STRONA GŁÓWNA

Strony

Strony

niedziela, 22 stycznia 2017

Tatry: luty 2016

Wyjazd w Tatry w lutym 2016 roku upłynął pod hasłem "kto nie ma poprawek, ten odpoczywa". Martyna nie mogła mi towarzyszyć, więc po wielu dniach zapewniania, że będę na siebie uważał, spakowałem się i wsiadłem w pociąg. Wyszedłem z domu sam jak palec. Nie było nikogo, z kim mógłbym się pośmiać, ponarzekać czy nawet pomilczeć. Przede mną kilka dni samotnej podróży w miejsce, które nazywam swoim drugim domem. Cel - zdobyć tę górę z prawej:


Pożegnałem Martynę na peronie i rozgościłem się w swoim przedziale. Co prawda miałem fatalne doświadczenia z poprzedniej podróży do Zakopanego pociągiem, ale że teraz byłem sam to stwierdziłem, że jakoś się przemęczę. Okazało się, że jechało ze mną kilku sympatycznych chłopaków, którzy wybierali się na narty. Ku mej wielkiej uciesze kompania także zamierzała przespać podróż, więc jechało się w miarę spokojnie. W miarę, bo w nocy w jednym z przedziałów była gruba impreza, a jej uczestnicy należeli to najniższej możliwej warstwy społeczeństwa. Chwała, że natura pozwala mi zasnąć w każdych warunkach, z drobną pomocą bezkonkurencyjnych stoperów.

Według standardowego scenariusza, uzupełniłem zapasy, wyciągnąłem z bankomatu gotówkę na szarlotkę ze schroniska (i noclegi, wiadomo... ale ta szarlotka...), wsiadłem w busa i takim oto sposobem wylądowałem w Siwej Polanie.  Ruszyłem wgłąb dobrze znanej mi Doliny Chochołowskiej. Z jednej strony cieszyłem się, że znów jestem w górach. Z drugiej, dokuczała mi samotność. Tylko ja i drzewa, zupełna cisza. Nie spotkałem nikogo. Dotarłem do schroniska na Polanie Chochołowskiej po dwóch godzinach marszu, choć miałem wrażenie, jakby minęło pół dnia. Zameldowałem się w schronisku i rozgościłem się na jednym z łóżek. Było dopiero południe, lecz po długiej podróży z dwudziestokilogramowym plecakiem nie miałem ochoty wychodzić tego dnia w góry. Przez resztę dnia popijałem herbatkę i integrowałem się z innymi tatromaniakami przebywającymi w schronisku. Około godziny 19 poszedłem spać, żeby następnego dnia o świcie wyjść na szlak.


Nigdy nie mam problemów z porannym wstawaniem w górach. Bez zająknięcia zerwałem się o 5 rano, zebrałem rzeczy i wyszedłem po cichu z pokoju, gdy reszta lokatorów jeszcze głęboko spała. Szybka toaleta, herbata w termos, wpis do książki i sru. Gdy tylko przekroczyłem próg schroniska, od razu powitał mnie majestat Kominiarskiego Wierchu, którego otulały chmury oświetlone przez wschodzące Słońce. Obrałem kurs na Grzesia. Zapowiadał się dobry dzień!


Szlak na Grzesia jest mi doskonale znany. Pokonywałem tę drogę już czterokrotnie. Tym razem była ona zdecydowanie dłuższa. Gdy człowiek idzie tak sam jak palec przez las, czas płynie niemiłosiernie wolno. Kiedy dotarłem na grań, okazało się, że ponad granicą lasu wiatr powala z nóg - dosłownie, bo brnąc w śniegu po pas niejeden podmuch rzucił mnie na kolana. W twarz wbijały się kryształki pędzącego lodu. Dotarłem, a właściwie wgramoliłem się na szczyt Grzesia (1653 m n.p.m.). Otoczyła mnie gęsta mgła i poczułem lekki niepokój, gdy zauważyłem, że po moich krokach nie ma już śladu. O dalszej wędrówce nie było mowy. Po pierwsze marsz przy takim wietrze byłby męczarnią. Po drugie, nie miałem tyle odwagi, żeby pakować się w to morze chmur samemu. Postanowiłem wracać. Zszedłem z grani i po chwili znów byłem w lesie, gdzie panował niesamowity spokój. Nie było słychać wiatru, a drzewa stały nieruchomo. Niezwykłe zjawisko. Schodząc w dół spotkałem parę, która szła tam, skąd ja wracałem. Nie wierzyli mi, gdy im opowiadałem, jaki sajgon jest tam na górze. Patrzyli na mnie jak na wariata i nie dziwię im się, bo mówiłem o zwalającej z nóg wichurze, podczas gdy w lesie panowała grobowa cisza. Pożegnaliśmy się i każdy ruszył dalej w swoim kierunku. Po paru krokach pomyślałem, że spróbuję jeszcze raz, może się trochę uspokoiło, a świadomość, że nie jestem sam na szlaku dodała mi otuchy. Ruszyłem więc za napotkanym małżeństwem. Wróciłem na grań. Wiało jeszcze bardziej... Cóż, czeka mnie drugi dzień spędzony w schronisku. Na szczęście towarzystwo zadbało o to, bym się sam nie nudził. Zostałem zaproszony na grzane piwo przez jakiegoś faceta, który zagadał do mnie gdy siedziałem sam na ławeczce, potem grałem z dziewczynami w karty, piłem ze Słowakami (trochę tylko), a na koniec dnia poznałem dwóch przesympatycznych chłopaków, którzy następnego dnia towarzyszyć mi będą w kolejnej wyprawie.

Nie noście w ten sposób czekana.

Dzień trzeci. Standardowy scenariusz - pobudka przed wschodem słońca, toaleta, herbata, wpis do książki i można ruszać. Jak już wspomniałem, tym razem wyruszyłem na szlak z poznanymi dzień wcześniej chłopakami. Na pierwszy cel obraliśmy Grzesia - doskonale mi już znana trasa. Bez większych problemów osiągnęliśmy wysokość 1653 m m.p.m. Zapowiadał się idealny warun. Już na Grzesiu byliśmy na pułapie chmur, więc perspektywa wejścia prawie tysiąc metrów wyżej nasuwała mi na myśl wspaniały scenariusz morza obłoków pod stopami. Ruszyliśmy dalej na południe w kierunku Rakonia. Ten odcinek także pokonaliśmy bez większych niespodzianek, pomijając fakt, że od połowy drogi maszerowaliśmy w totalnej mgle. Do samego końca wierzyłem, że w końcu chmury odkryją przede mną niebo. Weszliśmy na Rakoń (1879 m n.p.m.). Już tu byłem, rok temu z Martyną, kiedy to zrezygnowaliśmy z wejścia na Wołowiec. Tak naprawdę szczyt ten był głównym celem mojej samodzielnej podróży. Teraz zamierzałem go zrealizować. Przez gęste chmury przebijało się niebo, więc miałem nadzieję na dobre warunki do wejścia. Ruszyłem w kierunku Wołowca i bez przeszkód dotarłem na szczyt (2064 m n.p.m.).


Chmury ograniczały widoczność do kilku metrów. Czekaliśmy jakiś czas, aż mgła odsłoni chociaż część panoramy. Niestety, podjęliśmy decyzję o zejściu. Mimo wszystko towarzystwo wyborowe, więc schodziliśmy ze szczytu w dobrych nastrojach. Zrobiło się szaro i ponuro. Schodziliśmy z Wołowca uważnie po wydeptanych śladach, bo w takiej mgle nie trudno się zgubić. Choć podejście na szczyt nie jest wymagające, to niechybna pomyłka mogłaby ściągnąć nas na krawędź bardzo stromego stoku. Ostrożnie zeszliśmy na Rakoń i rozpoczęliśmy marsz w kierunku Grzesia. Po pewnym czasie chmury rozeszły się i odsłoniły masyw Wołowca z błękitem nieba w tle. Zacząłem strasznie żałować, że dopiero teraz ze szczytu rozciąga się niewątpliwie wspaniała panorama na Tatry Zachodnie. Była godzina 14:30. W tym momencie podjąłem jedną z najdziwniejszych decyzji w swoim życiu - wracam. Kilkaset metrów za szczytem Rakonia stwierdziłem, że ponownie wejdę na Wołowiec. Szybko przekalkulowałem ile czasu zajmie mi powrót na szczyt i potem do schroniska. Moi kompani krótko stwierdzili, że chyba mnie... po czym uścisnęliśmy sobie dłonie i pożegnaliśmy się, bo chłopaki wracali jeszcze tego samego dnia do domu. Obróciłem się i rozpocząłem kolejne podejście pokonując ponownie 300-metrowe przewyższenie. Gdy wróciłem na Rakoń, pogoda była piękna. Majestatyczny Wołowiec ukazał mi się w pełnej krasie i w otoczeniu pięknych Rohaczy. Rozpocząłem podejście. Mniej więcej w połowie drogi zauważyłem, że nadchodzi dywan niskich, szarych chmur. I dupa. Gdy byłem pod samym szczytem otoczyła mnie gęsta mgła. Wtedy wiedziałem, że to koniec, że nie dane mi będzie tego dnia zobaczyć widoków z Wołowca. Na zegarze dochodziła godz. 16, więc w fatalnym nastroju rozpocząłem zejście. Nie będę opisywać, jak bardzo byłem poirytowany, bo rozsypałaby się tu niezła wiązanka bluzgów na całą szerokość posta.

Chłopaki wracają.
W tym momencie podjąłem decyzję o powrocie na szczyt. Trochę daleko...
Piękna pogoda.
Walczę.
Już prawie na szczycie. Przede mną wchodzą dwie osoby.
Niedobrze...
I to by było na tyle. Zabrakło 10 minut.

Godzina do zachodu słońca, a ja jestem daleko daleko od schroniska. Zadzwoniłem do Chochołowskiej z informacją, że wrócę później niż planowałem. Poczułem głód. Wyciągnąłem z plecaka czekoladę. Była zamarznięta do tego stopnia, że musiałem ją rozłupać czekanem, a potem mlaskać pół godziny jedną kostkę do czasu aż zmięknie i nada się do zjedzenia. Resztki wody w butelce zamieniły się w lód. Przede mną trzy-cztery godziny marszu, a ja zacząłem odczuwać ogromny wysiłek w nogach. W pewnym momencie tak bardzo chciało mi się pić, że żarłem pokruszony lód z butelki. Mniej-więcej w połowie drogi z Rakonia do Grzesia dopadł mnie kryzys. Nie miałem siły iść, byłem wkurzony i wyczerpany. Zaczęło się robić ciemno, więc zmuszałem się do dalszej wędrówki mimo ogromnego zmęczenia. Wgramoliłem się na Grzesia i tam padłem. Leżałem plackiem na śniegu i biłem się z myślami. Wiedziałem, że już niedaleko, choć to niedaleko oznaczało jeszcze ponad godzinę drogi po ciemku przez las.

Na Grzesiu zdjąłem raki, żeby nie obciążać i tak wymaltretowanych już kolan. Moje zejście ze szczytu do Polany Chochołowskiej musiało wyglądać tak komicznie, że cieszyłem się, że jestem sam. Zdjąłem raki, by pozwolić mojemu ciału na swobodne schodzenie, niewymagające nakładu sił, które miałoby wyhamowywać impet. Byłem bezwładny jak lalka. Nie raz upadałem na śnieg nie mając siły, by złapać równowagę. Wtedy uświadomiłem sobie, że samotne wycieczki w góry zimą na dłuższy dystans to głupi pomysł. Tak samo głupi jak ten, na który wpadłem za Rakoniem, żeby z powrotem wejść na Wołowiec. Tylko po to, żeby zobaczyć widok, który wcześniej zakrywała mgła.

Dotarłem do strumienia. Padłem na kolana i zacząłem pić lodowatą wodę. To był kolejny z moich idiotycznych pomysłów, choć wtedy nie myślałem o konsekwencjach. Mogłem nachapać się ameb i innych pantofelków, nie wspominając już o temperaturze wody, która nie zamarzła tylko dlatego, że była w nieustającym ruchu. Gdy zaspokoiłem częściowo pragnienie, postanowiłem przestać udawać dzikie zwierze i zacząłem wlewać wodę do butelki. Wypiłem wtedy około 2 litry wody plus to, co wysiorbałem ze strumienia jak jakiś dziki ssak przy wodopoju. Uwierzcie mi, gdy włączają się instynkty przetrwania, człowiekowi przestaje przeszkadzać to, że pije zielonkawą wodę, w której pływa trawa i grudki ziemi. Pewnie myślicie, że dramatyzuję, lecz osoby znające Tatry i odległości między poszczególnymi szczytami, i Ci, którzy wiedzą jak śnieg potrafi uprzykrzać wędrówkę, potrafią uzmysłowić sobie jak dużo wysiłku kosztowała mnie decyzja o dwukrotnym zdobyciu Wołowca w ciągu jednego dnia.

Wpadłem do schroniska jakbym przeszedł do Chochołowskiej pieszo z samego Gdańska. Nie było oczu, które nie obserwowałyby moich zmagań z każdym stopniem schodów. Wszedłem do pokoju, zrzuciłem plecak, padłem na łóżko i od razu padłem w objęcia Morfeusza.

Dzień czwarty. Zrealizowałem wyznaczony na ten wyjazd cel, więc pozwoliłem sobie na dłuższy sen. Wstałem późno, czyli jakoś przed ósmą. Gdy wyszedłem na polanę przed schroniskiem zobaczyłem, że na niebie nie ma ani jednej chmurki. Nie zastanawiając się zbyt długo, wróciłem do pokoju, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i wyszedłem na szlak. Postanowiłem wybrać się na Jarząbczy Wierch (2137 m n.p.m.).  Krowim Żlebem wszedłem na Trzydniowiański Wierch (1758 m n.p.m.) i dalej trawersując zbocze Czubika dotarłem pod Kończysty Wierch. Wiał silny wiatr od południa - więc centralnie w twarz - uniemożliwiając ruch naprzód. Rozpędzone kryształki lodu wbijały się w odsłonięte części skóry. Do tego czułem na całym ciele zmęczenie po wczorajszej wyprawie na Wołowiec. Od Jarząbczego Wierchu dzieliły mnie około dwie godziny drogi. Próbowałem walczyć z wiatrem i mimo wszystko przeć naprzód, lecz po chwili zobaczyłem, że grań Tatr Zachodnich zalewa fala chmur płynących ze Słowacji. Wtedy ostatecznie dotarło do mnie, że nic już z tego nie będzie. Wróciłem do schroniska tą samą drogą. Nie było mi żal, bo nie miałem sił na długie trasy. Ponadto udało mi się ustrzelić z tej wycieczki kilka ciekawych kadrów. Zobaczcie sami:


Dzień piąty - pora wracać. Wyspałem się, zjadłem porządne śniadanie w schronisku, spakowałem rzeczy i ruszyłem w drogę powrotną. Ponieważ pociąg miałem jakoś wieczorem, postanowiłem przejść przez Iwaniacką Przełęcz i wrócić do Kir przez Dolinę Kościeliską. Muszę przyznać, że wejście na siodło pod Kominiarskim Wierchem z ciężkim plecakiem kosztowało mnie sporo sił. Normalnie gdy wychodziłem w góry wszystkie zbędne rzeczy zostawiałem w schronisku. Tym razem miałem ze sobą wszystko to, co ze sobą tu przywiozłem. Do przodu pchała mnie myśl, że już jutro spotkam się z Martyną. Plecak nie był przez to lżejszy, ale ja miałem więcej siły, bo brnąć do góry. Tęsknota ma naprawdę potężną moc.

Dotarłem przez Iwaniacką Przełęcz (1459 m n.p.m.) do Schroniska na Hali Ornak. Stamtąd wybrałem się jeszcze nad Smreczyński Staw, który znany jest mi z przepięknej panoramy. Niestety, gdy tylko doszedłem nad jezioro, niebo pokryły chmury i cały pejzaż stracił swój urok. 

Powrót przez Dolinę Kościeliską obył się bez większych przygód - płaska, szeroka, wydeptana droga. Zależało mi, żeby wrócić tędy, ponieważ byłem tu kiedyś z rodzicami jako 12-letni chłopiec. Wspomnienia rozmazane przez czas wróciły. To było niezwykłe uczucie, które pozwoliło mi uzupełnić luki w pamięci. 

Iwaniacka Przełęcz
Dolina Kościeliska
Dolina Kościeliska

Dotarłem do Kir, a że miałem do pociągu jeszcze mnóstwo czasu, postanowiłem przejść się do Zakopanego pieszo. Szedłem tak jakiś czas, aż w końcu dotarłem do miejsca, w którym skończył mi się chodnik. Nie chciałem ryzykować spaceru poboczem, bo droga była wyjątkowo wąska i kręta. Stanąłem więc na zatoczce i wyciągnąłem kciuka. W taki oto sposób pierwszy raz podróżowałem autostopem :) Pewna rodzinka podrzuciła mnie na same Krupówki. Stamtąd poszedłem na kawę do maka, potem ostatni rzut oka na Giewont i już po zmroku siedziałem w pociągu.

Przekonałem się, że samotna podróż może być niezwykle cenną, ale i trudną lekcją. Poznałem wielu świetnych ludzi, od moich rówieśników po osoby starsze. Z wszystkimi zaprzyjaźniłem się na tym samym poziomie. Popełniłem sporo błędów, takich jak niebezpieczny sposób noszenia czekana przy głowie (można zobaczyć na jednym ze zdjęć), zakup fatalnych, tanich, parujących gogli, które zmusiły mnie do narażenia wzroku na niezwykle silne promieniowanie UV, przecena swoich możliwości wydolnościowych podczas dwukrotnego zdobywania tego samego szczytu i kilka innych. Nie wstydzę się swoich złych decyzji, bo to dzięki nim wyciągam wnioski, które są dla mnie cenną lekcją na następne lata. Wracam do domu z bagażem doświadczeń, który sprawił, że wróciłem do Gdańska bogatszy o cenną wiedzę z zakresu własnych możliwości.  




2 komentarze:

  1. To może zabawne, ale NIGDY nie byłem w górach zimą. Wyłącznie latem - z rodziną lub za dzieciaka na koloniach. :) Twoje zdjęcia w jakimś stopniu mnie przekonują, by nad tym popracować. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj warto się wybrać zimą, choćby na jakieś łatwiejsze szlaki! Dzięki za miłe słowa, pozdrowienia!

      Usuń