STRONA GŁÓWNA

sobota, 11 lutego 2017

Tatry: wrzesień 2016

Czekaliśmy cierpliwie całe wakacje, aż tłumy turystów zejdą z gór. Wykorzystaliśmy ostatnie wrześniowe dni i wróciliśmy w Tatry. Po wielu trudnych doświadczeniach związanych z kilkunastogodzinną podróżą pociągiem przez całą Polskę wyciągnęliśmy wnioski i tym razem wykupiliśmy miejsca w kuszetce. Dotarliśmy do Zakopanego z rana, wyspani i pełni energii. Plany jak zawsze ambitne. Główny z nich to zawieszenie wyżej poprzeczki i stopniowe zdobywanie doświadczenia. Tym razem chcieliśmy się trochę powspinać. 


Dotarliśmy do pochmurnego Zakopanego. Pierwszy raz dotarliśmy na miejsce bez sentymentalnego powitania przez Śpiącego Rycerza...Nad miastem unosiła się gęsta mgła, więc niestety nie dane nam było oglądać Giewontu.
Standardowo wpadliśmy do supermarketu po zakupy, po czym udaliśmy się do naszego miejsca noclegowego zarezerwowanego przez portal Airbnb. Było trochę spartańsko, ale za to śmiesznie tanio. Poza tym wracaliśmy do lokum tylko na noc - dach, łazienka, kuchenka, łóżko - czego chcieć więcej? Do bazy wypadowej w Kuźnicach mieliśmy zaledwie 3 km spacerem.
Rozpakowaliśmy rzeczy, zjedliśmy coś ciepłego i postanowiliśmy wybrać się gdzieś na spacer. Idziemy zatem na Kasprowy Wierch. Dojdziemy to fajnie, nie to trudno - bez ciśnienia. Pogoda była fatalna, czyt. mgła i deszcz. Mimo wszystko dotarliśmy do Myślenickich Turni i stamtąd zawróciliśmy do Zakopanego. Ot, rozgrzewka, przed ambitniejszą trasą planowaną na następny dzień. 


Dzień II. Kościelec to mój ulubiony tatrzański szczyt. Tego dnia zamierzałem go zdobyć. Charakterystyczny masyw Kościelca kusił mnie od zawsze. Piękna piramida występująca przed grań Orlej Perci. Chciałem, by tego dnia spełniło się jedno z trzech moich tatrzańskich marzeń. Nadarzyła się ku temu okazja. 

Niestety entuzjazm opadł, gdy dotarliśmy do Kuźnic. Znowu mgła, szaro i ponuro. Rozpoczęliśmy marsz ku Hali Gąsienicowej. Ponieważ żółty szlak przez Dolinę Jaworzynkę był nam już dobrze znany, wybraliśmy drugi wariant, przez Boczań. Dokuczała nam ogromna wilgotność. Najpierw szliśmy przez parujący las, potem powyżej 1250 metrów wędrowaliśmy w gęstej mgle. Pierwszy raz doświadczyłem wtedy niesamowitego zjawiska unoszących się w chmurach niezliczonej ilości kropelek wody. Może tak wygląda deszcz, zanim zacznie spadać na ziemię? Albo to właśnie definicja wilgotności?  Tak czy inaczej fascynacja szybko przemieniła się w przekleństwo, bo wciąganie wody do płuc mocno odbiło się na naszej wydolności. Ostatecznie dotarliśmy do schroniska na Hali Gąsienicowej, gdzie zrobiliśmy sobie przerwę na kawę i szarlotkę.
Pogoda była kiepska. Było zimno i mgliście. Przeanalizowaliśmy kilka wariantów - Kościelec, Skrajny Granat, Zadni Granat lub Zawrat. Stwierdziliśmy, że będziemy podejmować decyzję na bieżąco - a nuż się rozpogodzi. Dotarliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy. Na kilka sekund chmury odsłoniły nam masyw Kościelca. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że...pierwszy raz zobaczyliśmy jakąkolwiek górę podczas tego wyjazdu. Od wczoraj nieustannie towarzyszyła nam mgła, ograniczająca widoczność do paru kroków wprzód. Ponieważ miałem ogólny zarys szlaku na Kościelec w pamięci, podjąłem decyzję, że zdobywanie tego szczytu przy tak śliskiej skale jest mocno ryzykowne, a i tak szanse na zobaczenie czegokolwiek z wierzchołka graniczyły z cudem. Wolałbym zdobyć tę górę w bardziej spektakularny sposób. Odbiliśmy zatem w lewo i obeszliśmy lewym brzegiem Czarny Staw zastanawiając się nad tym, co dalej. 

Niepewność bardzo negatywnie wpływa na morale. Zupełnie inaczej podchodzi się do tematu z myślą, że idę tu, tu i tam. Wtedy dąży się do wyznaczonego celu, nie biorąc pod uwagę odwrotu spowodowanego utratą chęci. Kiedy zaś powtarzamy sobie zobaczymy, co dalej, wtedy włącza się tryb nic nie muszę. Udzieliło się to głównie Martynie, która straciła motywację, a każdy jej krok zdawał się zmierzać donikąd. Nic dziwnego. Przy takiej pogodzie naprawdę trudno sobie wmówić, że warto iść dalej. 

Postanowiliśmy zaatakować Granaty. Z początku jednak zaatakowaliśmy nie ten Granat co trzeba, bo odbiliśmy za tabliczką, która informowała o żółtym szlaku na Granaty. Po kilkudziesięciu metrach na szczęście zorientowałem się, że ten żółty szlak to jednak jest inny żółty szlak i bynajmniej nie prowadzi on do Koziej Dolinki i nie na Zadni, lecz na Skrajny Granat. Wróciliśmy się z powrotem nad Czarny Staw i ruszyliśmy dalej właściwą drogą w stronę Kościelcowego Kotła. Tam trzeba było już użyć rąk i trochę się powspinać. Niewątpliwie mielibyśmy z tego większą frajdę gdyby nie fakt, że skały były bardzo mokre i śliskie. Założyliśmy kaski i pokonaliśmy trudniejszy odcinek bez przygód. Ostatecznie dotarliśmy nad Zmarzły Staw, gdzie spędziliśmy dłuższą chwilę. 

Po jakimś czasie dyskusji namówiłem Martynę, żeby kontynuować wędrówkę na Zadni Granat. Mieliśmy dobry czas, chmury jakby zdawały się lekko przerzedzać, a ja liczyłem uparcie, że na wysokości 2200 metrów może uda się wzbić ponad mgłę. Po pokonaniu kilku trudniejszych kominków dotarliśmy do Koziej Dolinki, a stamtąd ruszyliśmy zielonym szlakiem na Zadni Granat. Było ciężko. Gęsta mgła nie pozwalała nam oszacować, jaką drogę mamy jeszcze przed sobą, a ta zdawała się nie mieć końca. Według mapy dotarcie znad Zmarzłego Stawu na szczyt powinno zająć nam nieco ponad godzinę. Trwało to dużo dłużej, głównie ze względu na mokre skały. Szliśmy powoli i czujnie, żeby nie poślizgnąć się i nie nabawić jakiegoś urazu. Ostatecznie dotarliśmy na szczyt, wdrapując się na rekordową wysokość 2240 m n.p.m. Zadni Granat zdobyty. 

Nie spędziliśmy na szczycie zbyt wiele czasu. Zaczął padać deszcz, co mocno przyćmiło wizję schodzenia po śliskich głazach. Mgła nie ustępowała, a nas zaczął gonić czas. Ja cieszyłem się, że udało mi się musnąć Orlą Perć i zdobyć jeden z jej szczytów. Martynę raczej radowała świadomość, że to już koniec drogi i teraz już tylko w dół. Podczas schodzenia nastąpił mały kryzys, bo oboje byliśmy naprawdę wyczerpani. Nie raz poślizgnęliśmy się na mokrym kamieniu, a zmęczenie utrudniało skoncentrowanie się na ostrożnym stawianiu kroków. Zaczęło się robić nerwowo, gdy uświadomiliśmy sobie, jak ogromny kawał drogi powrotnej przed nami. 

Choć udało się szczęśliwie zdobyć Zadni Granat, to uważam tę wycieczkę za błąd. Już sama decyzja o tak długiej wyprawie zaledwie drugiego dnia pobytu była nierozważna. Skutkowała tym, że za sprawą nowych, nierozchodzonych butów, nabawiłem się urazu ścięgna, który dokuczał mi przez wiele następnych dni...


Dzień III. Mój organizm - za co jestem mu bardzo wdzięczny - zawsze błyskawicznie się regeneruje. Następnego dnia byłem gotów wyruszyć na szlak, ale... Martyna. Kiedy ja poprzedniego dnia wracając po zmroku do Zakopanego byłem totalnie wyczerpany, ona dzielnie brnęła do przodu bez zająknięcia. To uderzało w moją godność. No bo jak to tak, ja, miłośnik sportu, ambitny i walczący do końca, sapię i stękam, a ona, drobna dziewczyna, tak dobrze znosi wysiłek i pokonuje kilometr za kilometrem. Różnica między nami jest taka, że ja nazajutrz jestem gotów wrócić na szlak, kiedy Martyna leży i nie może się podnieść :) Pogoda tego dnia była niezła, więc trochę szkoda było odpuścić. Mimo wszystko oboje potrzebowaliśmy przerwy. Martyna leczyła zakwasy, ja zaś oszczędzałem nogę w nadziei, że spuchnięta stopa pozwoli mi na zdobywanie kolejnych szczytów w następne dni. 

Dzień IV. Odsłaniam zasłony i moim oczom ukazuje się błękit nieba. Szybkie śniadanko, kawka, spakowaliśmy rzeczy i wyszliśmy z noclegowni, udając się w stronę Kuźnic. Wiedziałem, że to będzie wspaniały dzień. Ponieważ przeforsowaliśmy się atakując Zadni Granat, postanowiliśmy wjechać na Kasprowy Wierch kolejką i stamtąd ruszyć na Świnicę. Świeciło cudowne słońce. Tak było do momentu, kiedy dotarliśmy do Kuźnic. Gdy tylko wsiedliśmy w wagonik PKL, w mgnieniu oka naszły chmury. Dooobra, nie ma co - wypogodzi się. Szybko przyszło, szybko pójdzie. No niestety. Na Kasprowym Wierchu zaczął obficie sypać śnieg. I to było na tyle, jeśli chodzi o Świnicę. Jedynym sensownym kierunkiem w naszej sytuacji była trasa na Czerwone Wierchy. 

Wystartowaliśmy z Kasprowego. W twarz wbijały się kryształki lodu, a wiatr dmuchał niemiłosiernie. Było przeraźliwie zimno. Szczęście w nieszczęściu, że wiatr wiał od północy, a szlak trawersuje Goryczkowe od południa, zatem tylko w kilku miejscach szlak wyprowadzał nas na grań. Droga z Kasprowego Wierchu na Kondracką Kopę okazała się bardzo fajną trasą. W kilku miejscach trzeba było się powspinać, czasem odsłaniały się przepaściste ściany i efektowne lufy w kierunku Goryczkowej Doliny. Na pewno wrócimy tam kiedyś przy lepszej pogodzie, bo mimo mgły i wiatru szło się naprawdę super.

Wgramoliliśmy się na Kondracką Kopę (2005 m n.p.m.) z której nie było widać zupełnie nic. Panoramę oglądaliśmy oczami wyobraźni, bo szczyt był nam już wtedy dobrze znany. Gdzieś nad głowami przebijało się słońce, więc liczyliśmy na to, że w końcu osiągniemy wysokość, która pozwoli nam wzbić się ponad chmury - standardowy motywator na zły warun. 
Weszliśmy na Małołączniak (2096 m n.p.m.) - nic. Szaro wszędzie. No to jeszcze tylko w Krzesanicy nadzieja. Zdobywamy trzeci i najwyższy szczyt Czerwonych Wierchów (2122 m n.p.m.) - nic. 
Tak jak szlak z Kasprowego na Kondracką był ciekawy, tak grań Czerwonych we mgle to nuda niesamowita. Bez widoków, bez urwisk - monotonny spacer po łagodnych wzgórzach przy zerowej widoczności. Szkoda, bo wiem, że słynne Czerwone Wierchy przy lepszej pogodzie zapewniają cudowne panoramy i przyjemny, podniebny spacer. My musieliśmy obejść się smakiem. Na Ciemniaka nie chciało nam się iść, bo raz - już tam byliśmy, dwa - nie mieliśmy motywacji. 

Wróciliśmy tą samą drogą na Przełęcz pod Kopą Kondracką i dalej do Hali Kondratowej, gdzie spędziliśmy dłuższą chwilę popijając kawę w ciasnym schronisku. Stopa przy schodzeniu bolała mnie niemiłosiernie. Z każdym krokiem but uciskał mi ścięgno co wywoływało ogromny ból. Od momentu schodzenia z grani męczyłem się niemiłosiernie. Czułem, jakby ktoś przebijał mi stopę nożem. Na szczęście jakoś doczłapałem się do naszej noclegowni w Zakopanem. 
Pamiętajcie, żeby rozejść nowe buty przed poważnym chodzeniem po górach. Ja niestety tego nie zrobiłem i kosztowało mnie to dużo męki.  


Dzień V. Ścięgno mnie tak napieprza, że jak nie muszę to nie wstaję. Zamówiliśmy pizzę i siedzieliśmy przed telewizorem. Pizza jest dobra na wszystko. 

Dzień VI. Tego dnia wiedzieliśmy, że nie mogę się forsować, żeby mi w końcu nie strzeliło coś tak, że już całkiem nie będę mógł chodzić, a z szacunku do TOPRowców nie chciałbym wzywać ich pomocy z powodu własnej nieodpowiedzialności. Wybór padł na Dolinę Pięciu Stawów. Był to dla mnie sentymentalny powrót po 9 latach. Droga niezbyt wymagająca, z wyjątkiem podejścia w okolicach Siklawy, więc powinienem dać radę. Noga jakby trochę się zregenerowała, co dawało szanse na kontynuowanie wędrówki z doliny chociażby na Zawrat. 

Wyszliśmy o świcie i udaliśmy się na przystanek busów. Na szlak wystartowaliśmy z Polany Palenicy. Zapowiadała się piękna pogoda - było ciepło i świeciło słońce. Drogą Oswalda Balzera dotarliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza, gdzie odbiliśmy w prawo w zielony szlak prowadzący przez Dolinę Roztoki i dalej do Doliny Pięciu Stawów.
Wspomnienia z dzieciństwa wróciły. Piątka była równie piękna co wtedy, kiedy byłem tam z rodzicami jako mały chłopiec. Pogoda była dla nas łaskawa - chociaż ten jeden raz podczas wrześniowego wyjazdu. Grzech byłoby tego nie wykorzystać - atakujemy Kozi Wierch (2291 m n.p.m.), najwyższy szczyt położony całkowicie na terenie Polski. Podejście sprawiło nam kilka trudności, szczególnie w bardziej stromych miejscach. Na zboczach Koziego zalegało trochę topniejącego śniegu, więc było dość ślisko. Ostatecznie stanęliśmy na szczycie i...naszły chmury. W oka mgnieniu zrobiło się szaro. Wiedzieliśmy, że to prawdopodobnie nasza ostatnia poważniejsza wyprawa podczas tego wyjazdu, więc postanowiliśmy siedzieć tam tak długo, aż się wypogodzi. Opłaciło się :) 


Dzień VII. Pogoda wydaje się znośna - nie ma mgły, a chmury wysoko. To przedostatni dzień naszego pobytu w górach. Wczoraj przy schodzeniu przez Dolinę Roztoki wrócił znów ból ścięgna, więc usatysfakcjonowani wyborną wycieczką na Kozi Wierch, postanowiliśmy już nie szaleć. Wybraliśmy się na Nosal (1206 m n.p.m), którego wierzchołek znajdował się 2 godziny drogi od naszego pensjonatu. Tam siedliśmy sobie nad urwiskiem z dala od szlaku i spędziliśmy sobie dłuższą chwilę wpatrując się w panoramę Tatr i oglądając szczyty, które udało nam się do tej pory zdobyć. 


Dzień VIII. To by było na tyle. Mieliśmy zdobyć Kościelec i Świnicę - byliśmy na Kozim Wierchu i Zadnim Granacie. Zrobiliśmy grań od Kasprowego po Czerwone Wierchy. Udało się nam wykrzesać z tego wyjazdu bardzo wiele, mimo kontuzji i kiepskiej pogody. Liczyliśmy na trochę więcej w perspektywie wrześniowego wyjazdu, bo zanim się pojawiliśmy w Zakopanem, dzień w dzień świeciło nad Tatrami słońce. Mieliśmy jednak też trochę szczęścia, że pogoda dopisała akurat w ten jeden dzień, kiedy byliśmy na siłach, by wyjść w góry i wdrapać się gdzieś wysoko. Na szczęście z moją nogą nic poważnego się nie działo. Zdobyliśmy kilka szczytów i zasmakowaliśmy wspinaczki. O to nam przecież chodziło. Chcieliśmy zasmakować trudniejszych dróg od tych, które wymagają zaledwie przebierania nogami. Niewątpliwie następnym razem znów postaramy się podnieść poprzeczkę. Apetyt rośnie, bo po powrocie z Tatr zaczęliśmy regularnie trenować wspinaczkę na panelu. Mamy nadzieję częściej wracać w Tatry, tymczasem już nie możemy się doczekać, co przyniesie nam następny wyjazd.





1 komentarz: