoń porusza się dżungli? 
- Normalnie. Przedziera się przez dżunglę i taranuje wszystko, co stanie mu na drodze.
- A drzewa?
- Nie są dla niego przeszkodą. 
- A co zrobić, jeśli spotkam w dżungli słonia?
- Nie panikuj, bo zaatakuje. Zachowaj spokój i się wycofaj.
- A jeśli on jednak postanowi zaatakować?
- Schowaj się za drzewem.
- Mówiłeś, że słoń taranuje drzewa.
- Musisz znaleźć naprawdę grube drzewo...


Ścieżka wyprowadziła nas na polanę porośniętą najwyższą trawą, jaką kiedykolwiek widziałem w swoim życiu. Poruszanie się w tym miejscu było dość kłopotliwe. Trawa ta była bardzo sztywna, a jej źdźbła były niezwykle ostre. Ich końce zdawały się być cieńsze od igły, przez co ukłucia były bardzo bolesne.
Szliśmy sobie tak przez przepiękne krajobrazy, pod błękitnym niebem. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie mogliśmy wreszcie spokojnie usiąść, zjeść i odpocząć. Za nami kilka godzin trekkingu przez dżunglę. Niesamowita wilgotność, przewyższenia i ogólnie błotnisty i porośnięty gęstą roślinnością las dał nam mocno w kość. Byliśmy równie podekscytowani, co wyczerpani. Odpoczywaliśmy w miejscu nieprzypadkowym. Była to...lizawka? Chyba taki jest odpowiednik słowa salt lick. Zorganizowaliśmy postój pod wieżą obserwacyjną Nong Pak Chi. Była to już ta bardziej turystyczna część parku Khao Yai. To miejsce to punkt widokowy na polanę, na której często pojawiają się słonie zwabione przez wspomniane salt licks. Niestety nam nie udało się zobaczyć tych pięknych zwierząt na polanie, ale że jedno z nich spotkaliśmy w dżungli to nie było nam z tego powodu specjalnie przykro. 


Po dłuższym postoju wskakujemy na pakę naszego pick-upa a tam...czekają na nas zimne butelki coca-coli i przepyszny deser w postaci... no właśnie, co to było... Przekąska składała się z ryżu i chyba skarmelizowanego cukru. Było to jedzenie dość tłuste, ale naprawdę pyszne. Całość owinięto w liść bananowca. Rewelacja!


Zatrzymaliśmy się na dużym parkingu, nieopodal którego znajduje się popularny i licznie odwiedzany przez turystów wodospad Haew Suwat. Miejsce to jest bardzo łatwo dostępne. Można tu dotrzeć samochodem, skuterem czy rowerem prawie że pod same kaskady. Miejsce byłoby znacznie bardziej atrakcyjne, gdyby nie działalność człowieka w tym obszarze. Zupełnie nie nasze klimaty. Staraliśmy się robić jak najładniejsze zdjęcia, ale musicie wiedzieć, że poza kadrem znajduje się mnóstwo ludzi i krzyczących dzieci. Obowiązuje zakaz kąpieli. Jeśli zdecydujecie się udać do wodospadu Haew Suwat, to przy okazji warto też wybrać się do pobliskiej kaskady Pha Kluai Mai, gdzie można wypatrzeć krokodyle.


Dużo lepiej od Haew Suwat prezentuje się wodospad Haew Narok. Nie ma tam tylu ludzi, głównie za sprawą tego, że z parkingu trzeba przejść się całkiem męczącym szlakiem o długości około 1 kilometra.
Wodospad Haew Narok ma aż 150 metrów wysokości i w porze deszczowej prezentuje się naprawdę fenomenalnie. Wiadomo, schody, poręcze i wybudowany u podnóża skał taras szpeci krajobraz, no ale cóż. Te najpiękniejsze wodospady w Khao Yai to takie tatrzańskie Morskie Oko - łatwy dostęp w trudny teren. Niemniej jednak Haew Narok zrobił na nas spore wrażenie. Weźcie pod uwagę, że to co widać z poziomu punktu widokowego to tylko fragment wodospadu. Aby ujrzeć go w pełnej krasie, najlepiej spojrzeń na niego z góry. Wtedy prezentuje się równie wspaniale!
Do samego wodospadu idzie się całkiem przyjemnie, ale w drodze powrotnej czeka nas wspinaczka po bardzo stromych schodach. Mijaliśmy zarówno osoby młode jak i starsze, które nie dawały rady wchodzić po stopniach. Wielu turystów przeceniło swoje siły, przez co ich wycieczka zamieniła się w katorgę. Warto mieć to na uwadze i mierzyć siły na zamiary. My, choć jesteśmy miłośnikami trekkingu i wspinaczki, także dostaliśmy mocno po kościach. Za nami długa i intensywna wędrówka przez dżunglę, a teraz jeszcze to. Najgorsza była chyba jednak wilgotność. Oddychało się niemiłosiernie ciężko, a ponadto byliśmy cali mokrzy od wody, która znajdowała się w powietrzu. Czy było warto? Tak, chociażby dla tego zdjęcia:


Pora wracać. To był niesamowity dzień, pełen wspaniałych wrażeń, niebezpiecznych spotkań i fascynacji tutejszą przyrodą. Park narodowy Khao Yai zaskakiwał nas na każdym kroku. Choćby nawet i wtedy, gdy w drodze powrotnej nasz pick-up gwałtownie zahamował z nieznanej mi jeszcze przyczyny. Nasz przewodnik kazał nam wyskoczyć z auta. Zbliżyliśmy się do Taja, który wskazał palcem na asfaltową drogę. A tam - gigantyczny, czarny skorpion!
- To Giant Forest Scorpion, największy skorpion świata. - Powiedział przewodnik, a my wpatrywaliśmy się w niego zachowując bezpieczny dystans. - Spokojnie, są jadowite, ale nie wystarczająco, by zabić człowieka.
Po powrocie przetrzepałem internet w poszukiwaniu informacji o napotkanym stworzeniu. Porównując zdjęcia moje i te znalezione w sieci, ustaliłem, że to Heterometrus swammerdami, zwany także jako Giant Forest Scorpion, czyli olbrzymi leśny skorpion. Zamieszkuje on tropikalne lasy deszczowe. I teraz uwaga - długość przeciętnego, dorosłego osobnika sięga 23 centymetrów! Stworzenia te są naprawdę ogromne, ale faktycznie, ich jad nie jest szczególnie niebezpieczny dla człowieka. Skorpiony te zabijają za pomocą niezwykle silnych szczypiec, a sam ogon zakończony żądłem (chyba tak to się nazywa) służy raczej jako straszak. Muszę przyznać, że bardzo dobrze pełni swoją funkcję...


I to by było na tyle. Jeszcze tylko przejazd przez blokadę drogową zorganizowaną przez tajską armię (nie mam pojęcia o co mogło chodzić) i wracamy do pensjonatu. Co to był za dzień! Tutejsza przyroda zachwyca mnie do tego stopnia, że nie mogę do dziś wyjść z zachwytu. To było coś niesamowitego. Wspomnienia z tajskiej dżungli zostaną z nami na całe życie. Naprawdę rozpiera mnie duma, że w tak młodym wieku udało mi się doświadczyć czegoś tak niezwykłego. Wszystko było tak, jak to sobie wyobrażałem, a nawet lepiej!
Jeżeli wybierzecie się do Khao Yai, koniecznie wynajmijcie przewodnika. Indywidualne zwiedzanie z perspektywy samochodu czy skutera to niewątpliwie ciekawa alternatywa, ale dla osób lubiących adrenalinę polecam trekking po tutejszych tropikalnych lasach deszczowych. Wraz z przejściem przez wąskie wejście w ścianie gęstej roślinności, wkroczycie w zupełnie inny świat, świat nieprzyjazny człowiekowi, pełen niebezpieczeństw, ale też świat pięknych roślin, niesamowitych drzew i wspaniałych zwierząt. Tutaj człowiek czuje się bezbronny i podporządkowany prawom natury. Pobyt w dżungli uczy pokory i szacunku wobec przyrody. Uświadamia, że człowiek jest silny tylko wtedy, gdy dzierży w dłoniach odpowiednie narzędzia. Bez nich jest bezbronny. Tutaj to natura dyktuje warunki i należy jej się bezwzględnie podporządkować.

Mateusz



2 komentarze: