STRONA GŁÓWNA

Strony

Strony

niedziela, 24 września 2017

Bangkok - kartki z pamiętnika (Azja 2017)

"Szanowni państwo. Powoli zbliżamy się do Bangkoku, za moment rozpoczniemy zniżanie" - obudził mnie głos pilota. Potrzebowałem kilka sekund, żeby ogarnąć, co się w ogóle dzieje i gdzie jestem. A no tak, jestem na pokładzie największego samolotu pasażerskiego świata i lecę do Tajlandii. Otworzyłem okno (w sensie...tę zasłonkę :)) i zobaczyłem morze chmur. Szkoda, chętnie popatrzyłbym na wybrzeża Oceanu Indyjskiego z wysokości. Uruchomiłem system w tablecie umieszczonym w fotelu, żeby sprawdzić lokalizację. Po chwili poczułem lekkie przeciążenie, a nasz samolot rozpoczął zniżanie, by ostatecznie wylądować na lotnisku w Bangkoku.



♦ Saładiiii Muang Thai!

Oto jesteśmy. Bangkok. Miasto aniołów, wielkie miasto, rezydencja świętego klejnotu Indry, niezdobyte miasto Boga, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełne ogromnych pałaców królewskich, równającym niebiańskiemu domowi odrodzonego Boga; miasto, podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana

Tak brzmi pełna nazwa stolicy Tajlandii. Zapis oryginalny wygląda równie imponująco:

กรุงเทพมหานคร อมรรัตนโกสินทร์ มหินทรายุธยามหาดิลก ภพนพรัตน์ ราชธานีบุรีรมย์ อุดมราชนิเวศน์ มหาสถาน อมรพิมาน อวตารสถิต สักกะทัตติยะ วิษณุกรรมประสิทธิ์

Godzina 8:30. Zarzuciliśmy na plecy ciężkie bagaże i udaliśmy się na pociąg do Bangkoku. Byliśmy zmęczeni, choć i tak podtrzymuję, że 24-godzinny przystanek w Dubaju był świetnym pomysłem. Mimo wszystko dwie noce bez łóżka dały nam w kość, a przed nami jeszcze 80 km z lotniska do centrum Bangkoku. Kupiliśmy bilety za 5 zł i po chwili byliśmy już w drodze do miasta. Potem jeszcze czekała nas przesiadka na metro, ponieważ nasz hostel znajdował się nad rzeką Menam w zachodniej części miasta. Wysiedliśmy na stacji Saphan Taksin. Jeszcze tylko 1,5 km pieszo i będziemy na miejscu. Uff.

Nasz hostel był bardzo skromny, ale ciężko wybrzydzać, gdy płaci się za pokój 65 zł za noc. Zawsze w wyborze noclegu kierujemy się finansami, lokalizacją i oceną gości. Jeśli chodzi o nasz hostel, cena była bardzo przystępna, lokalizacja całkiem całkiem, oceny gości bardzo pozytywne. Za 65 zł otrzymaliśmy niewielki pokoik z łóżkiem i - co najważniejsze - klimatyzacją.  W Bangkoku średnie temperatury w lipcu wahają się w okolicach 34'C. Nie ma tragedii, ale klima dobra rzecz. 

Pierwszy dzień pobytu w Bangkoku poświęciliśmy na porządny odpoczynek. Udaliśmy się do banku, żeby wymienić pieniądze na lokalną walutę, wzięliśmy prysznic, zdrzemnęliśmy się trochę, zrobiliśmy zakupy i obmyśliliśmy plan na najbliższe dni. Ot, dzień bez historii. 



♦ Tajlandia w żałobie

Nasz pobyt w Tajlandii zbiegł się z okresem żałoby, trwającym nieprzerwanie od 13 października 2016 roku. Zmarł Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król Syjamu, Jego Królewskość, Wspaniała Ochrona - król Bhumibol Adulyadej, znany także jako Rama IX. Zasiadał on na tronie Tajlandii od 1946 roku, przez co był najdłużej panującym monarchą na świecie. 

Nie wiem zbyt wiele o zmarłym królu. Doszły mnie słuchy, że Rama IX przyczynił się do umocnienia demokracji w Tajlandii. Do myślenia daje jednak fakt, że obraza majestatu króla karana jest wyrokiem pozbawienia wolności od 5 do 30 lat, a wszystkie treści krytykujące jego rządy są cenzurowane. Według magazynu Forbes Bhumibol Adulyadej był w czołówce rankingu najbogatszych władców świata, co mogłoby go stawiać w nie najlepszym świetle, biorąc pod uwagę fakt, że znaczna część ludności Tajlandii dotknięta jest ubóstwem. 

Nie ulega jednak wątpliwości, że król Rama IX był/jest niezwykle szanowany w swoim kraju. Obywatele Tajlandii zdają się bardzo emocjonalnie przeżywać śmierć władcy. Wizerunek Bhumibola Adulyadeja znajduje dosłownie wszędzie - na ogromnych bilboardach, na wieżowcach, czy na portretach umieszczonych na ulicach dosłownie co kilkaset metrów. Zewsząd docierają komunikaty upamiętniające Ramę IX. Tajowie masowo podróżują do Bangkoku, by pożegnać swego króla. W kraju panuje ogromne poruszenie, które wyczuwalne jest na każdym kroku. 

Przyszłość Tajlandii stoi teraz pod znakiem zapytania. Do władzy doszedł bowiem człowiek o kiepskiej reputacji, syn zmarłego króla - Maha Vajiralongkorn. Jeszcze 3 lata temu dochodziło do krwawych starć zwolenników monarchii i byłego premiera Thaksina Shinawatry, co zakończyło się zamachem stanu i przejęciem władzy przez wojsko. Ówczesny król, Rama X, niewątpliwie będzie musiał stawić czoła nasilonej krytyce ludu i opozycji. Pozostaje tylko liczyć na to, że następca tronu zdoła utrzymać w Tajlandii spokój i nie dopuści do kolejnych zamachów stanu, a nie ulega wątpliwości, że kraj jest wciąż odbezpieczonym granatem, który może w każdej chwili eksplodować. 



♦ 7-Eleven

Każdy kto podróżuje po Azji prędzej czy później pokocha sieć sklepów 7-Eleven. Jest to odpowiednik naszej "polskiej" Żabki. Sieć sklepów 7-Eleven posiada największą ilość obiektów handlowych na świecie, przewyższając w rankingach nawet restauracje McDonald's. Jako ciekawostkę dodam, że nazwa firmy wzięła się od początkowych godzin otwarcia sklepu między 7 a.m. (7:00) a 11 p.m. (23:00). Obecnie wytyczne te nie są regułą. 

W markecie dostaniecie prawie wszystko. Oprócz artykułów spożywczych znajdują się tu także produkty codziennego użytku. Dużą zaletą sklepów 7-Eleven jest to, że znajdują się one prawie na każdym rogu w Bangkoku - są dosłownie wszędzie. Fajne jest też to, że możemy sobie kupić zapakowany posiłek, który obsługa podgrzeje nam w tosterze lub mikrofali w cenie produktu. My upodobaliśmy sobie np. ciepłe tosty z serem :) 

Niestety, ostatnio dużo się mówi o tym, że w sklepach 7-Eleven często dochodzi do oszustw. Jako, że na sklepowym ekranie wszystko wyświetlane jest po tajsku, obsługa wykorzystuje nieuwagę turystów i potrafi naliczyć np. dwukrotnie ten sam produkt. Warto zatem spoglądać kasjerom na ręce i weryfikować ilość kupionych produktów z paragonem. Mimo, że o przekrętach w 7-Eleven czytałem wcześniej, dałem się naciągnąć i raz się zdarzyło, że zapłaciłem dwukrotnie za jedną butelkę napoju. Byliśmy także świadkami oszustwa, w którym to para Belgów płaciła za zakupy banknotem 500 baht, a kasjer twierdził, że otrzymał nominał 100 baht i nie chciał wydać reszty. Uważajcie więc, bo dzieją się tam dziwne rzeczy. 


♦ Tuk-tuk?

Ehhh, znowu pakowanie. Musieliśmy się przenieść do innego hostelu, bo nasz pokój był zajęty. Dziwne, bo lipiec to okres poza sezonem gdy turystów niewielu. No nic. Wybór padł na okolice Khao San, czyli ścisłe centrum Bangkoku. Z okolicy Saphan Taksin do Prha Arthit dostaliśmy się łodzią, płacąc coś około 4 zł za 10-kilometrowy rejs. W Bangkoku transport wodny jest dobrze rozwinięty i bardzo tani, a dla nas - Europejczyków - oglądanie miasta z perspektywy rzeki to nie lada atrakcja.

Po opuszczeniu terminalu promowego oddaliliśmy się kawałek, bo zawsze łapanie tuk-tuka czy taksówki bezpośrednio jest najmniej ekonomiczne. Przechadzaliśmy się udając niezainteresowanych i już po chwili podjechał do nas młody Taj.
- Tuk-tuk? 
- Nie, dzięki, przejdziemy się! 
I w taki oto sposób rozpoczęliśmy negocjacje. Z reguły jeśli to Wy zaczepicie kierowcę, rzuci on Wam wysoką stawkę za kurs, bo wie, że chcecie dojechać do konkretnego celu. Nie martwcie się. W Bangkoku podwózki szukać nie trzeba. Wystarczy poczekać, aż sama się znajdzie. Kierowcy tuk-tuków potrafią zablokować pas jezdni, żeby tylko spytać Was, czy nie chcecie z nim jechać. 

Za 40 bahtów, czyli 4 zł (za dwie osoby), nasz Pan od tuk-tuka zawiózł nas do hostelu, czekał na nas, aż się zameldujemy, a potem obwiózł nas po okolicy. Zobaczyliśmy m.in. posąg Wielkiego Buddy, świątynię Wat Intharawihan i Wat Benchamabophit. Nie są to jakieś szczególnie wyjątkowe miejsca, ale że jeżdżenie tuk-tukiem po mieście sprawiało nam z początku frajdę (pierwszy raz w Azji, rozumiecie...), to była to dla nas ciekawa alternatywa na spędzenie kilku godzin. Na koniec nasz kierowca zawiózł nas do biura podróży, gdzie szukaliśmy przewodnika, z którym udamy się do tropikalnych lasów Khao Yai. Nie jesteśmy zwolennikami zorganizowanych wycieczek, ale w tym przypadku nie zamierzaliśmy się zapuszczać sami do tropikalnej dżungli, więc zrobiliśmy wyjątek.

Jak się później drogą dedukcji okazało, biuro podróży to kluczowe słowo, jeśli chodzi o atrakcyjną cenę jeżdżenia tuk-tukiem po północnej części Bangkoku. Nasz kierowca podał bardzo niską cenę za dowiezienie nas do hotelu i późniejszą obwózkę po kilku świątyniach, ponieważ wyciągnął od nas informację, że jedziemy do parku narodowego Khao Yai i szukamy przewodnika. Młody Taj cierpliwie czekał na nas pod każdą ze świątyń, a na koniec zawiózł nas do agencji, w której wykupiliśmy przewodnika i nocleg w Pak Chong. Okazuje się, że jeśli kierowca zawiezie nas do agencji, a my wykupimy wycieczkę, on otrzyma stempel na paliwo. To im się bardziej opłaca, niż opłaty za przejazd z punktu A do punktu B. Będą Was namawiać, żeby kupić wycieczkę, bo jest very cheap, ale tak naprawdę nie warto, bo w Tajlandii trzepią z turystów ile tylko się da. My długo negocjowaliśmy cenę i kupiliśmy wycieczkę do Khao Yai wyłącznie dlatego, że taka samodzielna wyprawa jest bardzo trudna do zorganizowania samemu.



♦ Pora deszczowa

Późnym popołudniem wybraliśmy się na spacer po okolicy Khao San, natykając się na jedną z najpiękniejszych świątyń, jakie widzieliśmy w Tajlandii - Wat Ratcha Natdaram Worawihan. Nie mieliśmy jej na naszej mapie atrakcji przygotowanej przed wyjazdem, więc byliśmy lekko zaskoczeni i wyjątkowo zauroczeni. Cisza i spokój, zero turystów - jedynie mnisi i pojedyncze osoby, które przychodziły medytować. A świątynia naprawdę przepiękna!

Po raz pierwszy pora deszczowa daje się nam we znaki. Przechadzaliśmy się po terenie wspomnianej świątyni, aż na horyzoncie zobaczyliśmy chmury. Wyglądały, jakby miał się świat zaraz skończyć. Piękne zjawisko. Niebo było przecięte równą linią, dzieląc sklepienie na błękitne niebo i monsunowe, ciemne chmury.

W obawie przed ścianą wody podeszliśmy do najbliższego tuk-tuka i zapytaliśmy o cenę za przejazd. Od hostelu dzieli nas zaledwie 1,5 km, a kierowca zażyczył sobie 200 bahtów (20 zł). Myślałem, że żartuje, ale nie... To nieuczciwa cena, nie ma opcji. Nie zapłacę 5 razy więcej tylko dlatego, że zbiera się na deszcz. Wracamy z buta. Gdy tylko weszliśmy do hostelu, zrobiło się ciemno, a z nieba spadła ściana wody. 



♦ Khao San

Ulica Khao San to azjatycka Mekka dla backpackersów. W okolicy znajduje się największe w Bangkoku zagęszczenie guesthouse'ów i tanich hosteli. Za dnia Khao San wydaje się być zwykłą ulicą, ale po zmroku miejsce to rozbłyskuje tysiącami świateł, otwierają się stragany z ubraniami i pamiątkami, a skromnie ubrane panie zapraszają na drinka, masaż, albo Bóg wie co :) Puby, jeden obok drugiego, toczą nieustanną walkę na decybele. Młodzi ludzie bawią się i tańczą, a impreza niemieszcząca się w lokalu wychodzi na ulicę. Na Khao San panuje totalny chaos. Z wielkich głośników dudni muzyka, w powietrzu unosi się zapach jedzenia, neony świecą prosto w oczy, a wszędzie dookoła tłum. 

Na Khao San bywaliśmy bardzo często. Głównie po to, żeby kupić sobie coś fajnego na pamiątkę. Tak, przyznaję, jest tam stosunkowo drogo, ale jeśli umiecie się targować to za naprawdę niewielkie pieniądze można coś fajnego w Bangkoku kupić. Khao San sprzyja zakupom o tyle, że jest tu wiele sklepików i wielu handlarzy - wszyscy w jednym miejscu. Sam często namawiam, żeby zakupy robić z dala od turystycznych miejsc, ale jeśli macie czas na targowanie i cierpliwość do negocjacji, to na tej najpopularniejszej w Bangkoku ulicy także kupicie sobie coś fajnego i to za niewielkie pieniądze. 



Handel

W Azji każdą cenę można, wręcz należy negocjować. Mówiąc każdą oczywiście i paradoksalnie nie mam na myśli biletów na metro, obiadów w restauracjach czy wejściówek do atrakcji turystycznych. W Tajlandii zakup ubrań czy choćby pamiątek to proces oparty o negocjację. Umiejętności targowania przydają się szczególnie w takich miejscach jak Khao San, gdzie wszystko jest 2-3 razy droższe tylko dlatego, że to Khao San. Ja na przykład zgodnie z tradycją wypatrywałem magnesów, które przywiozę do Polski i przyczepię do tablicy wiszącej na ścianie mojego pokoju.

- Dzień dobry! Po ile magnesy? - Pytam sprzedawcę.
- 80 baht sztuka - odpowiada Taj. 8 zł za magnes to nie są wielkie pieniądze, ale wiem, że za tę cenę mogę kupić dwa.
- 80 baht? Za dużo, dziękuję! - Udaję zrezygnowanego i powoli odchodzę.
- Ok, zaczekaj! Ile dasz? - Sprzedawca zgodnie z przewidywaniami próbował mnie zatrzymać.
- Niee, dziękuję. Widziałem, że tam dalej ktoś ma po 40 baht. 
- Dobra, niech będzie, 40 baht. 
- A co ty na to, jeśli wziąłbym 3 za 100 baht? 
- Ok.
Dobiliśmy targu. Sprzedawca był zadowolony, ja byłem zadowolony, Martyna była zadowolona (bo i sobie coś wybrała), uśmiechnęliśmy się do siebie na pożegnanie i wyszliśmy ze sklepiku zadowoleni z dobrego utargu. 

Jeśli chodzi o ubrania, dużo się mówi o tym, że w Tajlandii można kupić tanio nieużywaną odzież. Myślę, że jest to mocno naciągana teza. W odwiedzanych przez nas centrach handlowych ceny były europejskie, a ciuchy sprzedawane na straganach posiadały do znudzenia powielane wzory i były szyte ewidentnie pod turystów. Być może są miejsca, gdzie można kupić tanią odzież, ale trzeba wiedzieć gdzie szukać. 

My nie szaleliśmy specjalnie. Jeśli chodzi o mnie, kupiłem sobie 2 pary krótkich spodenek, bo po prostu potrzebowałem. Zapłaciłem za nie razem z 30 zł, ale był to towar wątpliwej jakości, więc trudno mówić tu o super okazji. Ponadto kupiłem sobie t-shirt za 20 zł i jak się okazało, po kilku praniach wciąż posiada oryginalny nadruk, a materiał się nie skurczył. Uf.

Martyna, jak to kobieta, wszystkie sklepiki przetrzepała po kilka razy. Jestem w stanie ją w pewnym stopniu zrozumieć, bo wszystko w oczach ładnie wygląda, ale jak się bliżej przyjrzeć to widać, że ubrania są szyte niestarannie, z przeznaczeniem na turystyczny bazar. Ostatecznie po zaciętych negocjacjach Martyna kupiła sobie spodnie z niskim krokiem, worek/plecak i bluzkę.

Ubrania z tajskich bazarów (tych turystycznych) określiłbym jako - w sam raz, na raz. Nie ma co szaleć, bo ciuchy są nieznacznie tańsze od tych w Polsce, a niewykluczone, że po praniu na nadruku koszulki zamiast słonia będzie fitoplankton, a chochliki zmienią rozmiar z M na XS. Tak się stało z moimi spodenkami na gumce, które po kontakcie z pralką były szersze w nogawce niż w pasie :) 



♦ Wycieczka do parku narodowego Khao Yai

Już trzeciego dnia pobytu w Tajlandii zdecydowaliśmy się na opuszczenie Bangkoku, by udać się w podróż, której celem był park narodowy Khao Yai. Tak jak już wspominałem, była to nasza jedyna zorganizowana wycieczka, jaką zdecydowaliśmy się wykupić. Z reguły staramy się podróżować sami, ale w tym przypadku nie mieliśmy wyjścia. Zapuszczenie się w dżunglę wymaga wynajęcia przewodnika, a szukanie noclegu na tajskiej prowincji zajęłoby nam sporo czasu, nie mówiąc już o transporcie do samego Khao Yai. Ostatecznie wybór padł na biuro podróży.

Długo szukaliśmy odpowiedniej wycieczki, bo zawsze żądano od nas wysokich kwot. Ostatecznie znaleźliśmy agencję, która po dłuższych negocjacjach zgodziła się zorganizować nam 3-dniowy pobyt w Khao Yai za 750 zł od osoby (łącznie 14 200 baht). Byliśmy naprawdę zadowoleni, bo udało nam się utargować całkiem dobrą cenę. Mieliśmy zapewnione wszystko, czego nam było trzeba, dzięki czemu nie martwiliśmy się o czas i budżet. Trekking po tropikalnej dżungli i tropienie dzikich zwierząt było moim marzeniem jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy jako mały chłopiec czytałem książki Wojciecha Cejrowskiego i oglądałem materiały National Geographic Channel. Teraz mogłem osobiście tego doświadczyć.

Szczegóły naszej podróży do parku narodowego Khao Yai znajdziecie w osobnym poście (kliknij link).  



♦ Bangkok - Ayutthaya

Po niezwykle ekscytującej wyprawie do parku narodowego Khao Yai wróciliśmy do Bangkoku. Próbowaliśmy złapać tuk-tuka pod dworcem kolejowym, ale tamtejsi kierowcy życzyli sobie za kurs do naszego hostelu przy Khao San astronomiczne sumy pieniędzy. Ostatecznie postanowiliśmy iść pieszo i szukać podwózki po drodze - zgodnie z zasadą, wedle której czekamy, aż ktoś nas zaczepi. Mimo zmęczenia zobaczyliśmy tę nieturystyczną część Bangkoku. Koniec końców przejeżdżający obok pan w tuk-tuku zajechał nam drogę i spytał o cel naszej wędrówki. Ustaliliśmy bardzo dobrą cenę i pojechaliśmy na Khao San. Zostawiliśmy bagaże w naszym guesthouse'ie, wzięliśmy prysznic, odpoczęliśmy, a wieczorem wybraliśmy się na długi, spontaniczny spacer do China Town i w okolice Wielkiego Pałacu Królewskiego.

Następnego dnia znów opuściliśmy Bangkok i udaliśmy się busem do miasta Ayutthaya. Musieliśmy udać się w stronę Victory Monument i... już na samym początku walnęliśmy ogromną gafę. Oczywiście zgodnie z założeniem poszliśmy pieszo z okolic Khao San w kierunku pomnika zwycięstwa z nadzieją, że gdzieś po drodze złapiemy tuk-tuka. Na samym początku, gdy kierowcy dowiadywali się od nas, że idziemy do Victory Monument, kręcili głową i odjeżdżali. W pewnym momencie nie widać było już nigdzie tuk-tuków, a wszystkie taksówki były zajęte. Byliśmy baaardzo zmęczeni, bo ostatecznie musieliśmy pokonać pieszo 6 km w dość uciążliwym upale.

Dotarliśmy do Victory Monument, a tam... totalny chaos. Dziesiątki autobusów, naziemne metro, wielkie rondo, tysiące ludzi. Próbowaliśmy z początku sami ogarnąć sytuację, ale ostatecznie musieliśmy pytać miejscowych o transport do Ayutthayi. Okazało się, że busy już nie odjeżdżają spod pomnika, a z oddalonej o 7 km stacji Mo Chit. Brzmiało to źle, ale poszło gładko. Do Mo Chit dotarliśmy starym, rozklekotanym autobusem, na miejscu przeszliśmy przez kilka straganów i po chwili usłyszeliśmy drącego się wniebogłosy Taja: "Ayutthaya! Ayutthaya!!!".

Szczegóły naszej podróży do Ayutthayi znajdziecie w osobnym poście (kliknij link).




♦ Katalończycy w Bangkoku

Wracamy z Ayutthayi do Bangkoku. Wysiedliśmy z busa w nieznanym nam miejscu i pojawiło się pytanie...co teraz? Rozglądaliśmy się za jakimś przystankiem, dworcem, czymkolwiek. No nic, trzeba sobie jakoś radzić. Podszedłem do 4-osobowej rodzinki, która podróżowała z nami z Ayutthayi, i spytałem, czy jadą może do Bangkoku, bo nie mamy pojęcia jak dostać się do stolicy. Ku mej sporej uciesze okazało się, że trafiłem na Hiszpanów, a właściwie to Katalończyków. Wreszcie jakaś odskocznia od języka angielskiego!
- Kim jesteście? - Spytał nowo poznany mężczyzna.
- Los Polacos - Odpowiadam z uśmiechem.
- Świetnie, bo my też! - I cała rodzinka zaczęła się śmiać. Cały żart polegał na tym, że Hiszpanie z lekkim przekąsem nazywają Katalończyków Los Polacos (pol. Polacy), jako że język kataloński brzmi dla Hiszpanów jak bełkot. Podobnie jak my mówimy o kimś, kogo nie rozumiemy, że gada po chińsku. Ot taka ciekawostka.

Błyskawicznie złapałem świetny kontakt z katalońską rodzinką, która ostatecznie zaproponowała nam, że możemy zabrać się z nimi do Bangkoku taksówką.
- Ale jak wy to widzicie? Jest nas przecież sześcioro! - Powiedziałem z pesymizmem w głosie.
- Siedmioro, jeszcze kierowca - Katalończyk śmieje się od ucha do ucha.
- No, jeszcze lepiej!
- Nic się nie martw, ja to załatwię.
Mężczyzna podszedł do taksówkarza, pogadał z nim chwilę i po chwili obaj zaprosili nas do auta. Władowaliśmy się w 7 osób do 5-osobowego auta i w drogę!

Przesympatyczne małżeństwo podróżowało z dwójką małych dzieci po Wietnamie, Kambodży i Tajlandii. Nie ukrywam, że i my zaimponowaliśmy naszej katalońskiej rodzince, gdy powiedzieliśmy, że mamy po 22 lata i sami podróżujemy po Azji. Mieliśmy naprawdę dużo czasu na wymianę doświadczeń z podróży. Było niezwykle sympatycznie, a ja miałem ogromną satysfakcję z tego, że mogę porozmawiać z kimś po hiszpańsku.

Szkoda, że musieliśmy się rozstać. Mimo nalegań, Hiszpanie nie chcieli przyjąć od nas zrzutki na taksówkę. Byli bardzo pozytywnie nastawieni do tego, co robimy - że korzystamy z życia i nie boimy się wyzwań. Umówiliśmy się na przysłowiową kawę w Barcelonie w bliżej nieokreślonym terminie, po czym każdy udał się w swoją stronę.



Singapur i Malezja

Za nami bardzo aktywny pobyt w Tajlandii. Czas zmienić nieco klimat - lecimy do Singapuru! Żegnamy się z Bangkokiem na krótko. Przed nami podróż do Singapuru, potem zatrzymamy się na jakiś czas w Malezji i wrócimy do Tajlandii, by wylegiwać się na rajskich plażach. Na koniec spędzimy kolejne 3 dni w Bangkoku i tu też zakończymy naszą przygodę z Azją. Tak więc sru...



♦ Królewska ceremonia

... i znów Bangkok. Stolica Tajlandii była niewątpliwie główną bazą wypadową na całą Azję podczas naszej wakacyjnej podróży. Wylądowaliśmy w Bangkoku jakoś po godzinie 18. Z lotniska Don Muang do Khao San dotarliśmy autobusem za jakieś niewielkie pieniądze. Byliśmy trochę zmęczeni podróżą z Krabi, ale znaleźliśmy jeszcze krztę motywacji, żeby przejść się po sklepach i kupić pamiątki.

Na następny dzień zaplanowaliśmy wycieczkę do najważniejszego miejsca w Bangkoku - do Wielkiego Pałacu Królewskiego, w skład którego wchodzą także m.in. Świątynia Szmaragdowego Buddy, Wat Pho i Wat Arun.
Szliśmy sobie ulicą. Przed przejściem dla pieszych zaczepił nas pewien Taj.
- Cześć! Skąd jesteście? - Oho, zaczyna się. Pewnie chce nam coś sprzedać, albo zaraz zaprowadzi nas do swojego tuk-tuka, żeby obwieźć nas po okolicy.
- Polska - Odpowiadam ze sztucznym uśmiechem na twarzy.
- Dokąd idziecie?
- Do Pałacu Królewskiego.
- Nie wpuszczą was - Powiedział przekonującym tonem - Od rana do godziny 13 odbywają się dziś ceremonie w hołdzie naszemu zmarłemu, Wielkiemu Królowi Tajlandii i jego następcy. Jego Wysokość obchodzi dziś urodziny!
Taj był bardzo przekonujący, ale ciągle czekałem na ten moment, gdy powie coś w stylu "chodźcie do mojego tuk-tuka, pałac dziś zamknięty. Pokażę wam posąg Wielkiego Buddy i kilka okolicznych świątyń". No cóż, zbyt pochopnie oceniłem miłego człowieka, który wykazał się uprzejmością i bądź co bądź odwagą, bo jego angielski pozostawiał wiele do życzenia i widać było, że porozumiewanie się z nami było dla niego nie lada wyzwaniem. Dzięki temu człowiekowi zaoszczędziliśmy mnóstwo czasu. Sprawdziliśmy jeszcze, czy ta informacja jest prawdziwa i rzeczywiście, w Wielkim Pałacu Królewskim trwały uroczystości z udziałem Rodziny Królewskiej, więc mieliśmy czas do godziny 13, żeby pozwiedzać inne ciekawe miejsca.

Postanowiliśmy zatem przejść się spacerem do świątyni Wat Saket, zwanej także Złotą Górą. Lubimy chodzić pieszo, bo poznajemy odwiedzane przez nas miejsce także od tej nieturystycznej strony. Okolice najważniejszych zabytków często pozbawione są klimatu, przez co nie są autentyczne. W dzielnicach biedniejszych lub tych, w których nie ma turystów, można obserwować życie mieszkańców od wewnątrz, bez tej całej kolorowej zasłony, ukrywającej wszystko to, czym nie wypada się chwalić przyjezdnym. Przechadzając się przypadkowymi uliczkami spoglądaliśmy, jak tubylcy pracują, jak handlują, czym się zajmują. Naprawdę polecam Wam czasem zgubić się w mieście, bo podążanie za przewodnikami raczej niczym Was nie zaskoczy, a Wasza przygoda nie będzie się znacznie różniła od tej doświadczonej przez miliony ludzi, którzy także odwiedzili te same miejsca.



♦ Wat Saket

Wat Saket nie zrobiła na nas wrażenia oprócz tego, że ze Złotej Góry rozciąga się ciekawa panorama na Bangkok. Ze wszystkich odwiedzonych przez nas buddyjskich świątyń ta była najmniej klimatyczna. Warto się tam wybrać ze względu na taras widokowy. Poza tym nic szczególnego.

Długo szukaliśmy tuk-tuka, którym udalibyśmy się z Wat Saket do Pałacu Królewskiego. Każdy żądał wysokich sum. Ostatecznie znaleźliśmy kierowcę, który po długich negocjacjach zdecydował się nas podwieźć. Targowaliśmy się długo, a nasz pan od tuk-tuka wytaczał naprawdę ciężkie działa.
- Skąd jesteście?
- Z Polski.
- Z Polski. Uuuu, wy macie dużo pieniędzy!
Od tego momentu zaczniemy mówić, że jesteśmy z Mołdawii, kurna...



♦  Wielki Pałac Królewski

Docieramy do najpilniej strzeżonego miejsca w Bangkoku. Po śmierci króla Ramy IX zamknięto znaczny obszar wokół Wielkiego Pałacu Królewskiego. Generalnie podczas wizyty w strefie zamkniętej zmuszeni będziemy do przejścia przez bramki oraz okazania paszportu i zawartości plecaka strażnikom. Trochę nieswojo się czuliśmy, bo każdy mijany przez nas żołnierz dziwnie się na nas patrzył, a czasem nawet coś mówił po tajsku. Nie wiedzieliśmy o co chodzi, ale póki do nas nie strzelali to specjalnie się tym nie przejmowaliśmy :)

Ludzi było dużo. Znaczna część poubierana była w stroje w kolorze czarnym (na znak żałoby) lub różowym i żółtym (kolory monarchii). Turystów było bardzo niewielu, aczkolwiek tego dnia Wielki Pałac Królewski odwiedziło mnóstwo Tajów. Naszym celem był kompleks pałacowy Grand Palace wraz ze świątyniami, które uchodzą za najważniejsze miejsca kultu w buddyzmie. Dotarliśmy do wejścia głównego i w tłumie ludzi przeciskaliśmy się naprzód, aż w końcu udało się wydostać na fragment wolnej przestrzeni. Zwiedzanie kompleksu pałacowego kosztowało nas po 50 zł za osobę.

Co tu powiedzieć o tym miejscu... Niewątpliwie jest to najważniejszy punkt wizyty w Bangkoku, niemniej jednak przyszło nam oglądać Wielki Pałac Królewski, Świątynię Szmaragdowego Buddy i Wat Pho w niebywałym tłumie i niemiłosiernym upale. Słońce paliło bezlitośnie. To był bez wątpienia najgorętszy dzień podczas naszego pobytu w stolicy. Masakra.

Cały kompleks Wielkiego Pałacu Królewskiego robi naprawdę ogromne wrażenie. Precyzyjne zdobienia, architektoniczne detale, złoto, barwy... Wszystko było piękne, ale jakoś tak ciężko było się nacieszyć tym wszystkim, kiedy za plecami napierał tłum Azjatów. W Świątyni Szmaragdowego Buddy spędziliśmy dosłownie chwilę, bo ilość pielgrzymów na niewielkiej, zamkniętej przestrzeni sprawiała, że ciężko było oddychać nie mówiąc o poruszaniu się. Każdy przeciskał się, by dostrzec wyrzeźbione w szmaragdach niewielkie postacie Buddy. No i do tego ten upał. Chyba było naprawdę gorąco jak na tutejsze warunki, bo nawet Azjatom palące Słońce dawało się mocno we znaki. Każdy szukał choćby małego fragmentu cienia. Warto podkreślić przy tym, że tutejsza kultura nakazuje zakrywanie ramion i nóg podczas zwiedzania miejsc świętych, więc wygrzało nas porządnie.

Największy ruch zawsze panuje wokół Świątyni Szmaragdowego Buddy. Dalej robi się już nieco więcej wolnej przestrzeni, co wykorzystaliśmy do zrobienia sobie kilku fajnych zdjęć. Na koniec udaliśmy się do Wat Pho, gdzie znajduje się słynny posąg Odpoczywającego Buddy. To był niezwykle aktywny dzień. Taka wisienka na torcie, jeśli chodzi o sam Bangkok. Wypiliśmy zimny, świeży sok z mango, wybraliśmy się nad rzekę, by sfotografować świątynię Wat Arun, a na koniec wróciliśmy tuk-tukiem do naszego guesthouse'u. Przygotujcie się na solidną dawkę zdjęć :)



♦ Pora się żegnać

Okazało się, że trochę kiepsko stoimy z czasem. Musieliśmy zrobić ostatnie zakupy, przepakować plecaki i zjeść coś przed wyjazdem, bo za chwilę miał przyjechać po nas transport na lotnisko. Gospodarze naszego skromnego guesthouse'u pożegnali nas bardzo czule, ściskając i zapraszając do ponownych odwiedzin. Spędziliśmy w tym miejscu wiele nocy i nie ukrywam, że trochę zżyliśmy się z paniami Tajkami, które robiły wszystko, byśmy czuli się u nich jak najlepiej.

Pod nasz hostel podjechał bus. Nasi gospodarze pomogli nam zapakować bagaże i wyściskali nas na do widzenia. Jeśli będziecie szukać typowo backpackerskiego miejsca do przenocowania za parę złotych w centrum Bangkoku, to polecam Once in Bangkok guesthouse. Warunki bardzo skromne, ale klimat niezapomniany!

Docieramy na lotnisko błyskawicznie. Choć wydawało się, że w naszym busie lada moment rozleci się skrzynia biegów, to kierowca nie oszczędzał pojazdu, który mknął po autostradzie wyprzedzając slalomem wszystkich innych uczestników ruchu. Ostatecznie cali i zdrowi dotarliśmy na lotnisko, gdzie czekała nas odprawa i powrót do Warszawy z krótkim postojem w Dubaju.

Choć momentami mieliśmy dość Bangkoku, to z perspektywy czasu wszystkie jego wady zdają się być kulturową ciekawostką. W stolicy Tajlandii spędziliśmy łącznie 8 dni i szczerze przyznam, że nie poznałem tego miejsca zbyt dobrze. Nie wątpię, że Bangkok zaskoczyłby mnie jeszcze nieraz przy kolejnej wizycie. Myślę, że największym minusem tego miasta jest fatalna komunikacja miejska, która nie dociera do wielu kluczowych miejsc. Ostatecznie trzeba decydować się na długie, męczące spacery, na taksówki, które obwożą dookoła po całym mieście nabijając kilometry, albo na tuk-tuki, po długich i uciążliwych negocjacjach i przekonywaniu, że choć jesteśmy Europejczykami, to nie śpimy na pieniądzach. Ulice śmierdzą spalinami, zmieszanymi z zapachem smażonego na starym oleju mięsa. Wszechobecna turystyka i dążenie do zarobku sprawia, że czujemy się oszukiwani na każdym kroku i z czasem przestajemy komukolwiek ufać.

Pamiętam, że narzekaliśmy z Martyną na Bangkok, który momentami dawał nam ostro popalić. Dzisiaj opowiadam znajomym przy piwie o stolicy Tajlandii z uśmiechem na twarzy. Kiedy już człowiek wraca do swoich klimatów, traktuje odmienność jako ciekawe doświadczenie, kontakt z kulturą, która jest tak różna od tej, którą znamy z podróży po Europie. Choć Bangkok wielokrotnie podnosił nam ciśnienie we krwi, to z czasem stał się miejscem budzącym w nas ciekawość, a jego klimat określiłbym dziś nie tyle jako irytujący, ale raczej specyficzny. Jeśli miałbym w jednym zdaniu wypowiedzieć się o stolicy Tajlandii, to wyraziłbym się tak: Bangkok można kochać, lub nienawidzić, ale żeby go pokochać, trzeba go najpierw znienawidzić. Ja jestem już po pierwszej randce.

/ Mateusz








1 komentarz: