STRONA GŁÓWNA

niedziela, 19 marca 2017

TATRY: marzec 2017

Oboje potrzebowaliśmy tego wyjazdu. Wymęczeni przez studenckie obowiązki, po zdaniu wszystkich egzaminów spakowaliśmy plecaki i uciekliśmy w góry. Chyba pierwszy raz pojechaliśmy w Tatry bez parcia na zdobywanie szczytów. Miał to być, po pierwsze, odpoczynek, po drugie, obóz szkoleniowy. Zainwestowaliśmy trochę w sprzęt turystyczno-wspinaczkowy, więc chcieliśmy zapoznać się trochę z technikami asekuracji przed poważniejszym wspinaniem. Małymi kroczkami do przodu. Mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy chodził mi Kościelec - według mnie najpiękniejsza z gór, której zdobycie szczytu od zawsze było moim marzeniem. 


Zakopane przywitało nas piękną pogodą. Zrobiliśmy szybkie zakupy i dotarliśmy pieszo do Kuźnic. Okazało się, że kolejka PKL na Kasprowy Wierch nie kursuje. Trochę kiepsko, bo chcieliśmy wjechać sobie na szczyt a stamtąd zejść do schroniska na Hali Gąsienicowej, gdzie mieliśmy zaklepane 3 noclegi. Dotarło do nas, że będziemy musieli dotrzeć na miejsce pieszo, z blisko 20-kilogramowymi plecakami na plecach. Niestety, za każdym razem obiecujemy sobie, że weźmiemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, no ale nie da się poniżej tych 15 kg zejść. Najwięcej waży żelastwo - czekan, raki, oprócz tego lina, uprzęże, kaski, kijki, śpiwory, maty samopompujące... Było ciężko, ale najgorsze było dopiero przed nami...

Wybraliśmy szlak przez Boczań. Już w Kuźnicach musieliśmy założyć raki, bo wszystko było skute lodem tak, jakby ktoś tam wylewał wiadra wody. Dalej szło się niezbyt wygodnie, bo naprzemiennie pokonywaliśmy odcinki to po lodzie, to po suchej skale, a zdejmowanie i zakładanie raków co chwila kosztowałoby nas zbyt dużo czasu. Na domiar złego, zaczęło bardzo wiać. Nawet w środku lasu odczuwaliśmy podmuchy, drzewa bujały się niepokojąco we wszystkie strony. Woleliśmy jednak nie myśleć o warunkach na grani, więc uparcie szliśmy przed siebie. Minęła nas młoda dziewczyna, która na pytanie o dalszą drogę w górę zaśmiała się i przyćmiła nasz optymizm słowami "bez szans". Po chwili minęliśmy parę tatromaniaków, którzy powiedzieli, że wiatr zwala z nóg. Zaczęliśmy się martwić, ale stwierdziliśmy, że okej, damy radę. Najwyżej będziemy szli powoli, w końcu odcinek graniowy do Przełęczy między Kopami nie jest strasznie długi, a z siodła do Hali już rzut beretem. Motywowaliśmy się wzajemnie, że damy radę i uparcie łoiliśmy w górę przez las. Spotkaliśmy kolejną parę, która usiłowała nas przekonać, że tylko tracimy czas, że wszyscy wracają, wieje halny, ludzie wbijają czekany i usiłują ustać na nogach. Z każdym następnym krokiem zastanawialiśmy się, co robić. Mogliśmy iść dalej niebieskim szlakiem i próbować nie dać się zdmuchnąć z grani. Mogliśmy też zawrócić tak jak wszyscy. Bolała nas myśl o powrocie, bo przeszliśmy już spory kawał drogi z ciężkimi plecakami - na marne? Wiedzieliśmy, że musimy się dostać do schroniska, bo przepadnie nam rezerwacja. Ale co, jeśli się nie uda? Zostaniemy w Zakopanem na noc? Ostatecznie z wielkim wyrzutem sumienia zdecydowaliśmy się zawrócić. Straciliśmy sporo czasu i zaczynaliśmy się godzić z myślą, że nie dotrzemy do Murowańca na noc. Po zejściu do Kuźnic zdecydowaliśmy spróbować podejść na Przełęcz między Kopami przez Dolinę Jaworzynki. Żółty szlak biegnie dołem, więc nie powinno aż tak mocno wiać, a podejście na siodło jest stosunkowo krótkie, choć bardziej strome.

Bez przekonania ruszyliśmy przed siebie. Ścigaliśmy się z czasem, choć określenie "ścigaliśmy się" brzmi dość nieadekwatnie, mając na uwadze nasze wypchane 80-litrowe plecaki i śnieg pod stopami. W dolinie również wiało momentami tak, że nie raz traciliśmy równowagę. Na niebie chmury pędziły z zachodu na wschód jak w timelapsie, choć w czasie rzeczywistym. Zobaczyliśmy schodzącą dziewczynę, tę samą, która mijała nas zawracając z Boczania. Ona też próbowała się dostać do Murowańca, ale się poddała i wraca do Zakopanego. Mimo wszystko dotarliśmy już tak daleko, że postanowiliśmy walczyć do końca. Rozpoczęliśmy mozolne gramolenie się w śniegu na ostatnim odcinku żółtego szlaku. Ku naszej ogromnej uciesze... wiatr jakby tracił na sile. Ostatecznie udało nam się wejść na przełęcz i dotrzeć do Murowańca. Gdy tylko dostaliśmy do ręki klucz do pokoju, padliśmy na łóżka jak zabici. Wieczorem dowiedzieliśmy się, że halny wiał w porywach do 140 km/h. Schronisko było prawie puste, a gdy rezerwowałem pokój z tygodniowym wyprzedzeniem, załapaliśmy się na ostatnie miejsca. To świadczy tylko o tym, jak wiele osób nie dotarło tu na nocleg.

Nasz plan zakładał 3-dniowy pobyt w Murowańcu. Potem mieliśmy przedostać się do Doliny Pięciu Stawów przez Zawrat. Pomysł przejścia przez przełęcz na drugą stronę grani Orlej Perci z ciężkimi plecakami nie napawał nas optymizmem. W przypadku odwrotu, musielibyśmy wracać do Zakopanego. Z Murowańca by nas wyrzucili w przypadku braku miejsc w pokojach. Niestety spanie na podłodze w przypadku tego schroniska nie wchodzi w grę. Mówi się, że nawet po zmroku każą wracać do Zakopanego. Zawrat martwił nas swoją stromizną i zagrożeniem lawinowym. Utrzymywał się drugi stopień w 3-stopniowej skali tatrzańskiej. Silny wiatr i duże obciążenie bagażem tylko potęgowało niebezpieczeństwo, choć mieliśmy świadomość, że szlak ten jest bardzo popularny, a o ile mnie pamięć nie myli, tylko raz lawina zeszła Zawratowym Żlebem. Mimo wszystko byliśmy lekko zaniepokojeni i martwiliśmy się, co robić w przypadku wymuszonego odwrotu.


Drugiego dnia po przyjeździe mieliśmy spróbować zaatakować Kościelec. Plan ten niestety wziął w łeb, gdyż po przebudzeniu ujrzeliśmy za oknem padający śnieg i gęstą mgłę. Wiedzieliśmy, że raczej nie ma większych szans na ambitne trasy, więc postanowiliśmy wybrać się nad Czarny Staw Gąsienicowy i dalej ku Zawratowi, żeby przekonać się, z czym będziemy mieć do czynienia przechodząc przez grań do Doliny Pięciu Stawów. Ponadto chcieliśmy poćwiczyć w terenie wiązanie węzłów, asekurację lotną i potrenować hamowanie zjazdów za pomocą czekana.

Sprawnie dotarliśmy nad Czarny Staw, skąd ruszyliśmy na przełaj po tafli na drugi brzeg. Z początku odczuwaliśmy swoisty niepokój, jednak jak się potem okaże, będziemy jeszcze wiele razy biegać po jeziorach, więc oswoimy się ze świadomością, że w środku zimy pokrywa lodowa jest stabilna i bezpieczna.

Dalej rozpoczęło się łojenie w górę stromego zbocza. Ku pokrzepieniu motywacji mgła rozeszła się, odsłaniając na horyzoncie morze chmur, a naszym oczom ukazały się piękne turnie. Patrzyliśmy sobie na szczyty, które udało nam się dotychczas zdobyć i przepełniała nas duma, gdy uświadamialiśmy sobie, że staliśmy o tam, na samym szczycie góry, która z daleka wzbudza podziw za sprawą swych prawie że pionowych ścian.

Zatrzymaliśmy się nad Zmarzłym Stawem, gdyż znów naszła gęsta mgła. Zdążyliśmy jednak spojrzeć z dołu na Zawratowy Żleb, którym mieliśmy dotrzeć do Piątki ostatniego dnia pobytu w Hali Gąsienicowej. Zdecydowaliśmy, że nie idziemy dalej, więc kwestia warunków śniegowych i terenowych wciąż pozostawała zagadką. Postanowiliśmy poćwiczyć wiązanie liny i asekurację w Kościelcowym Kotle, miło spędzając czas w swoim towarzystwie.

Ktoś może powiedzieć, że lansujemy się sprzętem w łatwym terenie. Mam tu na myśli głównie kask. Proszę państwa - widziałem w sieci zdjęcia śladów krwi, które zostawił mężczyzna obijający się o skały wystające ze śniegu podczas niekontrolowanego zjazdu i słyszałem o wielu wypadkach ludzi, którzy rozbili sobie głowę o kamień. Sam oberwałem wielokrotnie w kask spadającym odłamkiem lodu. Tak więc nie dam się przekonać, że noszenie kasku to obciach tym bardziej, że towarzyszy mi kobieta, której muszę dawać przykład i o której bezpieczeństwo muszę dbać. Tyle w temacie. 


Dzień trzeci. Wstajemy z samego rana, patrzymy przez okno - ładna pogoda. Ale coby nie było zbyt kolorowo - wieje. Pizga. Dmucha niemiłosiernie. To był ostatni dzień, ostatnia szansa na Kościelec. Gdy powiedziałem dwóm poznanym wcześniej chłopakom z pokoju o naszym planach, ci robili wielkie oczy i szyderczo życzyli nam powodzenia. Nie oszukujmy się - sam nie wierzyłem, że uda się nam daleko zajść. Monitory w schronisku informowały o wiejącym na Kasprowym wietrze o prędkości 90 km/h. Coby nie siedzieć w schronisku, postanowiliśmy ubrać się szczelnie i ciepło, przejść się po Hali Gąsienicowej i może ponagrywać jakieś ujęcia i porobić zdjęcia. Chyba tylko my wyszliśmy ze schroniska. A nie, przepraszam. Obserwowaliśmy z jadalni mężczyznę, który wyszedł przed nami, ale wrócił po 2 minutach.

Wyszliśmy ze schroniska z nastawieniem, że nic nam się dziś nie uda. Ale co tam, odpoczywamy, cieszymy się górami, zapominamy o obowiązkach i problemach związanych z uczelnią, pracą i tym podobnym. Nasz marsz wyglądał następująco: 5 kroków, czekan w śnieg i kulimy się przed wiatrem. 5 kroków, czekan, przeczekać podmuch. 5 kroków, czekan, przeczekać podmuch. I tak kroczek po kroczku szliśmy sobie w kierunku Kasprowego Wierchu z zamiarem dotarcia przynajmniej do Zielonego Stawu. Za stacją kolejki śnieg sięgał nam momentami do kolan, co sprawiało, że zaczynaliśmy się szybko męczyć. Mimo to miło mijał nam czas. Popijaliśmy herbatkę, obserwowaliśmy grań, podziwialiśmy masyw Świnicy, oglądaliśmy lawiniska pod Skrajną Turnią. Choć wiatr sypał nam w oczy mieszanką śniegu i lodu, postanowiliśmy udać się dalej w stronę przełęczy Karb, żeby chociaż popatrzeć sobie na Kościelec z bliska. Nie chciałem jeszcze wtedy straszyć Martyny swoimi przemyśleniami, że w sumie może spróbujemy wejść na szczyt :)

W okolicy Długiego Stawu wchrzaniliśmy się w kosówki. Gdy krzaki kosodrzewiny przysypie śnieg, są one praktycznie niewidoczne. Dopiero gdy człowiek stanie na nich i zapadnie się po pas, zauważy pod nogami gałęzie, zamaskowane przez śnieżną pokrywę. Samo podejście na przełęcz było jednak mocno zlodowacone. Ostatecznie udało nam się wejść na Karb (1853m n.p.m.), gdzie schowaliśmy się w niewielkiej skalnej grocie przed wiatrem.

Wtedy też zacząłem negocjować z Martyną możliwość kontynuowania wędrówki czarnym szlakiem na szczyt Kościelca. Udało mi się ją przekonać, choć sam byłem gotów zawrócić w każdym momencie, kiedy tylko uznam, że nie warto ryzykować. Kościelec był mocno zmrożony, w wielu miejscach pokryty zbitym śniegiem lub czystym lodem. Jego wschodnie i zachodnie ściany opadały pionowo w dół nie dając szans na przeżycie upadku. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się spróbować. Założyliśmy kaski, uprzęże, związaliśmy się liną. Sama północna płyta nie jest jakoś wyjątkowo stroma, ale jednak w kilku miejscach szlak zbliża się do urwiska, a każde poślizgnięcie i niekontrolowany zjazd po lodzie mógł skończyć się źle. Dlatego też związaliśmy się liną, która dodawała nam pewności siebie. Mogłem ponadto asekurować swoją partnerkę w czujniejszych miejscach, a w razie potrzeby zwiększyć szansę na wyhamowanie jej zjazdu. Po prostu będę mógł ją ratować. Bez liny jestem bezradny.

Podejście na Kościelec było bardzo zróżnicowane. Momentami zbliżaliśmy się do urwiska ostrożnie stawiając każdy krok. Wspinanie utrudniał wiatr, który często zmuszał nas do przykucnięcia i przeczekania silniejszych podmuchów. Choć momentami czułem zastrzyk adrenaliny, wiedziałem co robię i potrafiłem oszacować zagrożenie. W czujnych miejscach przyjmowałem stabilną pozycję będąc przygotowanym na potencjalne szarpnięcie w przypadku, gdyby Martyna straciła równowagę przez silniejszy podmuch. Poza kilkoma trudniejszymi fragmentami szło się bezpiecznie, stopniowo zdobywając wysokość trawersując północną płytę. Najtrudniejszy technicznie był atak szczytowy. Wymagał on dużej pracy czekanem naprzemiennie w śniegu, lodzie, a nawet suchej skale. Z tego co pamiętam, trzeba było wdrapać się na dwie półki, podciągając się i brnąć prawie że pionowo w górę. Tuż pod samym wierzchołkiem trzeba się wspiąć w dość trudnym terenie, wymagającym sporej zręczności. Niestety margines błędu jest bardzo mały. Z lewej strony jest przepaść, z prawej bardzo stromy skalisty stok.

W kulminacyjnym momencie naszła mgła, która zakryła wszystko dookoła. Nie dane nam było oglądać widoków z Kościelca - pozostała tylko satysfakcja ze zdobycia szczytu (2155 m n.p.m.), który w obecnych warunkach wymagał od nas momentami koncentracji i umiejętności radzenia sobie z trudnościami technicznymi.

Już po chwili rozpoczęliśmy schodzenie. Przed nami kawał drogi do schroniska, ponadto wiatr nie umilał nam pobytu na grani. Schodzenie po stromiźnie zawsze jest trudniejsze od wchodzenia, bo nie widać tego, co się ma pod nogami. Dlatego też i tu przydała się lina, która pozwoliła - przynajmniej Martynie - na bezpieczne zejście po stromym stoku. Niestety, gdy trzeba zachować czujność i koncentrację, nie myślimy o robieniu zdjęć, dlatego nie znajdziecie w nich opisywanego przeze mnie dramatyzmu :) Po zejściu z wierzchołka chmury rozpierzchły się odsłaniając nam przepiękną panoramę. To była najlepsza nagroda, jaką mogliśmy otrzymać tego dnia.

Oprócz wspomnianego wierzchołka, dalsze zejście nie sprawiło nam większych problemów, choć wiatr chyba jeszcze bardziej się wzmagał - przynajmniej mieliśmy takie wrażenie. Otaczająca nas sceneria napawała nas ogromną radością. Warto było wyjść ze schroniska, walczyć z wiatrem i uparcie brnąć do góry. Zostaliśmy za ten wysiłek hojnie obdarzeni.

Wróciliśmy do schroniska nieziemsko zmęczeni, ale dumni i szczęśliwi. 
- No i jak tam, gdzie się podziewaliście? - Spytał jeden ze współlokatorów.
- Na Kościelcu - odpowiedziałem. Kolega zrobił wielkie oczy:
- Zdobyliście szczyt?!
- No kurna! 


Dzień czwarty. Poprzedniego wieczoru poznaliśmy Darka i Pawła. Okazało się, że chłopaki także wybierają się do Piątki przez Zawrat. Złapaliśmy ze sobą bardzo fajny kontakt i na myśl o wspólnej wyprawie zrobiło się wszystkim raźniej.

Wstaliśmy z samego rana. Wiedzieliśmy, że musimy wziąć na plecy wszystko, co tylko mamy ze sobą i wdrapać się z tym na 2159 metrów, więc wyszliśmy znacznie wcześniej. Chłopaki dogonili nas nas nad Czarnym Stawem. Oprócz nich, dołączył do nas 3-osobowy zespół facetów, których spotkaliśmy dzień wcześniej na przełęczy Karb. Szliśmy więc w ekipie, dzięki czemu podświadomie motywowaliśmy się nawzajem do marszu. Pogoda była idealna - czyste niebo i brak wiatru. To był dobry znak.

Do Kościelcowego Kotła szliśmy bez problemów, jednak w okolicy Zmarzłego Stawu musieliśmy się już wspinać po niewielkim lodospadzie i kuć łopatkami stopnie. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, choć dość ryzykowne. Lód jak to lód, w przypadku utraty równowagi zjazd kilkadziesiąt metrów w dół gwarantowany. A niżej na nieuważnych czekały skały. Swoją ważną rolę odegrały kaski, gdy co chwila ktoś z góry krzyczał "uwaga lód" po czym tuż obok przelatywała oderwana bryła. Po dłuższej chwili pokonaliśmy trudniejszy odcinek. Po wszystkim jednogłośnie stwierdziliśmy, że można było to obejść odbijając wcześniej na żółty szlak prowadzący do Koziej Dolinki. Mimo to dobrze się bawiliśmy, zaliczając swoją pierwszą wspinaczkę w lodzie, choć Kuluar Kurtyki to to raczej nie był :)

Za Zmarzłym Stawem było już tylko łojenie w górę i walka ze śniegiem, który momentami bardzo utrudniał życie. Co chwilę biały puch uciekał spod nóg, co przy kilkunastukilogramowym obciążeniu na plecach było naprawdę uciążliwe. Do tego ciągle gdzieś z tyłu głowy krążyła myśl o potencjalnej lawinie, którą możemy wywołać naruszając niezbyt dobrze związane struktury śniegu. Cała nasza ekipa podzieliła się na 3 zespoły, żeby każdy szedł w swoim tempie, przy okazji nie obciążając zbyt mocno stoku. Martyna była wściekła, ale uparcie brnęła pod górę. Imponowała mi tym, że mimo ogromnego wysiłku tak dzielnie szła pod górę. Nie był to typowy kobiecy foch, nie obrażała się na mnie - to była sportowa złość i wola walki w oczach. Czapki z głów dla niej, ta dziewczyna nie przestaje mnie zadziwiać.

Spostrzegawcze osoby oglądając zdjęcia mogą zastanawiać się, po no założyłem uprząż nad Czarnym Stawem. Potem jeszcze kask. Chodziło głównie o odciążenie pleców i zrobienie miejsca w i tak wypchanym po brzegi plecaku (na domiar wziąłem sporo rzeczy od Martyny). Wyglądałem trochę śmiesznie, ale zawsze na grzbiecie trochę lżej.

Podobnie jak dzień wcześniej, Tatry nagrodziły trudy wędrówki. Z Zawratu (2159 m n.p.m.) rozlegał się przepiękny widok na Dolinę Pięciu Stawów i unoszące się nad nią szczyty Tatr Wysokich. Cudowna panorama, blask słońca i radość z dotarcia do celu napawały nas ulgą, że już po wszystkim, a do schroniska prosta droga w dół. Nie było jednak tak kolorowo, bo od południowej strony śniegu było jeszcze więcej, więc co chwila traciliśmy równowagę i lądowaliśmy miękko na śniegu podpierając się dłońmi. Było to dość irytujące, bo byliśmy już naprawdę zmęczeni, a jednak z przełęczy do schroniska jest dość spory kawałek drogi. Bez niespodzianek, choć wyczerpani, dotarliśmy do Piątki, gdzie w jadalni czekała na nas ekipa, pilnując już miejsca do spania na podłodze.

Trzej wcześniej wspomnianych facetów z teamu zeszło tego samego dnia do Roztoki, a my z Darkiem i Pawłem spędziliśmy miły wieczór pijąc piwo i grając w karty. Jak się okazało, zwolniły się miejsca w 8-osobowym pokoju, więc nie musieliśmy spać w bufecie. Początkowo zakładaliśmy, że zostaniemy na kolejne dwie noce w Piątce. Jak się jednak okazało, zapowiadano znowu wiatr powyżej 100 km/h. Poza tym, gdy szliśmy do schroniska z Zawratu, zobaczyłem dwa spore lawiniska nad Wielkim Stawem, co definitywnie wybiło mi z głowy pomysł wejścia na Szpiglasowy Wierch. Inne trasy z Piątki nie kusiły nas specjalnie - z Zawratu dopiero co zeszliśmy, a Kozi Wierch zdobyliśmy niedawno, prawie że w zimowych warunkach przy pięknej pogodzie. Poza tym prognozy pozbawiały nas złudzeń - nic tu po nas, wspinanie zakończone, zostajemy w dolinach. Przed nami trzy dni pobytu w Tatrach, ale Kościelec i Zawrat nasyciły nas taką satysfakcją, że nie mieliśmy już dzikiego parcia na podniebne wędrówki. Postanowiliśmy przyłączyć się do Darka i Pawła, którzy schodzili następnego dnia z Piątki do Roztoki.



Dzień piąty. Wstaliśmy wypoczęci, zjedliśmy spokojnie śniadanie w schronisku, spakowaliśmy rzeczy i około godz. 10 opuściliśmy Dolinę Pięciu Stawów. Prognozy się sprawdziły - wiało niemiłosiernie. Samo schodzenie do Doliny Roztoki wariantem zimowym wymagało wytrwałości, więc o zdobywaniu szczytów tego dnia nie było mowy. Wiatr rozwiał śnieg ze zboczy, po których schodziliśmy, przez co pod nogami pozostała tylko twarda, zbita skorupa lodu i śniegu. Byliśmy świadkami upadku turysty, który nie posiadał czekana, połamał kijki rozpaczliwie próbując wyhamować zjazd, a zatrzymał się dopiero na dnie, wjeżdżając w grupkę odpoczywających turystów. Nikomu nic się nie stało. Myślę, że to była dla wszystkich cenna lekcja. Mam nadzieję, że facet wyciągnie wnioski i uzbroi się w czekan na kolejną zimową wyprawę. My zaś uświadomiliśmy sobie, jak szybko człowiek nabiera prędkości podczas zjazdu po zbitym stoku. Widok naprawdę nieciekawy, nie polecam. Ponadto obserwowaliśmy z daleka zmagania dwóch turystów, którzy zignorowali zakaz wstępu na zamknięty zimą szlak przez Świstówkę do Morskiego Oka i wpakowali się w bardzo trudny i lawiniasty teren. Mam nadzieję, że dotarli cali do schroniska. 
My zaś bez przygód i z bardzo dobrym czasem dotarliśmy do schroniska w Roztoce, żegnając po drodze naszych towarzyszy. Zawsze mnie fascynuje fakt, jak łatwo można poznać w górach mega-pozytywnych i ciekawych ludzi, bez względu na wiek czy doświadczenie. Podczas tych krótkich znajomości wspólnie spożywamy posiłki, razem pijemy piwo i organizujemy sobie wolny czas. A to wszystko samo przez się. W sposób naturalny tworzymy grupkę i trzymamy się razem, choć teoretycznie wcale nie mamy takiej potrzeby. 
W Roztoce pompujemy maty, wyciągamy śpiwory i śpimy na glebie, za cenę najtańszego pokoju. Niestety wszystkie łóżka zajęte. 


Dzień szósty. Wybór trasy na przedostatni dzień pobytu w Tatrach oczywisty - Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami. Pozostałe dwa kierunki (parking na Palenicy, Dolina Roztoki) odrzuciliśmy z wiadomych powodów. 
Niestety asfaltowa droga Oswalda Balzera to zupełnie inne Tatry niż te, które znamy. Podczas dwugodzinnej wędrówki przez Dolinę Rybiego Potoku towarzyszyły nam m.in. grupy rozwydrzonych nastolatków palących papierosy i śmiejących się na głos. Ma sa kra. Docieramy nad Morskie Oko, a tam tłum. Atmosfera pikniku, piwo, papierosy, grupy młodych ludzi, emeryci, matki pchające uparcie wózki przez śnieg za kostki, para całująca się tak namiętnie, że wydawać by się mogło, że lada chwila zaczną się rozbierać. Oprócz tego wszędzie selfie-sticki i pozy rodem z chińskich wycieczek. Postanowiliśmy czym prędzej uciekać stamtąd. Przeszliśmy po tafli Morskiego Oka na drugi brzeg i rozpoczęliśmy podejście na Czarny Staw pod Rysami w poszukiwaniu ciszy. Jest on położony 200 m wyżej od MOka, a szlak w zimowych warunkach jest stromy i śliski. Ku memu wielkiemu zaskoczeniu, wiele totalnie nieprzygotowanych osób kontynuowało swoje spacery, niezdarnie próbując podejść pod zbocze w adidasach czy kozakach. Grupy roześmianych dresów, którzy uparcie, łoją na czworaka, zjeżdżając co chwila kilka metrów w dół - i od nowa, pazury w lód i do góry. Wyglądało to naprawdę przekomicznie. 
Gdy dotarliśmy nad Czarny Staw pod Rysami byliśmy sami, bo wszyscy turyści nadal grzebali się jeszcze u podnóża stoku. Nie spędziliśmy zbyt wiele czasu nas jeziorem. Popatrzyliśmy na otaczające nas góry, na przebieg szlaku na Rysy i na majestatyczną ścianę Kazalnicy, po czym rozpoczęliśmy zejście ku Morskiemu Oku. 
Ponieważ stok opadający z Czarnego Stawu do MOka jest stromy, postanowiliśmy posiedzieć tam trochę i poćwiczyć hamowanie czekanem. Odbiliśmy ze szlaku kilkadziesiąt metrów. Wyrzeźbiłem tam łopatką schody w ubitym stoku, żeby można było po nich wejść na "zjeżdżalnię" bez raków. Zależało mi, żeby poćwiczyć zjazdy i nabrać nawyków, które mogą nam kiedyś uratować życie. Choć wydawać by się mogło, że posiadanie czekana jest gwarancją bezpieczeństwa, to wcale tak nie jest. Nie będę się tu rozpisywał o technikach hamowania. Jeżeli ktoś z Was chodzi zimą po górach, powinien obowiązkowo poćwiczyć zjazdy w bezpiecznym miejscu i samemu przekonać się, że teoria nie zawsze idzie w parze z praktyką. 
Po powrocie czekał na nas prywatny, dwuosobowy pokój w Roztoce. Wreszcie odrobina prywatności, można wywalić wszystko z plecaka, swobodnie porozmawiać i wyspać się w spokoju, bez odgłosów chrapania współlokatorów.


Dzień siódmy to standardowo (jak to w ostatnie dni wyjazdów bywa) dzień wyjęty z życia. Godzina drogi asfaltem do Palenicy, dwie godziny (!) na parkingu oczekując na autobus do Zakopanego, a potem czekanie, aż minie czas, bo pociąg dopiero o 22:45. Musieliśmy przekoczować aż 11 godzin w mieście, gdzie nie ma zbyt wiele ciekawych rzeczy do roboty. Zleciało jednak szybciej, niż się spodziewaliśmy. Trochę posiedzieliśmy w Maku, pospacerowaliśmy, posiedzieliśmy na ławce patrząc na zdobyte przez nas szczyty, odwiedziliśmy też Cmentarz na Pęksowym Brzyzku. Wieczorem  zaś wsiedliśmy w pociąg i ruszyliśmy w drogę do domu.


Powtarzam to w każdym tatrzańskim poście, ale ciężko to inaczej podsumować - podnosimy sobie poprzeczkę. Po raz pierwszy pokonaliśmy szlak, oznaczany na mapie przez Tatrzański Park Narodowy jako najtrudniejszy w 3-stopniowej skali, na dodatek dokonaliśmy tego w zimowych, trudnych warunkach. Zdobyłem górę moich marzeń. Przywieźliśmy świetną pamiątkę w postaci świetnych zdjęć. Podziwialiśmy przepiękne, rajskie panoramy. Wieńczyliśmy nie lada wysiłek dotarciem do wyznaczonych celów. Rozwijamy się, wprowadzamy do naszych wypraw sprzęt, który zwiększa nasze bezpieczeństwo i pozwala nam na więcej. Cieszy fakt, że zaczynamy traktować nasze wyprawy już bardziej jako wspinaczkę, niż trekking, choć oczywiście do taterników nam daleko. Może dla wielu z Was nasze wyczyny nie są niczym nadzwyczajnym, ale my traktujemy nasze wyprawy bardzo indywidualnie i unikamy porównań z innymi. Chcemy poznawać góry odpowiedzialnie, stopniowo wybierając coraz to bardziej wymagające trasy. Choć taki Kościelec w warunkach letnich pewnie nie sprawiłby nikomu trudności (poza wymaganiami kondycyjnymi), tak zdobycie tego szczytu zimą to spore wyzwanie. Kto był, ten wie.

Za nami kolejny udany wypad w góry. Rozwijamy się, kształtujemy swoją osobowość i wytrwałość. Przy okazji poznajemy sami siebie, wspieramy się nawzajem i dzielimy wspaniałe chwile. To wszystko za cenę biletu na pociąg i symboliczne koszty noclegu w schronisku. Czerpiemy radość z życia i zachęcamy wszystkich - wyjdźcie z domu i cieszcie się przygodą. 

1 komentarz:

  1. Nigdy nie byłem tam o tej porze ale wygląda to całkiem ładnie :]

    OdpowiedzUsuń