STRONA GŁÓWNA

Strony

Strony

niedziela, 8 stycznia 2017

Tatry: maj 2014

W Tatry ciągnęło mnie od zawsze. Pierwszy raz, gdy pojechałem z rodzicami w góry miałem zaledwie kilka lat i praktycznie oprócz spaceru nad Morskie Oko nic z tego wyjazdu nie pamiętam. Potem wróciłem w Tatry w wieku 12 lat. Wtedy już razem z siostrą i rodzicami wybraliśmy się na m.in. na Kondracką Przełęcz i Kasprowy Wierch. Wtedy narodziła się we mnie pasja do zdobywania szczytów. Jako chłopiec bardzo tęskniłem za górami, przeglądając w internecie niezliczone ilości zdjęć i czytając wiele przewodników opisujących szlaki. 7 lat czekałem, by spakować plecak i wrócić w Tatry. Tym razem w towarzystwie Martyny. Tak oto zaczęła się nasza wspólna przygoda z Tatrami, która trwać będzie jeszcze przez wiele następnych lat. 


Do Zakopanego dotarliśmy PolskimBusem, jadąc z Gdańska z przesiadką w Krakowie. Zjawiliśmy się w pensjonacie późnym popołudniem, więc zostawiliśmy rzeczy i korzystając z ostatnich godzin dnia przeszliśmy się na spacer po Dolinie Strążyskiej. Nasza noclegownia znajdowała się zaledwie 1 km od wejścia do Tatrzańskiego Parku Narodowego, więc żal było siedzieć w pokoju.


Następnego dnia wstaliśmy wyspani i wypoczęci po dość męczącej podróży. Czas ruszać w góry. Cel - Kondracka Kopa, 2005 m n.p.m. Byłem kiedyś pod tym szczytem, jednak ostatecznie udało mi się wejść z rodziną tylko na przełęcz. Tym razem chciałem pójść dalej, podążając dobrze mi już znanym szlakiem.
Ruszyliśmy przez Dolinę Strążyską aż do Polany Strążyskiej. Tam skręciliśmy w Ścieżkę nad Reglami i przez Grzybowiecką Dolinę dotarliśmy do Doliny Małej Łąki. Nie był to najlepszy pomysł, bo podejście na Przełęcz w Grzybowcu kosztowało nas sporo wysiłku i czasu. Zdecydowanie korzystniejszym wariantem byłoby wyruszyć z Gronika. Przeszliśmy przez przepiękną Dolinę Małej Łąki i żółtym szlakiem wgramoliliśmy się na Kondracką Przełęcz, a stamtąd dalej na południe na Kondracką Kopę (2005 m n.p.m.). Martyna zdobyła swój pierwszy szczyt od razu zaczynając od pułapu dwutysięcznika. To dobry zwiastun na dalsze wyprawy :) Z Kondrackiej Kopy zeszliśmy na przełęcz, po czym skręciliśmy w prawo i niebieskim szlakiem zeszliśmy do Hali Kondratowej i dalej już do samych Kuźnic.  



Wyprawa druga. Znowu szczyt znany z moich poprzednich wycieczek, jednak tym razem postanowiliśmy zdobyć go od drugiej strony. Mowa o słynnym Kasprowym Wierchu
Na początek czekał nas żmudny spacer do Kuźnic. Stamtąd ruszyliśmy żółtym szlakiem przez Dolinę Jaworzynkę do Hali Gąsienicowej. Tam zatrzymaliśmy się na chwilę podziwiając jedne z najpiękniejszych widoków w Tatrach. Z hali rozpoczęliśmy żmudne podejście po oblodzonym zboczu Kasprowego Wierchu. Było niemiłosiernie zimno i przeraźliwie wiało, co wystawiło naszą determinację na poważną próbę. Ostatecznie wyszliśmy z tego pojedynku zwycięsko i zmarznięci i zmęczeni zdobyliśmy Kasprowy Wierch (1987 m n.p.m.).
Po zejściu ze szczytu do Hali Gąsienicowej postanowiliśmy jeszcze zrobić sobie krótką wycieczkę nad Czarny Staw Gąsienicowy



Po Kondrackiej Kopie i Kasprowym Wierchu postanowiliśmy nieco podnieść sobie poprzeczkę i wybrać się na szlak znakowany jako umiarkowany. Zdecydowaliśmy ponownie wejść na grań Czerwonych Wierchów, tym razem od drugiej strony. Miała być Krzesanica, ostatecznie dotarliśmy do Ciemniaka (2096 m n.p.m.), bijąc rekord wysokości z Kondrackiej Kopy.
Na początek czekał nas długi spacer wzdłuż granicy parku. Po dotarciu do Kirów ruszyliśmy ku Dolinie Kościeliskiej, by za Wyżnią Miętusią Kirą skręcić w czerwony szlak prowadzący aż na sam szczyt Ciemniaka. Droga była dużo bardziej stroma od tych, które znaliśmy dotychczas. Nogi dostawały solidnie po kościach, a że nie mieliśmy kijów trekkingowych, skorzystaliśmy z trwającej wycinki i znaleźliśmy 4 luźne patyki w lesie, które służyły nam do podpierania się. W okolicy Chudej Turni mieliśmy moment zwątpienia, kiedy to szlak trawersował ośnieżony stok opadający aż do urwisk masywu Czerwonych Wierchów. Bardzo ostrożnie pokonaliśmy ten odcinek, po czym ruszyliśmy dalej w kierunku Ciemniaka. Dotarliśmy na szczyt już bez przeszkód, pomijając psującą się pogodę i nagły spadek temperatury. Byliśmy także świadkami niezwykłego zjawiska - tuż nad naszymi głowami unosił się dywan chmur, nienaturalnie równy, jakby stanowił granicę między ziemią a niebem. Niesamowite!



Czas na ostatnią wycieczkę. Klasyk klasyków, przy tym najciekawszy i najtrudniejszy ze szlaków, które mieliśmy dotąd okazję przemierzać podczas tego wyjazdu. Jako ostatni cel obraliśmy sobie wierzchołek Giewontu (1894 m n.p.m.).
Wystartowaliśmy z Kuźnic na znany już nam z zejścia z Czerwonych Wierchów szlak przez Kondratową Dolinę. Niebieskim szlakiem po kamiennych stopniach dotarliśmy na Kondracką Przełęcz. Rozpoczęliśmy wspinaczkę po łańcuchach na wierzchołek Giewontu, który od tej strony prezentuje się znacznie bardziej dostępnie, niż jego północna ściana opadająca ku Zakopanemu. Czujnie, lecz bez większych trudności wdrapaliśmy się na szczyt. Ze względu na swą popularność, Giewont w sezonie jest wyjątkowo oblegany przez tłumy mniej lub bardziej przygotowanych turystów. My weszliśmy na szczyt zaledwie w towarzystwie kilku osób. 



To było bardzo efektowne pożegnanie z Tatrami. Wyjazd możemy uznać za wyjątkowo udany. Wprowadziłem Martynę w klimat górskich wędrówek, zdobyliśmy wyznaczone cele, udało się wejść wysoko. Dopisała także pogoda, która idealnie dopasowała się do naszych planów - gdy już opuszczaliśmy Zakopane, sypnął śnieg. Czas wracać do domu. 



2 komentarze: