STRONA GŁÓWNA

Strony

Strony

środa, 30 sierpnia 2017

24 godziny w Dubaju (Azja 2017)

Przystanek pierwszy - Dubaj. Spędziliśmy tu zaledwie 24 godzin międzylądowania w drodze do Bangkoku. Przy zakupie biletów linii lotniczej Emirates zdecydowaliśmy się na dłuższą przesiadkę w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Oczywiście jeden dzień w Dubaju to zdecydowanie za mało, by poznać dobrze to miejsce, ale w takich okolicznościach byliśmy naszym krótkim pobytem bardzo usatysfakcjonowani. Podzieliliśmy naszą 15-godzinną podróż na dwa odcinki, dzięki czemu zwalczyliśmy tak zwany jet lag, a przy okazji zobaczyliśmy Dubaj w cenie biletu do Tajlandii. 



SZUKASZ PRAKTYCZNYCH INFORMACJI O DUBAJU? PRZEJDŹ DO OSOBNEGO POSTA: 


♦ Na pokładzie Emirates

To była dłuuuga podróż. Przed 8 rano wsiedliśmy w pociąg z Gdańska do Warszawy. Jako, że nie lubię stresować się o czas, na lotnisko Chopina przybyliśmy z jego sporym zapasem. Nigdy nie jest to dla nas problem, bo rzadko nudzimy się w podróży. Tysiące myśli i mała dawka adrenaliny sprawiają, że czas mija stosunkowo szybko. Osobiście uwielbiam klimat lotniska i jak dziecko wpatruję się w startujące, lądujące, czy przygotowujące się do odlotu samoloty. Lotnisko w Warszawie jest też o tyle przyjazne, że można korzystać z darmowego WiFi (co w Azji nie jest wcale takie oczywiste), dzięki czemu można jeszcze na ostatnią chwilę coś doczytać czy zaplanować.

Jest i on, potężny Boeing 777-300ER. Na jego pokładzie powitały nas piękne stewardessy w firmowych uniformach. Trochę trwało, zanim niespełna 450 pasażerów zajmie swoje miejsca. My w tym czasie grzebaliśmy w tabletach, przeglądając ofertę pokładowego systemu rozrywki ICE. Wypychanie, standardowe procedury bezpieczeństwa, najazd na pas, silniki na pełną moc i frrruu. Warszawa pożegnała nas pięknym widokiem na centrum miasta. Chwilę później wznieśliśmy się ponad chmury, co przełożyło się na dość monotonny (choć wciąż piękny) widok za oknem.

Lot liniami Emirates to czysta przyjemność. W umieszczonym w nagłówku tablecie można obejrzeć film, posłuchać muzyki, pograć w gry, czy śledzić na bieżąco lot. Uprzejme stewardessy ciężko pracują, aby dogodzić każdemu pasażerowi. Standardowo w cenie biletu otrzymaliśmy ciepły lunch. Nim się nie obejrzałem, a już byliśmy nad Turcją. Mniej-więcej od tego momentu nie odklejałem się od okna, za którym rozciągały się piękne widoki na góry i pustynie. Jako, że jednym z moich największych marzeń jest podróż do Iranu, to z dziecięcą fascynacją oglądałem ten kraj z góry, aż do momentu, gdy zaszło słońce.

Po ponad siedmiogodzinnym locie ujrzeliśmy za oknem światła Dubaju. Szybko udało mi się zlokalizować migoczący wieżowiec Burj Khalifa, a także sztuczne wyspy, usypane na kształt palm. Samolot zatoczył koło nad pustynią, silnie kontrastującą z oświetlonym miastem, i po chwili nasz pilot posadził mięciutko maszynę na pasie. Obsługa sprawnie umożliwiła pasażerom szybkie opuszczenie samolotu, pod którym czekały już podstawione autobusy.

Temperatura w Dubaju, około godziny 23 wynosiła... 36'C. Gdy wysiedliśmy z samolotu tylnym wyjściem, myśleliśmy, że ten podmuch ciepła dociera z rozgrzanych silników naszego Boeinga. Nic bardziej mylnego... Podróż autobusem ciągnęła się w nieskończoność. Lotnisko w Dubaju jest naprawdę ogromne, przez co dotarcie na terminal zajęło nam sporo czasu. Martyna na przykład wykorzystała ten czas na drzemkę.



♦ Hotel bezgwiazdkowy

Jedynym "minusem" naszego międzylądowania w Emiratach był nocleg, a właściwie to jego brak. Dotarliśmy na lotnisko w Dubaju około 23. Trochę trwało, zanim nasz Boeing "zaparkuje", bo port jest ogromny. Potem czekała nas długa podróż autobusem do terminalu. Tam z kolei staliśmy w kolejce do odprawy paszportowej. Koniec końców było grubo po północy, więc jeżdżenie po Dubaju i szukanie spania mijało się z sensem, tym bardziej, że zamierzaliśmy z samego rana wyruszyć na zwiedzanie. Zależało nam, aby jak najwięcej zobaczyć. Poza tym obiło nam się o uszy, że niektóre hotele wymagają od par aktu małżeństwa z racji tego, że w Emiratach źródłem prawa jest szariat. Mogliby na nas krzywo patrzeć. "Dzieciaki", bez ślubu, w jednym pokoju, no jak to tak...

Koniec końców zdecydowaliśmy się "przekimać" te kilka godzin na lotnisku, a że decyzja zapadła jeszcze przed wyjazdem, to wrzuciliśmy zawczasu do plecaków cieplejsze ubrania (na klimatyzację) i coś miękkiego pod tyłek. Rozłożyliśmy się gdzieś w zacisznym miejscu i zasnęliśmy jak zabici. Noc minęła błyskawicznie. Obudziliśmy się tylko raz około 5 rano, kiedy to z lotniskowych głośników rozległ się adhan, czyli nawoływanie do modlitwy. Słuchałem śpiewu jak zahipnotyzowany, po czym znowu wpadłem w objęcia Morfeusza. 

Wstaliśmy sobie o 8 rano, ogarnęliśmy się w czyściutkiej, lotniskowej toalecie, i po chwili byliśmy gotowi, by wyruszyć w miasto. Swoją drogą, w Azji na każdym lotnisku znajduje się kranik z pitną wodą. W imieniu ludzkości - dziękuję! Niestety w Europie wciąż zarabia się grube pieniądze na wodzie butelkowanej, a tak niewiele potrzeba, żeby ułatwić ludziom życie...

Jest godzina 9:00, a na zewnątrz temperatura już wynosi 38'C w cieniu. Na szczęście do metra docieramy bezpośrednio z terminalu, kupujemy jednodniowy bilet na metro, szybki rzut oka na mapę i jedziemy! 



♦ Oessu jak gorąco!

Wychodzimy ze stacji metra i srrruuu. Znacie to uczucie, kiedy w środku lata otwieracie piekarnik, żeby wyciągnąć kurczaka? Panował niemiłosierny upał. Parę minut po 9-tej temperatura wynosiła już 38'C. Każdy podmuch wiatru był odczuwalny jak nadmuch z ogrzewaniem. Na ulicach dość pusto - bo kto głupi chodziłby w taki skwar po ulicy...?

...idziemy do historycznej dzielnicy Al Fahidi. Niestety dystans ze stacji metra był dość spory. Ponadto, blisko 40-stopniowy upał przegrzał nam mózgi, straciliśmy orientację i zamiast przejść 1 km do Al Fahidi, wyszło nam 2,5 km zupełnie naokoło. No ale cóż, czasem warto nadłożyć drogi, żeby poznać trochę miasto z tej nieturystycznej perspektywy. Z upałem pomagała nam walczyć fascynacja nowym miejscem, oraz klimatyzowane sklepy, w których kupowaliśmy za 1,50 zł przepyszne, zimne, owocowe soki. Magia!



♦ Al Bastakiya

Docieramy do historycznej dzielnicy Al Fahidi, znanej także jako Al Bastakiya. To kolebka Dubaju, urzekająca swoją tradycyjną zabudową i niesamowitym klimatem pustynnego miasta. Tak to właśnie wyglądało zaledwie kilkadziesiąt lat temu, gdy ówczesne miasto było niewielkim portem o typowej, arabskiej zabudowie. Miejsce robiło naprawdę ogromne wrażenie.

Przechadzając się wśród domów z piaskowca spotkaliśmy pewnego jegomościa, odzianego w dishsdashę (zwaną także kondurą). Jest to długa, biała szata zakrywająca całe ciało, oprócz twarzy i stóp - bardzo popularna wśród mężczyzn w Emiratach.
- Hello! Skąd jesteście? - Spytał z szerokim, szczerym uśmiechem.
- Polska. - Jego mina ewidentnie zrzedła... 
- A powiedz mi, jaka jest stolica Polski?
- Warszawa.
- Aa, Warszawa, mhm...
No i się zaczęło. Pan Arab chyba nie miał pojęcia, gdzie leży Polska, ale za to opowiedział nam trochę o dzielnicy Al Fahidi i wskazał otwarte (czyt. bezpłatne) muzeum arabskich monet w jednym z wielu dziedzińców. Ciężko to w ogóle nazwać muzeum. Były to stare pomieszczenia z gablotami w domach z piaskowca. Niewątpliwie historia tubylczego pieniądza jest niezwykle ciekawa, ale znacznie bardziej fascynująca okazała się klimatyzacja. W tych warunkach mogliśmy oglądać starożytne złoto godzinami. Co ciekawe, nikt nie pilnował pomieszczeń, a poza nami nie było tam żywej duszy. Cóż, przy takiej frekwencji nic w tym dziwnego. Kto normalny wychodzi w taki upał z domu, żeby łazić po starym mieście...

Gdy już obejrzeliśmy z każdej strony wszystkie złote monety w kojącym chłodzie, opuściliśmy "muzeum" i w blisko 40-stopniowym słońcu udaliśmy się na dalsze zwiedzanie. 
Po kilku chwilach znowu spotkaliśmy Pana Araba. Jegomość ewidentnie szukał z nami kontaktu. Z wzajemnością, bo byliśmy bardzo ciekawi miejsca, w którym jesteśmy, a sympatycznie się z Panem Arabem rozmawiało. Niezwykle rozbawiła mnie jego reakcja, gdy powiedziałem mu, że u nas w Polsce jest teraz z 16'C. 
- A tak w ogóle to czemu siedzicie w pełnym słońcu? - Spytał patrząc na mnie z góry. 
- Nagrywamy film na bloga.
- W taki upał? Chodźcie na kawę, pokażę Wam prawdziwy arabski dom.
Eeee... Jakiś poznany na ulicy facet zaprasza nas do domu... Czy to dobry pomysł? Była chwila wahania, ale potem pomyślałem, że to Dubaj, chyba jedno z najbezpieczniejszych miast na Ziemi. Ale z drugiej strony... Dooobra, przygoda. Prowadź pan!



Kawa z daktylem

Drzwi do arabskiego domu były bardzo niskie, za to z bardzo wysokim progiem. Wszystko po to, aby mężczyzna wchodzący do domu skierował wzrok ku podłodze. Kobieta znajdująca się wewnątrz miała wtedy czas aby schować się szybko przed gościem. Ponadto mogła zajmować się domem przy otwartych na dziedziniec drzwiach, nie narażając się na spojrzenia mężczyzn z zewnątrz. Oczywiście, tak było kiedyś.

Pan Arab opowiedział nam sporo o muzułmańskich zwyczajach, po czym zabrał nas do ogromnego salonu, gdzie na dywanie siedział Starszy Pan Arab, a gdzieś w kącie pod ścianą starsza kobieta w przypominającej burkę abaji. Zostaliśmy zaproszeni na dywan, gdzie siedliśmy sobie rozmawiając z naszym gospodarzem. Tymczasem nieznający angielskiego Starszy Pan Arab przygotowywał kawę. Była niezwykle aromatyczna - gospodarz wymieniał nazwy przypraw, ale nie zdołałem ich zapamiętać. Do czarnej kawy podgryzaliśmy daktyle, wedle tradycji. Oczywiście do prawdziwej arabskiej kawy nie dodaje się mleka, ale kompozycja smaku i zapachu, oraz klimat miejsca i chwili sprawia, że jest ono zupełnie zbędne.

Sporo czasu spędziliśmy w arabskim towarzystwie, rozmawiając o kulturze Islamu, o zwyczajach, o koniach arabskich i stadninie w Janowie Podlaskim. Zapamiętywaliśmy też podstawowe słówka w tubylczym języku. Gdy chcieliśmy się już zwijać, Pan Arab krzyknął, że zrobi nam zdjęcie. Oczywiście standardowo do zdjęcia mężczyźni podają sobie dłonie. Ciekaw jestem, czy to taki zwyczaj, czy gest przyjaźni, czy turystyczny kicz. Nie zmienia to faktu, że zostaliśmy baaaardzo miło przyjęci. Nasz Pan Arab chyba pracował jako przewodnik, a że oprócz nas w Al Fahidi prawie nikogo nie było, to mogliśmy się poczuć jako wyjątkowi goście. Tak, wiem, że idiotycznie wyglądam na wspólnym zdjęciu, ale niestety na mój turecki siad zabrakło miejsca.

Na koniec musiałem walnąć gafę. Żegnając się ze Starszym Panem Arabem i Panią w abaji lekko schyliłem głowę. Pan Arab od razu zareagował, że to nie przystoi. W kulturze arabskiej kłaniać można się tylko bogu, bo ludzie są sobie równi. "Dlaczego mi się kłaniasz, jesteś moim bratem! Jestem taki jak ty!". Oczywiście nikt nie miał mi nic za złe, ale niewątpliwie Pan Arab był bardzo zaskoczony moim gestem. Na koniec ucięliśmy sobie krótką pogawędkę na temat różnic kulturowych. Tymczasem do Pana Araba przybyło pięciu innych mężczyzn, a podczas serdecznego powitania, panowie zaczęli pocierać się nosami, jak Eskimosi... Tym razem to ja byłem zaskoczony. 

Nie ukrywam, przeszło mi przez myśl, że na pożegnanie Pan Arab wyciągnie do nas rękę o pieniądze. Zazwyczaj, gdy ktoś jest dla Ciebie wyjątkowo miły, a Ty jesteś turystą, to ktoś chce Cię naciągnąć na kasę. Tym razem było inaczej. Pożegnaliśmy naszego gospodarza-przewodnika, a on ze swoim szczerym uśmiechem pomachał nam na do widzenia.



♦ Wioska rybacka

Przechadzając się po dzielnicy Al Bastakiya próbowaliśmy sobie uświadomić, że dawny Dubaj wyglądał kiedyś właśnie tak, jak na zdjęciach. Dziś kojarzy nam się głównie z najwyższymi na świecie drapaczami chmur, z odważnymi inwestycjami czy ekstrawaganckimi projektami, jak choćby sztuczne wyspy w kształcie palm. Jeszcze 60 lat temu Dubaj był niewielką wioską rybacką. Przełomowym momentem było odkrycie złóż ropy naftowej w 1966 roku i wycofanie się wojsk brytyjskich. To drugie wydarzenie przyczyniło się do utworzenia niezależnych federacji emiratów. Pewnie wielu z Was o tym nie wie, ale Zjednoczone Emiraty Arabskie ogłosiły niepodległość od Wielkiej Brytanii w 1971 roku, czyli zaledwie 46 lat temu.

Zanim w emiracie Dubaju odkryto złoża ropy naftowej (1966), mieszkańcy tzw. Omanu Traktatowego pod protekcją korony brytyjskiej mieszkali w takich oto domach z piaskowca. Z racji dochodzących tu nawet do 50'C temperatur, w mieście umieszczano wieże zwane "wind tower", które służyły jako klimatyzacja. Szklanych okien oczywiście nie było, bo i po co. Tylko by się kurzyły. Prywatność zapewniają zasłony, a jak przyjdzie burza piaskowa, to zamyka się okiennice i już.

Opuszczamy Al Fahidi i udajemy się w stronę metra. Temperatura przekracza 40'C a my pieczemy się żywcem w pełnym słońcu. Niestety okolice starego miasta są (jeszcze) stosunkowo płaskie i czasem trudno o cień. Na ulicach ani żywej duszy, oprócz tych, co siedzą w klimatyzowanych autach, i nas, spragnionych wody i przygód studentów, którzy ze skromnym budżetem chcą zobaczyć, ile tylko czas pozwoli. Widać też hindusów, którzy przeważnie pracują na budowach. A Dubaj jest jednym wielkim placem budowy. Mówi się, że 30% wszystkich dźwigów świata znajduje się właśnie w dubajskim emiracie. Aż trudno uwierzyć!

Kiedy już zaczynaliśmy majaczyć i odchodzić od zmysłów, wpadliśmy do klimatyzowanej stacji metra i znów poczuliśmy, że żyjemy :)



♦ Dubaj, miasto przyszłości

Jedziemy do Burj Khalifa - mierzącego 829 metrów wysokości najwyższego wieżowca na świecie (dla porównania, warszawski Pałac Kultury ma 231 m). W Dubaju wszystko musi być największe, najwyższe, najciekawsze. Pod najwyższym budynkiem świata, czyli Burj Khalifa, znajduje się największe centrum handlowe świata - The Dubai Mall. Zajmuje ono powierzchnię 112,4 ha, na której rozlokowano 1200 sklepów oraz 120 kawiarni i restauracji. W The Dubai Mall znajduje się także potężne akwarium o pojemności 10 mln litrów.

Całe miasto z minuty na minutę zachwyca nas czymś nowym. Wszystko jest niezwykle ekstrawaganckie. Czujemy się trochę, jakbyśmy przenieśli się w przyszłość. I chyba trochę tak jest, bo Dubaj jest miastem ponadczasowym i niewątpliwie innowacje wprowadzone tu w życie będą inspiracją dla innych miast na świecie.

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o upale. W Dubaju nie jest to szczególny problem, o ile nie jest się turystą, który chce wszystko zobaczyć. Mieszkańcy Dubaju praktycznie nie wychodzą z klimatyzowanych pomieszczeń. Dom, samochód, metro, tunele, biura... Wszystko jest klimatyzowane. Po mieście można poruszać się praktycznie nie wychodząc na skwar, za sprawą licznych tuneli i świetnej komunikacji między stacjami metra, a np. centrami handlowymi. Wysiadając na stacji Burj Khalifa, idziemy 1 km (!) przez szklany tunel zawieszony nad ulicami. W pokonaniu dystansu pomagają ruchome chodniki. Tunel łączy stację metra z centrum handlowym i Burj Khalifa.

W tym mieście, gdzie temperatury sięgają 50'C, klimat nie jest problemem dla mieszkańców. Najgorzej mają Ci, którzy pracują na budowach i my, którzy pieczemy się w słońcu, żeby zrobić jak najlepsze zdjęcia. Tak było w przypadku, gdy opuściliśmy klimatyzowane The Dubai Mall, żeby popatrzeć na najwyższy budynek świata. Burj Khalifa robi ogromne wrażenie, a jego iglica zdaje się sięgać nieba. Niestety nie wytrzymaliśmy długo na zewnątrz i choć majestatyczna budowla wzbudzała zachwyt, to chłód klimatyzowanego centrum handlowego okazał się nadto przekonywujący.  



♦ Burj al Arab

Z Burj Khalifa jedziemy na stację FGB. Planujemy udać się na plażę Jumeirah, skąd rozciąga się atrakcyjny widok na najdroższy hotel świata, Burj al Arab. Plan jest ambitny - idziemy 3,5 km z buta, jako że nie ogarnęliśmy, jak się tam dostać busem (a ponoć takowe tam jeżdżą). Niestety, o dziwo, podłączenie się do jakiegoś wifi w Dubaju graniczy z cudem. To dość zaskakujące, że w tak nowoczesnym mieście nie można skorzystać nigdzie z darmowego internetu...
Długo przymierzamy się do wyprawy, zdając sobie sprawę, że na zewnątrz temperatura W CIENIU wynosi ponad 40'C, a poza centrum biznesowym Dubaju cienia nie ma, więc odczuwalna jest znacznie wyższa. Ale co to tam dla nas, 3,5 km z buta, nie takie dystanse się pokonywało. Jedziemy z tym koksem!

Drzwi klimatyzowanego tunelu otwierają się a tam... fala gorąca, jakby kilka metrów od nas startował myśliwiec F16. Po kilku sekundach pobytu w arabskim słońcu obaliłem teorię, że człowiek jest stałocieplny. Wyobraźcie sobie, że człowiek w 70% składa się z wody. Ja w 70% byłem wrzątkiem. To się po prostu nie mogło udać...

Złapaliśmy taxi. Pewnie wielu z Was pomyśli - "eee, burżuje, taksówko po Dubaju jeżdżo". Ano, 4 zł za kilometr dzielone na dwoje. Mogłoby się wydawać, że Dubaj jest drogi, ale tak nie jest. Ceny jedzenia porównywane z tymi w Polsce, noclegi poza sezonem też śmiesznie tanie, a standard bardzo wysoki. Tu naprawdę można sobie spokojnie przyjechać na wakacje i nie trzeba mieć grubego portfela.

Opuszczamy taksówkę przy plaży Jumeirah. Spytałem naszego kierowcę, jaka jest temperatura na zewnątrz - 42'C w cieniu, w słońcu ponad 50'C. Ale jeszcze tylko parę kroków i wskoczymy do czyściutkich wód Zatoki Perskiej. Piach niemiłosiernie parzy w stopy. Już wyobrażam sobie ten kojący chłód wody. Taki ch. Woda ciepła jak w wannie. Totalny bezsens. Ale posiedzieliśmy sobie, porobiliśmy zdjęcia, pogapiliśmy się na piękny Burj al Arab, generalnie sympatycznie spędziliśmy czas patrząc na jeden z symboli Dubaju.



♦ Twlht Ana Lsotak

Z plaży Jumeirah wracamy taksówką do Mall of the Emirates, centrum handlowego, słynącego ze śnieżnego parku i sztucznego stoku narciarskiego. To było bardzo ciekawe zjawisko. Na zewnątrz temperatura sięga 42'C w cieciu, a tutaj ludzie przechadzają się w kurtkach zimowych, wszędzie wokół obrazki pingwinów i atmosfera zimy. Na lepienie bałwana w Dubaju nie starczyło nam ani czasu, ani pieniędzy, więc popatrzyliśmy sobie tylko przez ogromną szklaną szybę, porobiliśmy zdjęcia i udaliśmy się do stacji metra.

Wracamy do Burj Khalifa, aby jeszcze przed wylotem do Bangkoku obejrzeć spektakularny pokaz fontann pod najwyższym budynkiem świata. Wsiedliśmy do pierwszego wagonu z nadzieją na to, że uda nam się nagrać film, z ustawionego na statywie aparatu. Niestety, przy przedniej szybie stali ludzie. Jako, że wszyscy stali oparci tyłem, postanowiłem podejść i zapytać, czy mógłbym ustawić przy przedniej szybie statyw. Skończyło się na tym, że całą drogę gadaliśmy z miejscowymi o Dubaju i o naszej podróży po Azji. Wszyscy bardzo zaangażowali się także, by nasz timelapse wyszedł jak najlepiej, sugerując ustawienie kamery i uprzedzając, w którym dokładnie miejscu wyłoni się spośród ściany budynków słynna Burj Khalifa.

Docieramy na taras przy fontannie w oczekiwaniu na pokaz. O 20:30 wystrzeliły pierwsze strugi wody. Z rozlokowanych wszędzie wokół głośników rozległa się muzyka. Rozbłysły światła. Taniec wody przy akompaniamencie niezwykle klimatycznej piosenki "Twlht Ana Lsotak" Eida'y Al Menhali zrobił na nas ogromne wrażenie, jak i całe miasto, z którym niestety musimy się powoli żegnać. A właściwie to nie do końca powoli, bo ostatecznie prawie spóźniliśmy się na samolot :)



Ma'a as salama, Dubai!

Jeden dzień w Dubaju to zdecydowanie za mało, ale biorąc pod uwagę, że byliśmy tu w ramach przesiadki, to uważam, że 24-godzinny postój w Emiratach był świetnym pomysłem. Zobaczyliśmy zabytkową dzielnicę Al Bastakiya, wypiliśmy kawę z Arabami, zamoczyliśmy stopy w Zatoce Perskiej, doświadczyliśmy pustynnego skwaru w środku lata, zobaczyliśmy najwyższy budynek świata, największe centrum handlowe, najdroższy hotel, stok narciarski w Mall of the Emirates, wyrzucającą na 150 m wodę fontannę, czy sztuczne wyspy w kształcie palm. Budżet? 100 zł na osobę - wystarczyło na całodobowy bilet na metro, na jedzenie i picie (a piliśmy naprawdę dużo), na taxi, na pamiątki w postaci magnesów, i to tyle... 

Biegiem przelatujemy przez lotniskowe bramki i pędzimy na samolot. Martyna jeszcze w panice pomyliła gate ;) Ostatecznie odnaleźliśmy naszą bramkę. Sprawdziliśmy czas i okazało się, że jeszcze spokojnie zdążymy skorzystać z toalety. Za szybami widać już było największy samolot pasażerski świata, Airbusa A380. Na pokładzie tej potężnej, dwupiętrowej maszyny polecimy prosto do Bangkoku.

Niedługo po wzbiciu się w powietrze, stewardessy poczęstowały nas ciepłym posiłkiem. Zaraz ktoś pewnie powie, że tak niezdrowo przed spaniem. Ale to było takie dooobre. Poza tym, co jak co, ani mi, ani Martynie otyłość raczej nie grozi :) Zmieniamy klimat i lecimy do Tajlandii. Nasza podróż zaczyna się fantastycznie, a to dopiero drugi dzień w podróży!

3 komentarze:

  1. Świetna relacja! Ja już odliczam dni do mojego wyjazdu! Czekam na relacje z lotu A380! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. wow, jak pięknie! muszę się tam wybrać, widać, że warto :)

    OdpowiedzUsuń