STRONA GŁÓWNA

niedziela, 12 listopada 2017

Ayutthaya - ruiny dawnej stolicy Syjamu

Ayutthaya. Miasto wzniesione w 1351 roku, będące przez ponad cztery wieki stolicą królestwa Syjamu. Na przełomie XVI i XVII wieku mieszkało tu milion osób, czyli tyle, ile w tamtych czasach liczyła populacja Paryża i Londynu razem wziętych. Kiedyś jedno z najbardziej zaludnionych miast świata, dziś jeden z najpopularniejszych punktów na turystycznej mapie Tajlandii. I my nie mogliśmy się oprzeć ciekawości. Spakowaliśmy więc plecaki i udaliśmy się 80 km na północ od Bangkoku, aby na własne oczy zobaczyć ruiny dawnej stolicy królestwa Syjamu.


♦ JAK DOJECHAĆ Z BANGKOKU DO AYUTTHAYI

Pociągiem - Pociągi odjeżdżają do Ayutthayi z głównej stacji Bangkok Hua Lamphong. Podróż najtańszym pociągiem trwa około 2 godzin. Odległość do punktu docelowego to zaledwie 80 km, ale w Bangkoku co parę kilometrów znajduje się jakaś stacja, przez co lokomotywa strasznie się wlecze. Bilet na przejazd trzecią (najniższą) klasą kosztuje zaledwie 15 baht, czyli ok. 1,65 zł. Jest też nieco wygodniejsza opcja, czyli tzw. pociąg express, w którym podróż trwa nieco ponad godzinę. Koszt biletu do Ayutthayi z Bangkoku to 245 baht, czyli ok. 27 zł.

Minivanem - My do Ayutthayi dostaliśmy się minivanem i ostatecznie mogę stwierdzić, że nie był to dobry wybór. Za bilety w jedną stronę zapłaciliśmy 60 baht (6,50 zł) za osobę. Busy odjeżdżają do Ayutthayi ze stacji Mo Chit w północnej części Bangkoku. Minivany są stosunkowo czyste, sprawne i klimatyzowane. Największym minusem tej opcji dotarcia do Ayutthayi jest to, że trzeba się trochę nabiegać, by dotrzeć do dworca autobusowego Mo Chit. Najpierw musimy dostać się do Victory Monument i tam się przesiąść w busa. Cena biletu za przejazd na trasie Victory Monument - Mo Chit to zaledwie 4 baht, czyli jakieś 0,44 zł. Po dotarciu na dworzec trzeba przejść przez budynek w kierunku parkingu minivanów. Szukać długo nie trzeba, bo zapewne znajdzie się ktoś, kto będzie wrzeszczał wniebogłosy "Ayutthaya, Ayutthaya!!!".


♦ DROGA DO AYUTTHAYI 

Opuszczamy nasz guesthouse w okolicach Khao San i udajemy się w kierunku Victory Monument, bo rzekomo stamtąd odjeżdżają busy do Ayutthayi (wcale nie...). Do pokonania mamy dystans 7 kilometrów, no ale przecież nie będziemy zasuwać z buta taki kawał, na pewno złapiemy po drodze jakiegoś tuk-tuka. No nie bardzo... W końcu zatrzymuje się pierwszy kierowca.
- Tuk-tuk? Dokąd idziecie?
- Victory Monument.
Taj posmutniał, pokręcił głową i odjechał. No nic, szukamy dalej. Jest.
- Tuk-tuk? Dokąd idziecie?
- Victory Monument.
Taj posmutniał, pokręcił głową i odjechał. No nic, szukamy dalej. Idziemy i idziemy, tuk-tuków coraz mniej. Wciąż mamy dobre nastroje, bo oglądaliśmy z ciekawością jak wygląda Bangkok z tej nieturystycznej strony. O, na przykład taki prawdziwy, tajski targ uliczny. Przyprawy, jedzenie, ubrania i inne mniej lub bardziej przydatne rzeczy. Tutaj nie było koszulek z nadrukiem I love Thailand ani innego turystycznego kiczu.
W końcu tuk-tuki całkowicie zniknęły z ulic, a my zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad sensem tego, co robimy. Problem jest taki, że nasz błąd zrozumieliśmy będąc już w połowie drogi do Victory Monument. Ok, nie ma co. Idziemy dalej i łapiemy jakieś taxi. Oczywiście wszystkie zajęte. 7 kilometrów to nie jest dla nas szczególnie długi dystans, ale nie ma co ukrywać, że zależało nam na czasie, bo w Ayutthayi chcieliśmy spędzić jeden dzień i wieczorem wrócić do Bangkoku. Koniec końców, w niemiłosiernym upale i jeszcze gorszej wilgotności dotarliśmy do Victory Monument pieszo. Masakra.

Wokół Pomniku Zwycięstwa panował niezwykły chaos. Mnóstwo ludzi, tu nad głowami jeździ nam metro, masa samochodów i autobusów. Podeszliśmy do jednego z policjantów i spytaliśmy, skąd odjeżdżają busy do Ayutthayi. Uprzejmy Taj - z wykorzystaniem kilku słów po angielsku i całej masy pozostałych w swoich ojczystym języku - wytłumaczył nam, że musimy wsiąść w autobus do Mo Chit i tam na dworcu autobusowym są minivany, które jadą do Ayutthayi. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że informacje znalezione w sieci nijak nie pokrywały się z rzeczywistością. Widocznie zmiany wprowadzono całkiem niedawno.



Czekaliśmy na naszego busa tak długo, że zaczynaliśmy wątpić w powodzenie całego przedsięwzięcia, jakim miała być podróż do Ayutthayi. Ostatecznie na przystanek wjechał stary rozklekotany autobus do Mo Chit. Zajęliśmy miejsca i po chwili podeszła do nas pani, żeby pobrać od nas opłatę za przejazd. Zapłaciliśmy po 4 baht, czyli 44 grosze. Dotarliśmy na miejsce, przecisnęliśmy się przez stragany w budynku dworca autobusowego, usłyszeliśmy Taja krzyczącego "Ayutthaya!" i po chwili już siedzieliśmy w busie. Ta ulga w nogach jest nie do opisania, coś pięknego. Jedziemy!


♦ MONEY, MONEY, MONEY...

Wysiedliśmy z busa i dosłownie zostaliśmy zaatakowani przez Tajów oferujących swoje usługi. Organizacja wycieczki, rejs po rzece, przejażdżka na słoniu i oczywiście tuk-tuki. Miejscowi naganiacze byli tak zdeterminowani, że ciągnęli nas za ręce, by tylko zwrócić na siebie uwagę. Faktem jest, że od razu po dotarciu na miejsce zabraliśmy się za szukanie kierowcy, który obwiezie nas po najciekawszych miejscach, ale że czytaliśmy już co nieco w internecie na ten temat, to znaliśmy tutejsze stawki. Ludzie, którzy czekali aż z busa wysiądą turyści, chcieli 27 zł za godzinę (250 baht) za osobę(!). Wiedzieliśmy, że spokojnie uda nam się znaleźć tańszych kierowców, tym bardziej, że w lipcu sezon turystyczny w Tajlandii kuleje. Oddaliliśmy się od centralnego punktu miasta i właśnie tam zaczepił nas pewien Taj w kolorowym tuk-tuku. Na początku standardowo padła bardzo wysoka kwota. Szybko sprowadziłem faceta na ziemię mówiąc, że znam tutejsze ceny, bo mam w Tajlandii przyjaciół. Ostatecznie dogadaliśmy się na 120 baht (13 zł) za godzinę za dwie osoby. Pewnie dałoby się jeszcze zejść, no ale już tam bez przesady. Dla nas to i tak niewiele, a jednak Tajowie nie są zbyt zamożnym narodem, więc z moralnego punktu widzenia nie wypada się kłócić o kilka złotych.

Ale kiedy ktoś próbuje mnie wydymać, to robię się zły. Nasz kierowca zawiózł nas tuk-tukiem do jednej świątyni, potem do drugiej, trzeciej aż w końcu zauważyliśmy, że zaczynamy jeździć w koło. Po chwili wyjechaliśmy w ogóle za miasto na jakąś ruchliwą szosę. Spojrzałem na zegarek. Jeździliśmy z naszym Tajem już ponad dwie godziny (wliczając w to czas na zwiedzanie świątyń, a wcale nam się nie spieszyło). Nasz tuk-tuk wjechał w jakieś osiedle, gdzie najpierw nasz kierowca gadał z kimś jakiś czas, a potem dosiadła się do nas para tubylców w podeszłym wieku. Postanowiliśmy, że zapłacimy mu jedną trzecią należności i pożegnamy się z oszustem. Ale to potem. Nie zamierzałem się z nim kłócić na tym zadupiu, żeby się nie okazało, że nas tu wysadzi i pojedzie. Wróciliśmy do miasta. Para Tajów wysiadła z tuk-tuka, potem zatoczyliśmy jeszcze parę kółek wokół świątyń i w końcu dotarliśmy do kolejnego punktu wycieczki. Skoczyła mi adrenalina, wysiadłem z tuk-tuka, podszedłem do Taja, powiedziałem, że jest oszustem i żeby spadał. Wcisnąłem mu 100 baht do ręki i w ten sposób się rozstaliśmy. Kierowca chyba wiedział, że przegiął, albo po prostu nie przeliczył pieniędzy. Słowem się nie odezwał i odjechał.

Najpierw byliśmy wściekli jak nie wiem co. Straciliśmy sporo czasu, a na dodatek byliśmy nastawieni na ostrą dyskusję z kierowcą. Ostatecznie emocje opadły i humor poprawił nam fakt, że objechaliśmy najważniejsze świątynie Ayutthayi za 100 baht, a nie za 300 - bo tyle powinniśmy teoretycznie zapłacić za niespełna 3 godziny usługi. Ale, że facet chciał być sprytny to trudno. Gdyby był wobec nas uczciwy, zarobiły więcej.

Tymczasem przechodzimy już do tej najważniejszej części posta, czyli zwiedzania świątyń Ayutthayi.




♦ HISTORIA AYUTTHAYI W PIGUŁCE

Ayutthaya, a właściwie Phra Nakhon Si Ayutthaya była stolicą królestwa Syjamu w latach 1350-1767. Założycielem miasta był król Ramathibodi I, który uciekał z opanowanego przez epidemię ospy miasta Lop Buri. W 1350 roku władca ogłosił Ayutthayę nową stolicą swego królestwa, zwanego królestwem Ayutthayi lub Syjamem. Miasto wzniesiono w otoczeniu trzech rzek, które utworzyły coś w rodzaju wyspy. Ponadto ziemie te były poprzecinane siecią kanałów, przez co wielu tutejszych mieszkańców żyło na łodziach i tam też prowadziło swoje interesy. W Ayutthayi kwitł handel, co również przyczyniło się do nawiązania kontaktów m.in. z Chińczykami, Wietnamczykami, Hindusami, Persami, a także z Europejczykami - Portugalczykami, Holendrami, Anglikami, Duńczykami czy Francuzami. Głównymi produktami wymiany handlowej były skóry, przyprawy, drewno i ryż.

Szacuje się, że na przełomie XVI i XVII wieku miasto to zamieszkiwało 300 000 ludzi, a sto lat później liczba ta wzrosła do miliona, co czyniło ten ośrodek miejski jednym z największych na świecie pod względem liczby ludności. Dla porównania, w tamtym okresie liczba mieszkańców Ayutthayi równa była populacji ówczesnego Paryża i Londynu razem wziętych.

Królestwo Ayutthayi upadło w 1767 roku wskutek najazdu wojsk birmańskich, które splądrowały miasto i zniszczyły je doszczętnie. Do dziś zachowały się jedynie ruiny dawnej stolicy Syjamu, które można podziwiać w zachodniej części miasta, w tzw. parku historycznym.



♦ AYUTTHAYA - ZWIEDZANIE RUIN STOLICY SYJAMU

  • Wat Ratchaburana
Pierwszą odwiedzoną przez nas świątynią była Wat Ratchaburana. Budowlę wzniesiono za panowania króla Borommarachathirata II w 1424 roku. Po śmierci króla Intharaha'y I, jego dwaj synowie podjęli bratobójczą walkę o tron. Obaj zginęli. Ostatecznie trzeci z synów króla przejął koronę i kazał wybudować świątynię w miejscu, gdzie skremowano ciała jego starszych braci. W miejscach ich śmierci stanęły dwie duże chedi

Świątynię wzniesiono w stylu typowym dla architektury kultury ludu Khmerów. W centrum kompleksu znajduje się prang, czyli coś w rodzaju bogato zdobionej wieży, charakterystycznej dla buddyjskich świątyń tamtego okresu. Wewnątrz znajduje się bardzo strome zejście do ciasnych krypt, gdzie można zobaczyć całkiem nieźle zachowane freski z okresu wczesnego królestwa. Warto mieć jednak na uwadze, że do malowideł prowadzi klaustrofobiczne, strome zejście, a same malowidła mogą oglądać jednocześnie maksymalnie dwie osoby. Gdy na zewnątrz panuje skwar, w przejściu jest niezwykle duszno. Same malowidła znacznie bardziej zachwycają swoją wartością historyczną, niż urokiem samym w sobie.

Wstęp: 50 baht (5,50 zł)


  • Wat Mahathat
Oto jedna z najstarszych i najważniejszych świątyń w całej Ayutthayi. Budowę Wat Mahathat rozpoczęto w 1374 roku z inicjatywy króla Borommaracha'y I i ukończona za czasów jego następcy, Ramesuana. Jest to wysoka rangą świątynia z uwagi na fakt, że znajdowała się w pobliżu Wielkiego Pałacu i stanowiła królewski klasztor i siedzibę Najwyższego Patriarchy. Odbywały się tu najważniejsze ceremonie i uroczystości. 

Cały kompleks świątynny zajmuje bardzo duży obszar. Nie ma co ukrywać, dla przeciętnego turysty wszystkie ruiny wyglądają tak samo i trudno odróżnić od siebie poszczególne budowle stanowiące miejsca kultu, sale zgromadzeń, chedi, wiharny, prangi itd. Niezwykle interesujące są niezliczone ilości lepiej lub gorzej zachowanych posągów buddy (tak, buddy małą literą), niemniej jednak gdzieś w okolicy setnej figurki przestaje to robić wrażenie :) Nie można tego jednak powiedzieć o miejscu, które dla wielu jest głównym celem wycieczki do Wat Mahatat. 

Mowa oczywiście o głowie buddy, oplątanej korzeniami figowca pagodowego. Tak naprawdę nikt nie wie, jakim cudem wizerunek oświeconego znalazł się w drzewie Bodhi. Najbardziej prawdopodobna z tez głosi, że po splądrowaniu miasta przez wojska birmańskie, głowa buddy dostała się pod ziemię, a korzenie rosnącego w tym miejscu figowca wyniosły ją ponownie na powierzchnię, ciasno oplatając element posągu. Jak nietrudno się domyślić, wyznawcy buddyzmu uważają, że nie było w tym zjawisku przypadku. Dlatego zarówno turyści zagraniczni jak i sami Tajowie licznie przybywają do Wat Mahathat, aby zobaczyć to wyjątkowe miejsce. 

Wstęp: 50 baht (5,50 zł)


  • Wat Chaiwatthanaram
Jedna z największych (o ile nie największa) świątyń i główna atrakcja turystyczna Ayutthayi. Budowlę wzniesiono w 1630 roku za króla Prasat Thonga. Nad całym kompleksem wznosi się 35-metrowy prang, otoczony przez nieco mniejsze chedi. Wszystkie budowle wzniesiono w stylu charakterystycznym dla kultury Khmerów. Całość otoczona jest ośmioma kaplicami, w których znajdują się niezliczone posągi buddy. Nazwę świątyni Wat Chaiwatthanaram można przetłumaczyć mniej-więcej jako Świątynia długich rządów i chwalebnej epoki. Znajduje się ona w zachodniej części Ayutthayi, nad rzeką Menam. 

Wstęp: 50 baht (5,50 zł)


  • Wat Phra Si Sanphet
Wat Phra Si Sanphet bardzo łatwo rozpoznać za sprawą trzech potężnych chedi. W 1350 roku wzniesiono tutaj królewski pałac. Niespełna wiek później, w 1448 roku, władca Borommatrailokanat wybudował nową rezydencję nieco bardziej na północ, a w miejscu starej wzniósł świątynię. Następcy króla stopniowo rozbudowywali cały kompleks. Powstały m.in. dwie chedi, w których złożono prochy władców - Borommatrailokanata i Borommaracha III. Trzecia i ostatnia chedi została wybudowana w 1592 roku za panowania króla Borommaracha IV.

W 1499 roku wzniesiono wiharn, czyli salę modlitewną (Vihara Luang). Ówczesny król Ramatibodi II nakazał zbudowanie w tym miejscu 16-metrowego posągu Buddy (tak, Buddy wielką literą) na 8-metrowym cokole. Wykonany z brązu rdzeń posągu ważył 64 tony. Zewnętrzną warstwę pokryto 343 kilogramami złota. Niestety posąg został całkowicie zniszczony przez Birmańczyków, niemniej jednak dziś w pobliskim wihranie (Viharn Phra Mongkol Bopit) można oglądać podobnych rozmiarów Buddę, którego także wykonano z brązu i pokryto złotem.

Wat Phra Si Sanphet bez wyjątku została prawie że zrównana z ziemią podczas najazdu wojsk birmańskich w 1767 roku. Skradziono wszystko, co cenne, a złoto przetopiono, włącznie z ogromnym posągiem Buddy. W późniejszych latach udało się odrestaurować jedynie trzy główne chedi, dzięki czemu możemy je dziś podziwiać na terenie dawnej świątyni.

Wstęp: 50 baht (5,50 zł)


  • Wat Phra Ram
Oto kolejna ze świątyń. Pewnie jesteście już trochę znudzeni, bo wszystko zdaje się wyglądać tak samo, a niezwykle długie imiona królów Syjamu niewiele Wam mówią. Bez obaw, my też już byliśmy wyczerpani lipcowym skwarem, dlatego w tym momencie odpuściliśmy sobie zwiedzanie świątyń, a oglądaliśmy je jedynie z daleka. Tak jak np. w tym przypadku - świątynia Wat Phra Ram. Najprawdopodobniej początki tej budowli sięgają 1369 roku. Budowla niespecjalnie się wyróżnia spośród pozostałych. Dominującym elementem kompleksu jest wysoki prang wzniesiony w stylu charakterystycznym dla architektury Khmerów.  

Wstęp: 50 baht (5,50 zł)


  • Elephant Palace Ayutthaya
Niewątpliwie spacerując w okolicach Wat Phra Si Sanphet czy Wat Phra Ram natkniecie się na ulicach Ayutthayi na słonie. Jeśli nie, możecie udać się do Elephant Palace Ayutthaya. Nalegałbym jednak, aby nie korzystać z usług świadczonych przez ten ośrodek. Niestety wielu turystów widząc słonie popada w dziką euforię, robią sobie zdjęcia z pełnymi radości uśmiechami na twarzach. Ja widzę co innego - łańcuchy i ostre narzędzia, z pomocą których Tajowie ujarzmiają te piękne i jakże potężne stworzenia. Temat słoni poruszam i poruszać będę, bo po prostu szkoda mi tych zwierząt, które są trzymane w niewoli, bite, ranione, maltretowane i uczone posłuszeństwa za pomocą systemu kar. Niestety bezmyślni turyści napędzają cały biznes, który kręci się w najlepsze. To, że słoń jest duży, wcale nie oznacza, że może nosić na grzbiecie takie ciężary. Nie przyczyniajcie się do tego, nie jeździjcie na słoniach i nie płaćcie za głaskanie naćpanych tygrysów.



♦ NA KONIEC

Nie sposób zwiedzić wszystkich świątyń. W zależności od źródła, zazwyczaj wyróżnia się 9 najważniejszych budowli, a właściwie to ich ruin. Szacuje się, że na terenie Ayutthayi znajduje się od 70 do nawet 300 mniej lub bardziej okazałych świątyń (!). Zobaczenie ich wszystkich w jeden dzień jest praktycznie niemożliwe. No i też nie ma co ukrywać, oglądanie ruin z czasem staje się nużące, szczególnie, gdy na zewnątrz panuje ponad 30-stopniowy upał. Wartość historyczna tego miejsca naprawdę sprawia duże wrażenie, ale po kilku godzinach człowiek sobie myśli, że wszystko wygląda tak samo.

My oprócz wyżej wymienionych świątyń widzieliśmy także inne, z bliższej lub dalszej odległości. Niestety przez ogólne zmęczenie, lenistwo i fakt, że rozstaliśmy się z naszym kierowcą tuk-tuka, pominęliśmy wiele świątyń, ale przyznam szczerze, że niespecjalnie było nam smutno z tego powodu. Mieliśmy w nogach tego dnia naprawdę dużo kilometrów i w tym momencie postanowiliśmy wracać do Bangkoku.

Trudno było złapać wolnego kierowcę, ale ostatecznie udało się i za 70 baht pan zawiózł nas na dworzec kolejowy. Tam okazało się, że musimy bardzo długo czekać na najbliższy pociąg, więc postanowiliśmy przekroczyć rzekę i udać się w poszukiwaniu przystanku, z którego odjeżdżają busy. Nie było to łatwe zadanie, ale z pomocą tubylców dotarliśmy na miejsce i minivanem wróciliśmy do Bangkoku.

Czy warto zobaczyć Ayutthayę? Myślę, że jak najbardziej. Przecież nikt nie powiedział, że trzeba zobaczyć pięć, dziesięć, czy dwadzieścia świątyń. Cały park historyczny należy potraktować jako całość i zorganizować sobie zwiedzanie tak, żeby być zadowolonym. Nie chcę wyjść na ignoranta i naprawdę historia tego miejsca wydaje mi się w jakimś stopniu interesująca, jednak no niestety po dawnej stolicy Syjamu zostało niewiele, a wszystkie pozostałości wyglądają prawie tak samo. Nie wiem, czy przy kolejnej wizycie nie poświęciłbym więcej czasu na jakieś muzeum na przykład, żeby zobaczyć, jak Ayutthaya wyglądała przez zniszczeniem przez Birmańczyków. Budowle są imponujące, ale z czasem można odczuć monotonię. Myślę, że nas na dodatek w dużej mierze rozleniwiły upał i wilgotność powietrza.
Tak czy inaczej myślę, że fajnie wyskoczyć tu na jeden dzień, pospacerować, pojeździć tuk-tukiem, pooglądać, pozwiedzać bez ciśnienia na "zaliczanie" świątyń, po prostu miło spędzić czas z dala od dużych miast.

Mateusz




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz