STRONA GŁÓWNA

wtorek, 24 października 2017

Pak Chong - podróż i niezapomniany dzień na tajskiej prowincji

Opuszczamy Bangkok i udajemy się 200 km na północny-wschód do Pak Chong. To tam znajduje się Park Narodowy Khao Yai, w którym zamierzamy zapuścić się w tropikalną dżunglę. Zanim jednak ruszymy przed siebie w gęstwiny tropikalnego lasu, czeka nas brawurowy wyścig ulicami Bangkoku, podróż pociągiem trzeciej (najniższej) klasy i zakwaterowanie na tajskiej prowincji. Udajemy się w rejony, gdzie trudno spotkać zagranicznych turystów. Nic w tym dziwnego. Nie dość, że sezon turystyczny w lipcu praktycznie nie istnieje, to o samym Pak Chong i Khao Yai przewodniki piszą niewiele albo wcale. 



♦ JAK ZORGANIZOWAĆ WYCIECZKĘ Z PRZEWODNIKIEM PO KHAO YAI?

Sporo musieliśmy się nabiegać, żeby znaleźć przewodnika, który wybrałby się z nami do dżungli. Na organizację wyjazdu do Khao Yai poświęciliśmy pierwsze dni pobytu w Bangkoku. Nie jesteśmy zwolennikami wycieczek z biurami podróży, ale w tym przypadku nie mieliśmy wyjścia. Może i dałoby nam się dotrzeć do Khao Yai, ale znalezienie noclegu i poruszanie się po prowincji byłoby problematyczne i kosztowałoby nas sporo czasu, którego i tak nie mieliśmy zbyt wiele. 

Jeździliśmy po biurach podróży w Bangkoku za półdarmo. Warto mieć na uwadze, że kierowcy tuk-tuków dostaną stempel na paliwo, jeśli przywiozą nas do agencji turystycznej, więc z reguły w takich przypadkach chcą bardzo niewiele. Nas zaczepił młody Taj, który zaproponował, że za 40 baht (4 zł) zawiezie nas do hotelu pod wskazany adres. W międzyczasie dowiedział się od nas, że chcemy pojechać do Khao Yai, i błyskawicznie zaproponował, że bez dodatkowych kosztów obwiezie nas po okolicznych świątyniach, a na koniec do miejsca, gdzie będziemy mogli pytać o przewodnika po dżungli. Takim sposobem trafiliśmy do jednej z agencji, gdzie po długich negocjacjach ustaliliśmy kwotę 12 200 baht (1325 zł) za 3 dniowy pobyt w Khao Yai dla 2 osób. W cenę wliczony mieliśmy transport, nocleg w bardzo przyzwoitych warunkach, wyżywienie i co najważniejsze - przewodnika.


♦ SZYBCY I WŚCIEKLI: BANGKOK DRIFT

Ten dzień nie mógł gorzej się zacząć. Godzina 9 rano. Czekamy w hostelu na naszego kierowcę, który ma nas zawieźć na dworzec kolejowy w Bangkoku. Godzina 9:15. Podjeżdża kierowca tuk-tuka. Wzywa nas do siebie machając energicznie. 
- Wsiadajcie! 
- To ty masz nas odebrać i zawieźć na pociąg?
- Tak tak, wskakuj!
Jedziemy z bardzo rozrywkowym Tajem, rozmawiając o Khao Yai. Lawirując między stojącymi w korku samochodami docieramy w końcu na dworzec. Ku memu wielkiemu zdziwieniu, nasz kierowca domaga się od nas zapłaty. Człowieku! Ja mam opłacone wszystko, nie naciągniesz nas. Robiło się nerwowo...

Gdy pokazałem kierowcy nasze dokumenty z agencji turystycznej, ten zrobił wielkie oczy i zupełnie nie wiedział, o co nam chodzi. Pytamy w informacji na dworcu - może nam wydrukują bilety na nazwisko? Niestety. Próbuję dodzwonić się do naszego biura podróży. Bez skutku. Nasz pociąg właśnie odjechał. Wpadliśmy do punktu sprzedaży biletów i poprosiliśmy o pomoc pewną panią, która skontaktowała się z naszą agencją. Okazało się, że pojechaliśmy nie z tym kierowcą, co trzeba. Ten właściwy spóźniał się już 20 minut, a ten, który nie miał z naszą wycieczką nic wspólnego, ściemniał nam od samego początku, albo po prostu nie ogarniał angielskiego i przytakiwał na wszystko co mówię. Ehh, Tajlandia... Przemiła pani Tajka powiedziała nam, że mamy się nie ruszać, że ktoś już po nas jedzie. I rzeczywiście, zjawił się pan Taj, który zupełnie nie znał angielskiego. Podał mi tylko telefon i z rozmowy z panem z agencji dowiedziałem się, że pojedziemy na kolejną stację kolejową i wskoczymy tam w nasz pociąg. Że co proszę? To było szaleństwo. Pędziliśmy taksówką przez najbardziej zakorkowane miasto świata, grubo przekraczając limit prędkości a przy tym granicę bezpieczeństwa. Oglądaliście kiedyś film akcji, w którym to samochód ściga się z pociągiem? Mogliśmy poczuć się jak aktorzy-kaskaderzy, bo właśnie siedzieliśmy w tym aucie. Nasz pociąg jechał z nami łeb w łeb, tuż obok. Udało się go wyprzedzić, ale... co to? Korek przed autostradą! No i co teraz? Nasz kierowca był tak zdeterminowany, że odbił w lewo i jechał poboczem wymijając stojące w korku pojazdy. RIP amortyzatory [*].

Pędziliśmy naszą szaloną taksówką około 40 minut. Ostatecznie udało się wyprzedzić nasz pociąg i dotrzeć na stację. Wyskoczyliśmy z auta i pobiegliśmy na peron. Dosłownie kilka sekund później podjechał nasz pociąg.


♦ PODRÓŻ DO PAK CHONG

Nadjeżdża nasz pociąg. Podchodzi do nas strażnik odziany w elegancki mundur i każe nam pokazać bilety. Nie zna angielskiego, ale jasno przekazuje nam, że mamy wsiąść do pociągu, który właśnie wjeżdża na stację. Stara lokomotywa zatrzymuje się, a my idziemy wzdłuż składów w poszukiwaniu naszego wagonu. Jest. Przeciskamy się przez tłum podróżujących Tajów w poszukiwaniu naszych miejsc. Widząc białoskórą parę, jeden ze strażników podchodzi do nas i ponownie każe nam pokazać bilety, po czym prowadzi nas do siedzeń, których numery widnieją na naszej rezerwacji. Na naszych miejscach siedziały dwie starsze kobiety. Strażnik rzucił ostrą komendę i od razu Tajki posłusznie wstały z siedzeń. Było nam strasznie głupio. Powiedziałem, że to nie problem, niech siedzą. Strażnik po raz kolejny powiedział coś stanowczo po tajsku. To było fatalne uczucie. Ok, z jednej strony zapłaciliśmy za miejsca siedzące w pociągu 3. klasy, ale czułem się, jakbym był lepiej traktowany tylko i wyłącznie ze względu na mój kolor skóry. Wiecie, przyjechali turyści z bogatszej części świata i trzeba ich ugościć. Ostatecznie gestem ręki pokazałem, żeby Tajki pozostały na naszych miejscach i podsunęły się tylko trochę, żeby Martyna mogła usiąść. Ja zaś siadłem sobie tuż obok na schodkach. Dobra Karma kiedyś wróci :) 

Lubię tanie podróżowanie. Niesie ono ze sobą klimat, jakiego nie poznają nigdy ci, którzy cenią sobie komfort. W Tajlandii są dużo lepsze pociągi, którymi przemieszczają się głównie biznesmeni i turyści z tych bogatszych części świata. Niestety, choć Tajlandia prężnie się rozwija, to wciąż kraj ten walczy z dużym ubóstwem. Szczerze mówiąc, podróż z tubylcami, przy otwartych na oścież oknach, w starym, obdrapanym wagonie, jest dla mnie więcej warta, niż klimatyzowany przedział z wygodnymi fotelami. Przygoda jest zawsze cenniejsza, niż pieniądze wydane na komfort. Może jak będę bogatym emerytem to nie będę sobie żałował za wygody, ale póki jestem studentem, cieszy mnie każda przygoda, którą wspominam po powrocie do domu z uśmiechem na twarzy.

Tak, podróż 3. klasą tajskich kolei to przygoda. Pociąg nie należał do najnowszych. Nie było klimatyzacji, a że na zewnątrz panował skwar, to otwarto wszystkie okna w wagonie na oścież. Pamiętajcie więc, by mieć coś do założenia na głowę, bo może Was porządnie przewiać. Niektórzy jadą na siedząco, inni stoją. Odważniejsi Tajowie podróżują na łączeniach między wagonami (!) - myślałem, że takie rzeczy zobaczę tylko w filmach... Z ciekawszych obrazków zapamiętałem także pewnego starszego Taja, trzymającego pod pachą koguta. Oto uroki 3. klasy! Pociąg w Tajlandii to środek transportu, ale także miejsce handlu, głównie żywnością. Sprzedawane są gotowe dania i zupy na ciepło, oraz różne przysmaki, od mięsa po owoce. Można też kupić butelkowaną, schłodzoną wodę.

Całą trwającą około 3 godzin podróż spędziłem wpatrzony w widoki za oknem. W oczy rzucał mi się ogromny kontrast między rozwiniętą aglomeracją, jaką jest Bangkok, a tajską prowincją, gdzie ludzie żyją bardzo skromnie. Po jakimś czasie krajobraz diametralnie się zmienił, a nasz pociąg "mknął" przez dżunglę. Zewsząd otaczały nas porośnięte gęstą roślinnością góry. Tajska kolej nie uchodzi za punktualną, więc jeśli wysiadacie między Nigdziem Zadupiem to niestety trzeba samemu sprawdzać, czy to na tej stacji trzeba wysiąść. Dlatego też z każdym przystankiem musiałem wystawić głowę przez okno i w poszukiwaniu jakiejś nazwy na prowizorycznym dworcu. W końcu dotarliśmy. Pak Chong. 



♦ ZAKWATEROWANIE 

Zatrzymaliśmy się w wiosce Thananphon w Pak Chong. Z dworca kolejowego - o ile można go nazwać dworcem - odebrała nas uśmiechnięta, młoda Tajka. Zaprosiła nas do auta i w jej przesympatycznym towarzystwie dotarliśmy do miejsca, w którym będziemy nocować przez najbliższe dni. Wszystko mieliśmy opłacone z góry i szczerze mówiąc nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie będzie znajdował się nasz pensjonat. Jeśli ktoś byłby zainteresowany, to jego nazwa to Phaiboon Hotel & Resort (โรงแรมไพบูลย์ แอนด์ รีสอร์ท). Ich strona internetowa jest wyłącznie w języku tajskim, po angielsku też niewiele osób tam mówi, więc klimaty bardzo...swojskie :) Zaproszono nas do bardzo przestronnego pokoju z wygodnym łóżkiem i prywatną łazienką. To bez wątpienia najlepsze warunki do spania, jakie mieliśmy podczas naszego całego pobytu w Azji. 




♦ JASKINIA

Pod naszym pensjonatem czekał na nas pick-up z kierowcą. Stosunkowo długo jechaliśmy w niezręcznej ciszy, bo pan Taj nie mówił po angielsku. Pozostało nam podziwiać krajobraz tajskiej prowincji lub obserwować dyndającą przed naszymi oczami figurkę siedzącego buddy. Może będziecie zaskoczeni (ja kiedyś byłem), ale budda pisze się małą literą, gdy chodzi o jakiegoś buddę. Budda pisane wielką literą oznacza wyłącznie postać Buddy Siakjamuniego, mędrca, którego nauki stały się fundamentem buddyzmu. Trochę to skomplikowane, ale chciałem się wytłumaczyć, żeby nie było. O czym to ja mówiłem? Aha. No i tak dyndał ten budda w samochodzie trzęsącym się od nierównej nawierzchni asfaltowej mniejsza nieważne...
Zatrzymaliśmy się w lokalnej knajpce, gdzie spotkaliśmy naszego przewodnika i niewielką grupkę osób, które będą nam później towarzyszyć. Jako, że mieliśmy trochę czasu, zamówiliśmy sobie Pad Thai, czyli danie złożone z makaronu ryżowego z jajkiem, warzywami, mięsem, orzechami i limonką. Cena? 5 złotych. Za to chyba najbardziej pokochałem Tajlandię. Jedzenie tutaj jest przepyszne i bardzo tanie.


Wsiedliśmy na pakę przebudowanego pick-upa i w towarzystwie amerykańsko-belgijsko-filipińsko-polskim udaliśmy się do... w sumie to jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie. Wysiedliśmy gdzieś w szczerym polu. Nieopodal znajdował się jakby klasztor, może szkoła, nie wiem. Postawiliśmy kilka kroków i już nasz przewodnik zatrzymał naszą małą grupkę.
- Spójrzcie, to mimoza - Taj lekko musnął roślinę koniuszkiem palca, a ta od razu zamknęła swoje liście. Kiedyś widziałem coś takiego w jednym z filmów, ale i tak spotkanie z tą wyjątkową rośliną było dla mnie czymś fascynującym. 

Spacerowaliśmy sobie ścieżką przez niewielki las, a nasz przewodnik popisywał się niebywałą wiedzą na temat tutejszej roślinności. W pewnym momencie dotarliśmy do miejsca, w którym znajdowało się zejście do jaskini. Prowadziły do niej wąskie i bardzo strome schody, prowadzące w całkowitą ciemność. Jaskinia miała - na moje oko - około 30-40 metrów wysokości. W środku panowała zupełna ciemność. Była to świątynia, niewątpliwie bardzo rzadko odwiedzana. W wielu miejscach znajdowały się niewielkie ołtarzyki z wizerunkami buddy. Wszędzie wokół rozlegał się pisk milionów nietoperzy, które fruwały nad naszymi głowami. Grunt był niezwykle miękki za sprawą guana. Niezliczone ilości nietoperzy wytwarzają odchody, które zalegają w jaskini. Brzmi odrażająco, ale o dziwo, guano praktycznie nie ma zapachu i jest suche. Przypomina raczej popiół niż odchody. Podczas gdy podniecaliśmy się nietoperzowymi kupami, nasz przewodnik zawołał nas do siebie. Zbliżyliśmy się do Taja, który trzymał w dłoni najdziwniejsze stworzenie jakie dotąd widziałem. Było to połączenie pająka, skorpiona i modliszki. W sumie to sam nie wiem. Udało mi się ustalić, że to pajęczak z rodziny tępoodwłokowców. 
- Kto chce wziąć go na rękę? Bez obaw, on nie czuje zagrożenia i nie jest niebezpieczny - Nasz przewodnik ochoczo zachęcał do bezpośredniego kontaktu ze stworzeniem. Jako, że ani ja, ani Martyna nie czujemy jakiegoś szczególnego obrzydzenia do dziwnych zwierząt, gościliśmy przez chwilę tępoodwłokowca na swoich spoconych od wilgoci dłoniach. 

W jaskini dużo było też pająków wielkości dłoni dorosłego człowieka. Kryły się w swoich jamach i czyhały na swoje ofiary. Oczywiście tarantuli nie zamierzaliśmy brać do ręki, bo po pierwsze, zwierzęta te są płochliwe i nie ma sensu ich stresować, poza tym pająki te mogą się bronić przed kontaktem z człowiekiem. Obserwowaliśmy je więc z bezpiecznej odległości. Podczas penetrowania wnętrz ogromnej jaskini natrafiliśmy także na skórę węża i to by było na tyle, jeśli chodzi o egzotyczne zwierzęta zamieszkujące świątynię.


W pewnym momencie nasz przewodnik kazał nam się zatrzymać i wyłączyć latarki.
- Ta jaskinia jest wyjątkowym miejscem. Czasem ludzie przychodzą tutaj, by medytować. Spójrzcie tylko. Całkowita ciemność. Po jakimś czasie sami nie będziecie wiedzieć, czy macie otwarte, czy zamknięte oczy. Teraz poproszę was, abyście nie ruszali się, nie odzywali i nie zapalali latarek. - Nasz przewodnik jako ostatni wyłączył światło i zapanowała całkowita ciemność. Nie mogłem niczego dostrzec, ani jednej, jaśniejszej plamki. W grocie rozlegał się pisk nietoperzy i łopotanie ich skrzydeł. Latały wszędzie dookoła nas. Niesamowite było to, że mimo prędkości i brawurowych manewrów w locie, nietoperze wiedziały dokładnie, gdzie znajduje się przeszkoda i perfekcyjnie omijały wszystko co stało im na drodze. 
Staliśmy tak i staliśmy. W końcu zupełnie odleciałem. Po jakimś czasie nasz przewodnik włączył latarkę, a ja ocknąłem się jakby z głębokiego snu. Nie mam zielonego pojęcia ile to trwało. Może minutę, może dziesięć, może pół godziny. To było niepozorne, acz niezwykłe doświadczenie.

Kilka kroków dalej znów się zatrzymaliśmy. Nasz przewodnik zwrócił naszą uwagę na pojedynczego nietoperza widzącego pod skałą na wysokości naszych głów.
- Spójrzcie na tego nietoperza. To jest Jimmy. Kiedykolwiek tu nie przyjdę, Jimmy zawsze wisi w tym samym miejscu. Nie wiem dlaczego, tak po prostu jest. - Faktycznie, Jimmy wisiał sobie gdzieś w kącie, z dala od innych nietoperzy. Ktoś mógłby powiedzieć, że może zdechł, ale zapewniam Was, że ewidentnie dawał znaki życia.
Idziemy nieco dalej wgłąb jaskini. Nasz przewodnik ponownie zatrzymuje się.
- A to jest Charlie. Charlie podobnie jak Jimmy zawsze wisi w swojej wnęce. 
W tym momencie Martyna podeszła zbyt blisko, by sfotografować nietoperza. Ten zląkł się i odfrunął.
- O nie, co ja zrobiłam! - Przeraziła się Martyna. Co za wstyd, tyle lat Charlie wisiał w tym samym miejscu, a ona tak brutalnie położyła kres temu zjawisku. Nasz przewodnik zaśmiał się tylko i powiedział ze spokojem:
- Bez obaw, zaraz wróci. - Taj uśmiechnął się, odwrócił na pięcie i odszedł. Tymczasem po chwili nietoperz zatrzepotał skrzydłami, zakręcił koło i wylądował na ścianie, zwisając głową w dół. Czołem, Charlie! Fajnie, że wróciłeś :)  

Zapuściliśmy się jeszcze bardziej wgłąb jaskini. Zaczęło robić się coraz ciaśniej, aż w końcu musieliśmy przeciskać się na czworaka idąc tzw. kaczym chodem. Po drodze natknąłem się na dwa tępoodwłokowce. Na szczęście tylko na nie, bo raczej nie chciałbym nic innego napotkać w wąskim, klaustrofobicznym przejściu. Ostatecznie dotarliśmy do potężnej jamy, gdzie wpadało już naturalne światło przez otwór w górnej części sklepienia. Tam też znajdowało się nasze wyjście. Niesamowite miejsce. 



MILIONY NIETOPERZY

Opuściliśmy niesamowite jaskinie. Umyliśmy ręce i wskoczyliśmy na pakę pick-upa, który ruszył dalej w trasę po bezdrożach. Jechaliśmy jakiś czas drogą polną, aż w końcu dotarliśmy... donikąd. Nasz Jeep zatrzymał się w szczerym polu. Stąd będziemy obserwować niezwykłe zjawisko. Wieczorami miliony nietoperzy wyfruwają z jaskiń na polowanie. Byliśmy niezwykle podekscytowani. Słońce powoli chowało się za horyzontem, a my przemierzaliśmy pola uprawne manioku, żeby dotrzeć do najlepszego miejsca do obserwacji. Przy okazji pierwszy raz miałem okazję zobaczyć na własne oczy, jak rosną ananasy. Wy też myśleliście, że na drzewach? :) 

Czekamy. Cisza. Ustawiliśmy aparaty na statywach i wpatrywaliśmy się we wzgórza. Nagle zaczęliśmy widzieć pojedyncze nietoperze. Coraz więcej. Łopotanie skrzydeł i pisk rozlega się wszędzie wokół. Z czasem nietoperze stworzyły w powietrzu ławicę, ciemną falującą chmurę. Ciężko to opisać słowami. 
- Uważajcie teraz. - Nasz przewodnik skupił na sobie wszystkie pary oczu, oczekujące tego, co się zaraz wydarzy. Taj przyłożył dłoń do ust i wydał z siebie głuchy gwizd przypominające nasze polskie "sz". Nagle nietoperze rozpierzchły się na kilka sekund, by zaraz znowu stworzyć niemal jednolitą chmurę. Nasz przewodnik bardzo nam zaimponował. Na koniec poprosił, żebyśmy tego po nim nie powtarzali. 

Bardzo urzekło nas to, że Taj oprowadzający nas po ciekawych miejscach prowincji Pak Chong zdawał się być bardzo związany z przyrodą. Z każdym zwierzęciem obchodził się bardzo delikatnie, a jak już brał coś do rąk to zaznaczał przy tym, że stworzenie nie czuje strachu. To było bardzo... Wzruszające. W Tajlandii zwierzęta służą głównie do pracy i zarabiania pieniędzy, a te, które stanowią zagrożenie, po prostu się zabija. Ciśnienie skacze mi we krwi na samą myśl o tym, jak turystyka maltretuje tutejsze zwierzęta. Mam na myśli głównie tygrysy i słonie, choć nie tylko. Ale ten temat poruszę przy innej okazji. 

Wpatrywaliśmy się w chmurę nietoperzy niespełna godzinę. Przewodnik powiedział, że to jeszcze nie koniec atrakcji na dziś i kazał nam ruszać dalej. Podążaliśmy ścieżką pośród upraw manioku. W pewnym momencie Taj zatrzymał grupę i ustawił nas tak, że tworzyliśmy figurę sześciokąta. Zapadła cisza. Czekamy. Mija kilka minut. W końcu przewodnik przerywa ciszę:
- Pamiętacie Jimmy'ego i Charliego?
Nagle z krzaków wyfrunęły dwa nietoperze, które wykonywały wokół nas brawurowe manewry, a po chwili odleciały i straciliśmy je z oczu. Staliśmy jak wryci. Wszyscy mieliśmy identyczny wyraz twarzy. Jak to do cholery możliwe?!



OWOCOWA KOLACJA

Zapadł zmrok. Jechaliśmy naszym pick-upem przez wyboiste drogi między polami uprawnymi. Niebo jeszcze tliło się lekko żarem zachodzącego za górami Słońca. Jeszcze nie ochłonęliśmy po niezwykłych doświadczeniach minionego dnia, a nasz samochód znów się zatrzymał. Otaczały nas pola kukurydzy, wyższej od nas samych. 
- Czas na kolację! - Powiedział nasz przewodnik, po czym zaczął wyciągać z auta siatki pełne przeróżnych owoców. O tak, tego mi było trzeba! Nakryliśmy do stołu, a właściwie do maski naszego Jeepa. Menu było bardzo różnorodne. 
  • Rambutany - owoce o jajowatym kształcie, których intensywnie czerwona skórka pokryta jest długimi, jasnozielonymi, przyjemnymi w dotyku włoskami. Nazwa pochodzi od malajskiego słowa rambutan, które jest określeniem "owłosiony". Owoc w smaku i konsystencji przypomina liczi. 
  • Pitaja - zwana także smoczym owocem. Jest to najpiękniejszy owoc, jaki widziałem. Jest tak śliczny, że aż trudno go opisać. Jedzenie go jest bardzo satysfakcjonujące, ponieważ biały miąższ idealnie odchodzi od skórki, a pestki są takie same jak w kiwi. Smak pitaji ciężko porównać do czegokolwiek. Przepraszam, ale nie potrafię. Jeśli będziecie szukać pitaji w Tajlandii, pytajcie o dragon fruit lub pod nazwą khanun
  • Langsat - owoce te rosną w pękach i wyglądają trochę jak bardzo duże winogrona. Langsat zwany jest także jako duku, a oficjalna polska nazwa jaką znalazłem, to słodliwka pospolita. Jeśli miałbym określić smak tego owocu, to porównałbym go do winogron i liczi. 
  • Mangostany - moje ulubione. Są to owoce o grubej, suchej, fioletowej skórce, pod którą kryje się biały, niezwykle słodki miąższ. Czasem zdarzają się miękkie pestki w tych dojrzalszych owocach. Jeśli kupicie dobre mangostany, to zjecie je praktycznie w całości, wyrzucając jedynie skórkę. Ich smak jest iście unikatowy. Coś wspaniałego!
  • Mango - ale takie prawdziwe mango, którego sok cieknie po łokciach. Niestety, różnica między lokalnymi owocami, a tymi importowanymi do Europy jest zauważalna. 
  • Banany - kiść prawdziwych, niemodyfikowanych bananów powinna Wam się zmieścić w otwartej dłoni. Mają cieniutką skórkę, a w środku są stosunkowo twarde. W smaku przypominają połączenie znanego nam banana i jabłka. Niestety, na całym świecie śmieją się z naszych importowanych, "europejskich" bananów, którymi tak się zajadamy. Nie ulega jednak wątpliwości, że najprawdziwsze banany to te z Ameryki Południowej i Azji właśnie. 
  • Ananasy - tutaj akurat różnica między produktem "z krzaka" a tym importowanym nie jest specjalnie widoczna. 
  • Longany - bardzo podobne do langsatów. Są jakby połączeniem winogron i liczi. Nazwa pochodzi od chińskiego słowa lóng yǎn, co można tłumaczyć jako "smocze oko". Faktycznie, owoc po obraniu przypomina oko, a wszystko za sprawą prześwitującego białego miąższu, pod którym kryje się ciemna pestka.
Ależ to wszystko było przepyszne! Czy może być coś lepszego, niż smak soczystych, nieznanych wcześniej owoców po całym dniu pełnym przygód? Gdy już mieliśmy przepełnione brzuchy, nasz przewodnik dał nam (czyt. nam) całą siatę owoców, które zostały. 
- Myślę, że powinniśmy się podzielić z innymi? - Powiedziałem do naszego przewodnika.
- Oni zajadali się już zanim przyjechaliście do Pak Chong. Bierz! - I takim oto sposobem wypchaliśmy plecaki masą owoców, którymi delektowaliśmy się wieczorem w pensjonacie. Ale spokojnie, bo to jeszcze nie koniec atrakcji na dzisiaj!


NOCNE ŁOWY

Jechaliśmy asfaltową drogą przez las. Nagle poczuliśmy dość gwałtowne hamowanie. Nasz przewodnik wyskoczył z auta i krzyknął, żebyśmy zrobili to samo. W świetle reflektorów przez naszym autem zobaczyliśmy kota dręczącego... grzechotnika. Taj wziął dwa kije i starał się oddalić węża od ciekawskiego czworonoga. W miarę sprawnie udało nam się uratować kota, który błyskawicznie znalazł się na rękach Martyny (no bo jakżeby inaczej :)). Pierwszy raz miałem do czynienia z wężem, takim jadowitym, na wolności. Kiedy Martyna z Amerykanką niańczyły kota, my porobiliśmy kilka zdjęć, napatrzyliśmy się z bezpiecznej odległości na gada, a na koniec nasz przewodnik z pomocą znalezionych kijków przemieścił zwierzę w krzaki, coby go nic nie rozjechało na drodze. Łał, to było emocjonujące spotkanie!

Przy okazji zapuściliśmy się parę kroków w las, rozglądając się za jakimiś ciekawymi zwierzętami. Natknęliśmy się na stonogę z gatunku Spirobolida bodajże. Jeżeli coś pokręciłem to przepraszam, ale nie znam się za bardzo :) Nasz przewodnik ochoczo zachęcał nas, abyśmy wzięli stworzonko na ręce. W tym miejscu ostrzegam osoby brzydzące się dużych robaków i zalecam szybkie przewinięcie strony :) 



I to by było tyle na dziś. To był niezwykle emocjonujący dzień. Żegnamy się z naszym przewodnikiem, ponieważ jutro udamy się na trekking po dżungli już z inną osobą. Dzisiejszy dzień spędzony w terenie w Pak Chong na długo zostanie nam w pamięci. I wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? To, że tajska prowincja i jej przyroda była nieskażona turystycznym biznesem. Baliśmy się, że wynajmując przewodnika w jednej z agencji turystycznych w Bangkoku, zostaniemy wrzuceni do jednego worka z innymi, że będą nas oprowadzać po miejscach, gdzie oprócz nas będą dziesiątki/setki ludzi z aparatami i telefonami w dłoniach. Tymczasem my byliśmy zupełnie sami, tworząc malutką grupkę z naszym przewodnikiem na czele. Panował tutaj niesamowity spokój, a my mogliśmy oderwać się od wytyczonych i zadeptanych dróg opisanych w przewodnikach. Jutro udajemy się do Parku Narodowego Khao Yai, by zapuścić się w tropikalną dżunglę. Tymczasem jeszcze tylko zjemy parę owoców, prysznic i spać. Jutro pobudka z samego rana i przygody ciąg dalszy!

Mateusz.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz