STRONA GŁÓWNA

Strony

Strony

niedziela, 15 stycznia 2017

Tatry: luty 2015

Decyzja o wyjeździe w Tatry w lutym była bardzo spontaniczna. Od majowego wypadu w góry minęło sporo czasu, więc zdążyliśmy się stęsknić. Kupiliśmy nasze pierwsze raki, bilety na pociąg i zarezerwowaliśmy noclegi w schronisku. Wybór padł na okolice Doliny Chochołowskiej. Od zawsze staramy się stopniowo podnosić sobie poprzeczkę, więc uznaliśmy Tatry Zachodnie za idealne miejsce do pierwszych górskich wędrówek zimą. To był strzał w dziesiątkę!


Zaczęliśmy fatalnie. Pojechaliśmy pierwszy i ostatni raz w kilkunastogodzinną podróż pociągiem drugiej klasy TLK. Skłoniło nas do tego złudne przekonanie, że gorzej niż Polskim Busem nie będzie. Było. Udało się przespać dosłownie chwilę. W ośmioosobowym przedziale było niesamowicie ciasno. Ciągle ktoś wchodził i wychodził, hałasując i szturchając współpodróżnych. W środku nocy jakaś Dżesika zaczęła na głos rozmawiać przez telefon. Za Warszawą do przedziału władowały się trzy kobiety z sześcioma walizkami. Chwilę potem dosiadł się niezwykle nieprzyjemnie pachnący pan, który wiózł ze sobą wielki plecak i mnóstwo jakiegoś żelastwa. Na szczęście było tak ciasno, że ów mężczyzna spędził podróż poza przedziałem - chwała niebiosom!
O kulturze podróżowania możnaby napisać osobny post, więc pozwolę sobie przejść już do tej przyjemniejszej części wyjazdu...

Dotarliśmy do Zakopanego z samego rana. Uwielbiam ten moment, gdy po przyjeździe wita mnie majestatyczny Giewont, który jako pierwszy ukazuje się moim oczom. Jest to dla mnie swoisty rytuał - za każdym razem zawieszam na nim wzrok i tak sobie patrzymy na siebie. Drzemie w tej górze jakaś niesamowita magia. Gdy po opuszczeniu pociągu spojrzę na północną ścianę Giewontu i pomyślę o podniebnych spacerach, czuję solidny zastrzyk euforii i adrenaliny. Ogarnia mnie niesamowita radość i tęsknota zarazem.

Bez problemu dotarliśmy z Zakopanego do Siwej Polany, skąd ruszyliśmy przez Dolinę Chochołowską na południe. Po paru krokach uświadomiłem sobie, że wziąłem zdecydowanie za dużo bagażu. Mój plecak załadowany zapasami żywności, wody i odzieży ważył grubo ponad 20 kg, co przy zimowej aurze i tak długiej drodze do pokonania niesamowicie mnie wymęczyło. A o podróży pociągiem już więcej nie wspomnę... 
Dotarliśmy do schroniska po wielu godzinach męczącego marszu po śliskiej drodze. Zakwaterowaliśmy się w 12-osobowym pokoju. Warunki spartańskie, wręcz...klimatyczne! Osobiście uwielbiam aurę schronisk i nikt mnie do nich nie zniechęci gadaniem o wieloosobowych pokojach, starych łóżkach, dzielonej łazience czy brakiem internetu,i zasięgu. Chyba ten ostatni czynnik w największym stopniu przyczynia się do tego, że tatrzańskie schroniska są miejscem wyjątkowym, krańcem świata, gdzie poznać można wielu pozytywnych ludzi a różnica wieku po prostu nie istnieje. 
Kładziemy się spać około godz. 19, żeby z rana wstać i wyruszyć na szlak ku górom. Cel ambitny - Trzydniowiański, Kończysty i Starorobociański Wierch. 


Wstajemy jeszcze przed Słońcem. Zbieramy przygotowanie dzień wcześniej rzeczy, szybka toaleta, herbata w termos i ruszamy. Z Polany Chochołowskiej wystartowaliśmy czerwonym szlakiem ku południu. Pogoda idealna, cichy i spokojny poranek. Kierujemy się na Trzydniowiański Wierch. Śniegu momentami do kolan. Szlak przetarty był zaledwie do Doliny Jarząbczej, dalej musieliśmy torować samodzielnie, czujnie wypatrując przebiegu zasypanej ścieżki. Raz pobłądziliśmy w lesie, ale szybko się zorientowaliśmy i odnaleźliśmy właściwą drogę. Gdy rozpoczęliśmy podejście na Trzydniowiański Wierch, popsuła się pogoda. Naszła mgła i zaczął sypać śnieg. Poważnie ucierpiały morale, na dodatek ugrzęźliśmy po pas w żlebie. Jako osoba torująca drogę, dotarłem do miejsca, w którym po prostu nie byłem w stanie iść dalej pod górę. Ponadto dzień wcześniej była lawinowa "trójka", więc ze spuszczonymi głowami postanowiliśmy odpuścić. Jak to mówią "wycof zawsze jest dobrą decyzją". Wróciliśmy do schroniska i spędziliśmy tam resztę dnia planując trasę na jutro. 


Dzień drugi. Po nieudanej próbie podejścia na Trzydniowiański od zachodu, postanowiliśmy spróbować wejść nań od północy przez Krowieniec. Szlak ten był mi dobrze znany, bo niegdyś byłem tam z tatą. Niestety znów musieliśmy odpuścić, tym razem już zaledwie po niespełna godzinie drogi. Martyna nie była w stanie iść z powodu bólu obtartych przez nierozchodzone buty stóp. Wtedy byliśmy już bliscy załamania nerwowego. Trzeci dzień w górach i znów cały dzień w schronisku. Nie mieliśmy wyjścia, wracamy. Odprowadziłem Martynę do schroniska i postanowiłem samotnie wejść na Grzesia. Pogoda była bardzo obiecująca, więc zależało mi, żeby wybrać się choćby na krótką wycieczkę. Wdrapałem się na górę w dwie godziny. Biorąc pod uwagę, że za przełączką pod Grzesiem zgubiłem szlak, zapadając się po pas w kosodrzewinie, to uznałbym ten czas za bardzo dobry. Nie ukrywam, spieszyło mi się, żeby jak najszybciej wrócić do Martyny. Takim oto sposobem zdobyłem pierwszą górę podczas tego wyjazdu, osiągając skromną wysokość 1653 m n.p.m. 


Dzień czwarty. Uparcie brniemy ku Trzydniowiańskiemu Wierchowi. Trzykrotnie próbowałem już zdobyć tę górę i nigdy nie udało mi się stanąć na jego wierzchołku. Czas wreszcie się tam wgramolić. Martyna już się zregenerowała, więc ponownie wyruszamy na szlak. Udało nam się wdrapać Krowim Żlebem na grań Trzydniowiańskiego Wierchu i ostatecznie stanęliśmy na szczycie (1758 m n.p.m.). Do tej pory towarzyszyła nam ładna pogoda, jednak po dotarciu na wierzchołek wszystko diametralnie się zmieniło. Naszły gęste chmury i po chwili znaleźliśmy się we mgle. Po chwili zwątpienia postanowiliśmy kontynuować wędrówkę w kierunku Kończystego Wierchu. Za Czubikiem odegrała się scena jak z kreskówki. Podniosłem głowę i wyjrzałem ponad dywan chmur. Zobaczyłem błękitne niebo i ośnieżone góry skąpane w blasku słońca. W tym poetyckim nastroju docieramy na wierzchołek Kończystego Wierch (2002 m n.p.m.). Spędziliśmy tam dłuższą chwilę, po czym głodni osiągnięcia jak najwyższej wysokości wyruszyliśmy dalej ku Starorobociańskiemu Wierchowi (2176 m n.p.m.) i po żmudnej wspinaczce stanęliśmy na szczycie, bijąc rekord wysokości, który należał do Ciemniaka. Byliśmy zupełnie sami, stojąc wysoko ponad morzem chmur. To był bez wątpienia jeden z najwspanialszych dni w moim życiu. Niestety chwila ta nie mogła trwać długo, bo zmarzliśmy niemiłosiernie, a przed nami długa droga w dół... 


Piątego dnia odpoczywaliśmy po długiej, całodniowej wyprawie na Starorobociański. Postanowiliśmy przejść się na krótki spacer na Iwaniacką Przełęcz, coby nie siedzieć w schronisku. Szósty dzień był ostatnim, w którym mogliśmy zrobić jakąś trasę w górach. Postanowiliśmy zrobić grań Grześ - Rakoń - Wołowiec. Pogoda wymarzona, piękne, bezchmurne niebo... Sprawnie weszliśmy na Grzesia (1653 m n.p.m.) po czym obraliśmy kurs na Rakoń. Szliśmy w dość sporym towarzystwie, bo był już weekend. Po długim spacerze łagodną granią Długiego Upłazu zdobyliśmy Rakoń (1879 m n.p.m.).  Ambicja ciągnęła mnie na Wołowiec. Chciałem wycisnąć z tego dnia maksimum. Widok masywnej góry zniechęcił jednak Martynę do tego stopnia, że musieliśmy zrezygnować. Nie udało mi się jej przekonać, że szlak jest znacznie bezpieczniejszy, niż wygląda z tej perspektywy. Argument w formie "najwyżej zawrócimy, to niespełna godzina drogi" również nie pomagał. Ostatecznie ugiąłem się i zeszliśmy Wyżnią Doliną Chochołowską do schroniska. 


Dzień siódmy - pora wracać. Tatry żegnały nas brutalnie, bo przyszło nam wracać przez Dolinę Chochołowską w zamieć, której nie powstrzymał nawet las. Sypało i wiało niemiłosiernie. Mimo to wracaliśmy w bardzo dobrych nastrojach i świadomości, że za nami wspaniały tydzień. 
To był wyjątkowy wyjazd. Udało nam się zrealizować wszystkie cele prócz tego nieszczęsnego Wołowca, pierwszy raz założyliśmy na nogi raki, pobiliśmy rekord wysokości, wznieśliśmy się wysoko ponad chmury... Na koniec dnia sceptycznie podeszliśmy do drogi powrotnej do Gdańska pociągiem mając w pamięci męczarnię sprzed tygodnia. Ktoś się jednak nad nami zlitował, bo przez całą podróż od Zakopanego po Trójmiasto mieliśmy cały przedział tylko dla siebie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz