STRONA GŁÓWNA

sobota, 31 grudnia 2016

Podróże MM: 2016

Zgodnie z tradycją, czas na sylwestrowe podsumowanie roku! Był on bez wątpienia satysfakcjonujący i nie ustępował w niczym latom ubiegłym. Za nami wiele wspaniałych przygód i chwil spędzonych zarówno w Polsce jak i za granicą. Zamykamy podróżniczy kalendarz z uśmiechami na twarzy i z ambitnymi planami na nadchodzący rok. Póki co, krótkie podsumowanie tego, co za nami. 



W styczniu udaliśmy się do Bergen (Norwegia), płacąc za bilety lotnicze w dwie strony 80 zł za osobę. Polecieliśmy sobie do Norwegii na spacer - typowy weekendowy wyjazd. Jeszcze nigdy tak wysoko na mapie nie byliśmy, choć ten rekord i tak pobijemy miesiąc później lecąc do Finlandii. W Bergen doświadczyliśmy ciekawego zjawiska - Słońce w zenicie unosiło się tuż nad linią horyzontu i sprawiało wrażenie, jakby lada chwila miało zajść, a przecież był środek dnia. Ku naszej ogromnej uciesze dopisała nam wyjątkowa pogoda. W styczniu Słońce tam świeci średnio zaledwie 19 godzin w miesiącu, biorąc pod uwagę zachmurzenie, wschód i zachód. My cały dzień (czyli kilka godzin :)) spędziliśmy pod błękitnym niebem, więc wstrzeliliśmy się idealnie! Wyjazd był bardzo przyjemną odskocznią od codzienności. Po całodniowym spacerze po mieście i okolicach, wróciliśmy na noc na lotnisko, gdzie spędziliśmy noc kimając na wygodnych, rozkładanych fotelach w zacisznym miejscu. Całość kosztowała nas 110 zł na głowę, wliczając przeloty i dojazd z lotniska do Bergen. 

Luty. Sfrustrowani brakiem śniegu w szarej Polsce postanowiliśmy wyruszyć na północ w poszukiwaniu białego puchu. Takim oto sposobem wylądowaliśmy w fińskim Turku, a stamtąd autobusem za symboliczne 1€ (!) pojechaliśmy do Helsinek. Stolica Finlandii pozytywnie nas zaskoczyła, bo choć nie może się ona równać pod względem turystycznym z Rzymem czy Paryżem, to i tak miło spędziliśmy tam niespełna 3 dni. Nawet złowroga, nadmorska zima nie popsuła nam przyjemności z pobytu. Nie wiem, co takiego Helsinki mają w sobie, ale czuliśmy się tam naprawdę fajnie. 
W stolicy wsiedliśmy w znanego już nam Onnibusa i pojechaliśmy na odległą północ, pokonując 840 km w 12-godzinnej podróży. Wszystko po to, by przekroczyć granicę koła podbiegunowego, odwiedzić dom Świętego Mikołaja i wreszcie - zasmakować prawdziwej zimy, gdzie mróz szczypie w noc, a śnieg sypie po oczach. Zobaczyliśmy renifery, pospacerowaliśmy po Rovaniemi, wspięliśmy się ponad korony drzew, żeby ujrzeć bajkowy krajobraz Laponii. Do pełni szczęścia zabrakło tylko spektaklu zorzy polarnej, ale już nie bądźmy tacy pazerni. Było super!
Po powrocie z Finlandii stęskniłem się za górami, więc po zdaniu wszystkich egzaminów w pierwszym terminie, wyciągnąłem raki i czekan z szafy i pojechałem w ukochane Tatry. Wyjazd upłynął pod hasłem "kto nie ma poprawek, ten podróżuje". Zatem, niestety, Martyna nie mogła mi towarzyszyć :) Obiecałem jej, że będę na siebie uważać i samotnie wyruszyłem na szlaki nocując w schroniskach. Był to dla mnie bardzo wartościowy wyjazd. Z jednej strony mogłem pobyć sam ze sobą w obliczu potęgi gór, z drugiej, doceniłem, jak ważne jest dla mnie towarzystwo mojej partnerki, możliwość dzielenia się szczęściem, wysiłkiem i wszystkim co mnie otacza. Samotność pozwala dowiedzieć się wielu nowych rzeczy o sobie samym. Niezwykle cenna, choć momentami trudna lekcja. 

Marzec. Po odległych wojażach po Finlandii i tygodniu spędzonemu w Tatrach, przyszedł czas na coś lżejszego. Uparłem się na Bratysławę. Byłem już w stolicy Słowacji, ale zawsze przejazdem. Tym razem chciałem dobić tego wystającego gwoździa i napisać - mam nadzieję - ciekawy artykuł o stolicy naszego południowego sąsiada. Ponieważ Martyna nie wyraziła chęci towarzyszenia mi podczas kilkunastu godzin jazdy autobusem (i chyba miała rację...) toteż postanowiłem namówić na wyjazd dobrego kumpla, który był już ze mną niegdyś w Kopenhadze. Bratysława zaskoczyła mnie od pozytywnej strony. Stare miasto jest przeurocze, porównywalne z Pragą czy Krakowem w niezwykle zaciętej rywalizacji. Wypad za południową granicę utwierdził mnie jednak w przekonaniu, że chyba się starzeję i że to była już ostatnia moja podróż autobusem na takim dystansie (Gdańsk-Warszawa-Bratysława). Martyna zrozumiała to chyba już wcześniej... 

Kwietniową podróż odbyliśmy w mieszanych nastrojach. Przyszło nam odwiedzić Brukselę w okresie najkrwawszego aktu terroryzmu w historii Belgii. Na lotnisku Zaventem i przy stacji metra Maelbeek zginęły 32 niewinne osoby, a ponad 300 zostało rannych. Mimo przygnębiającej atmosfery postanowiliśmy zacisnąć zęby i zrealizować cel, którym było zwiedzenie stolicy Belgii. Jak już wspominałem, towarzyszyła nam mieszanka nastrojów. Momentami dopisywał dobry humor, kiedy indziej tkwiliśmy w zadumie patrząc na płonące znicze w miejscach tragedii, dyskutowaliśmy o tym, co się stało i dlaczego. Nieustannie towarzyszyli nam uzbrojeni żołnierze, którzy w wielu miejscach przeprowadzali szczegółowe kontrole. Bruksela jako cel podróży podobała nam się bardzo. Niestety, żeby dogrzebać się do tych najmilszych wspomnień, trzeba najpierw przebrnąć przez grubą warstwę zniczy i kwiatów. 
Z Brukseli pojechaliśmy do Amsterdamu. Był to dla mnie sentymentalny powrót po 5 latach. Liberalna stolica Holandii to zupełne przeciwieństwo pogrążonej w żałobie Brukseli. W poście o Amsterdamie widnieje taki wstęp: W niezliczonych coffeeshopach ludzie palą jointy, rozbrzmiewa klubowa muzyka, a w rozżarzonych czerwienią oknach nagie kobiety prezentują swe kształty. Oto Amsterdam, miasto kipiące erotyzmem, cuchnące marihuaną - liberalna, europejska stolica rozrywki. Niech to będzie zaproszenie do dalszej lektury, bo zbyt mało tu miejsca, by cokolwiek streszczać. 

Zapewne dotarłszy do tego miejsca oczekujecie kolejnych miesięcy, maj...czerwiec...lipiec... No niestety. Maj spędziliśmy w książkach, przygotowując się do sesji w czerwcu. Jak wiecie, albo i nie wiecie ale zaraz się dowiecie, w okresie wakacyjnym nie podróżujemy. W lipcu udaliśmy się wyjątkowo do Warszawy, żeby polansować się w tefałenie i zobaczyć jak wygląda telewizor za szybką. Niewtajemniczonych odsyłam do posta rozmowa w studio TVN24 BiŚ. Pod koniec września wyjechaliśmy w Tatry, żeby podnieść sobie nieco poprzeczkę i oprócz trekkingu posmakować trochę wspinaczki.

Zapewne spytacie, skąd ta przerwa. Otóż przez wiele miesięcy byliśmy przekonani, że w 2017 spędzimy około 4 miesięcy w Stanach Zjednoczonych na wizie J-1. American Dream wymagał od nas wzmożonego trybu oszczędzania, stąd też poświęciliśmy wolny czas na zarabianie pieniędzy na wyjazd. No i - cytując klasyka - cały misterny plan... wiadomo. Generalnie sporo spraw się pokomplikowało i niestety amerykański sen musimy odłożyć na kolejne lata.

No, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Niezrealizowany plan wyjazdu do USA otwiera nam szereg innych możliwości. Udało nam się zaplanować do tej pory zaledwie wyjazd w marcu do Rzymu na tydzień. Oczywiście nie mamy zamiaru na tym poprzestać. Niewątpliwie wrócimy zimą w Tatry i...szykujemy coś naprawdę fajnego. Przez 3 lata wspólnych podróży po Europie, chcemy wreszcie przekroczyć granicę naszego kontynentu. Najambitniejszym z planów jest wyjazd na miesiąc na Kubę. Rozmawialiśmy z Martyną, że trzeba jeszcze zobaczyć to miejsce, póki Castro żyje, bo kiedy rewolucjoniści odejdą, kraj ten zmieni się nie do poznania. No i wykrakałem - chwilę później Fidel kopnął w kalendarz. Kuba wciąż jest autentyczna, lecz to może niebawem diametralnie ulec zmianie za sprawą nawiązania stosunków dyplomatycznych z USA. Dlatego tak nam spieszno na Kubę.
Alternatyw nie brakuje. Chodzi nam także po głowie Tajlandia i Kambodża. Myśleliśmy o Stanach w wersji turystycznej, ale to mogłoby nas przerosnąć w kontekście finansów. Bardzo niewiele nas dzieliło od zakupu biletów lotniczych do Gruzji, lecz postanowiliśmy odłożyć ten wyjazd na inną porę ze względu na kaukaski klimat. Były poważne plany podróży do Maroko, lecz poważnie planując podróż na Kubę nie chcemy szaleć z pieniędzmi. Jeśli chodzi o Europę, poza wspomnianym Rzymem myślimy także nad Tallinnem (Estonia), Wilnem (Litwa), Lwowem (Ukraina). Może oprócz stolicy Włoch zawitamy także w Bolonii i Florencji, bo bilety są naprawdę w atrakcyjnych cenach. Jest też pomysł wyjazdu z namiotem do Finlandii lub Norwegii. Ostatecznie i tak pewnie wylądujemy w zupełnie niespodziewanym miejscu jak to zawsze bywa, ale piszę to choćby po to, by uśmiechnąć się do siebie, gdy będę pisać podsumowanie roku 2017.

W tym miejscu razem z Martyną chcemy życzyć Wam dużo szczęścia w nadchodzącym roku, czerpania radości z tego, co robicie i realizacji wyznaczonych celów. Spełniajcie swoje marzenia, próbujcie po nie sięgnąć, choćby wymagały od Was wielu małych kroczków. Niech pierwszym z nich będzie decyzja. Jeśli będziecie uparci, reszta ułoży się pod dyktando. 



4 komentarze:

  1. Strasznie zazdroszczę Rovaniemi! No i Amsterdamu, to którego coś nie mogę dotrzeć. W tym roku musiałem też odpuścić Brukselę, mimo że miałem mega tanie bilety. Kuba fajny pomysł! Ja w przyszły roku też chciałbym polecieć w końcu gdzieś dalej. Plan? Tajlandia! <3

    Wszystkiego dobrego w 2017!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie wiadomo, gdzie nogi poniosą :) Od nas również najlepsze życzenia, dużo szczęścia i wspaniałych podróży!

      Usuń
  2. Wygląda na to, że wspaniały rok za wami. Szkoda, że USA nie wypali bo chętnie bym zobaczył relacje z tego kraju w waszym wykonaniu. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wypali wypali, tylko jeszcze nie w tym roku. Trzeba uzbroić się w cierpliwość :)

      Usuń